"Ankę próbowali spisać policjanci. Wyciągnęła kartkę, na której było napisane jej nazwisko i że ma hifa. Oddali i odeszli. Była nietykalna" [FRAGMENTY KSIĄŻKI]

"Co będzie dalej? Staram się o tym nie myśleć. Czasem się boję, co stanie się z moją twarzą. Mam lipodystrofię. Zawsze byłem szczupły, ale teraz widzę, że mam coraz ostrzejsze rysy. Widziałem kiedyś dziewczynę, która wyglądała jak kościotrup, nie chcę tak skończyć" - opowiada jeden z bohaterów książki Jakuba Janiszewskiego "Kto w Polsce ma HIV?".
"Kto w Polsce ma HIV?" to esej reporterski, w którym dziennikarz stara się przedstawić jak najwięcej informacji o HIV i AIDS, o polskiej sytuacji epidemiologicznej, polityce prozdrowotnej i strategiach prewencyjnych. Ale nie tylko. W książce można przeczytać cztery historie konkretnych ludzi.

Poniżej publikujemy jedną z nich. Bohater przez dziesięć lat brał narkotyki. Ma żonę i dzieci. Spłodzone przy specyficznej metodzie płukania nasienia z HIV. Opowiada, jak trafił na Dworzec Centralny w Warszawie, jak pierwszy raz "przygrzał", ale też o tym, jak działał narkomański świat lat dziewięćdziesiątych. To dość szczególny przypadek - nie pomógł mu ani Monar, ani metadon, ale tzw. samowyleczenie. To się czasem przydarza, zwykle dość niestandardowym jednostkom.

Głosy spoza kadru. "Kiedyś to opiszę"

Do dziś umiem rozpoznać, kto jest kim na Dworcu Centralnym. Wiem, kto szuka chłopców, wiem, kto dziewczynek. Poznam policjanta w cywilu - oni zawsze mają charakterystyczne buty.

Śmieszna sprawa, nawet parę miesięcy temu, stoję, czekam na pociąg. Podchodzi do mnie młody dresik i mówi tekstem, który do niego zupełnie nie pasuje: - Najmocniej pana przepraszam, nie orientuje się pan może, gdzie można spotkać dziewczęta lekkich obyczajów?

Chwilę później widzę go ponownie. Wraca z jakąś trzynastolatką. Minęli mnie z uroczym uśmiechem. To była regularna podpucha. Propozycja. Gdybym się zdecydował, za pierwszym rogiem dostałbym w zęby i obudził się bez kasy.

Na Centralny trafiłem pierwszy raz 20 lat temu. Był 1990 r. Trzy lata wcześniej zawaliłem szkołę. Miałem same dwóje i jedną tróję z wuefu. Gdy mnie wreszcie wywalili, rodzice próbowali znaleźć mi jakieś zajęcie - bez większego sukcesu. Mieliśmy ostry konflikt. Byłem dla nich raczej przedmiotem niż podmiotem.

Po którejś awanturze ojciec powiedział: "Możesz wypierdalać z domu". Proszę bardzo - zrobię, czego sobie życzy. Spontanicznie. Z poczucia złości i urazy. Byłem cholernie niedojrzały - prawdę mówiąc, w moim domu nie było jak dojrzeć.

Wsiadłem do pociągu i znalazłem się w Warszawie. Na Centralnym, bo skoro miałem zostać bezdomnym, to gdzie indziej?

Szybko nauczyłem się funkcjonować. Od razu wyczaili mnie miejscowi złodzieje i milicja. Trochę kradłem. Trochę wyciągałem kasy od ludzi, podjadałem z restauracji. Stałem na antresoli, patrzyłem na podróżnych. Z jednym gościem mieliśmy dobry dil. Tam był taki kiosk bez dachu - właziliśmy do środka od góry i wyciągaliśmy bombonierki, które później sprzedawaliśmy paniom z restauracji. Pamiętam, że herbata była po siedem tysięcy złotych. Cent heroiny stał tak samo.

Bujałem się tak cztery miesiące. Po dwóch tygodniach spotkałem faceta. Zaproponował mi, żebym siedział z kartką i mówił, że mam AIDS. Zgodziłem się. Taki układ: ja siedzę, ale 50 procent jest dla niego.

- A może sobie coś strzelisz? - mówi do mnie.

A może. Co mi tam, czemu nie? W końcu mieszkam na Centralnym i nie widzę dla siebie żadnej przyszłości. Dalej, jedziemy!

Przechodzimy nad Wisłę. Obok Zamku Królewskiego, koło bulwarów, przy drzewie. Pamiętam wszystko. Pamiętam, że się wypytywałem. Jak to jest? Fajnie? Jest odlot? To groźne?

Był bardzo zniszczony. Pewnie wieloletni ćpun. Pewnie zakażony. I smutny, bo wszystkie ćpuny są strasznie smutne. Jak potem chodziłem po ulicach, umiałem ćpuna rozpoznać z daleka. Wyczuwaliśmy się. Nie wiem, jakim cudem. Kiedyś na jednej imprezie spotkałem koleżankę.

- Iza, ty bierzesz, tak?

- Kurwa, to tak widać?

- Nie, spokojnie. Ja widzę.

Wtedy nad Wisłą przeżyłem najpiękniejszą chwilę w życiu. Wywaliło mnie w powietrze. Pamiętam, że rzygałem, swędziały mnie stopy i że wreszcie znalazłem cel w życiu. Już mi nie było wstyd siedzieć z tą tabliczką. Spływały monety, wiedziałem, po co tam siedzę.

Teraz, kiedy o tym mówię, to się uśmiecham. To uczucie powoduje jakieś pęknięcie. Od pierwszego razu nie uzależniasz się fizycznie, ale mentalnie jesteś otwarty na zupełnie inne doznanie.

To trwa cztery, może pięć godzin. Jesteś otumaniony. Pływasz. Przysypiasz. Wszystko zostało za szybą, a ty jesteś bezpieczny. Potem budzisz się na powrót w tym brudnym szarym życiu, które cię, kurwa, tak przeraża.

Jakiś czas później ćpałem z tym gościem. Przerwałem na moment, bo spotkałem Cygana, z którym trochę kradłem. Zrobiliśmy też największy przekręt życia. Pojechaliśmy do mojego rodzinnego miasta, wypożyczyliśmy sprzęt wideo, co było dość popularne w tamtych czasach, i tyle nas widzieli. Wstydzę się do dziś.

Cygan mówił, że pojedziemy razem do Niemiec i tam będziemy wspólnie handlować samochodami. Pamiętam, jak wchodzimy razem do sklepu i on mi kupuje takie charakterystyczne szerokie czarne spodnie. Czarną błyszczącą koszulę. Wywalamy moje stare łachy do kosza na przystanku. Ludzie na to patrzą, nie wiedzą, co myśleć. A ja jestem teraz z nim. Jestem kimś.

Po dwóch dniach się skończyło. Cygan oczywiście mnie okradł, ja się załamałem. Długo to jednak nie trwało, chwilę później poznałem podstarzałych hippisów, trochę pozerów, którzy spotykali się nie bardzo wiadomo po co i na co. Taka mikrospołeczność, która żyła światem, którego już nie było, bo świat był gdzie indziej.

Ćpałem cały czerwiec. Jechałem na heroinie. Bajzel był na Krakowskim Przedmieściu, vis-a-vis Pałacu Prezydenckiego. Tam był taki zaułek, przy śmietniku, gdzie często dobijało się targu. Handlowało się też w przejściu podziemnym przed uniwersytetem, tym, które dzisiaj już nie istnieje. Potem bajzel stopniowo zjeżdżał w stronę Kolumny Zygmunta. W czasach schyłkowej świetności był w Poziomce, gdzie nad jedną herbatą siedział tłumek i gryzł palce.

O AIDS słyszeliśmy, ale to było bardzo daleko od nas. Pamiętam jednego gościa, co sobie podgrzewał towar na łyżeczce, ale oni wszyscy mówili, że jemu już totalnie odpierdoliło. Widzieliśmy, jak mu się łapy trzęsą, a on mówił, że nie chce się zarazić.

Poznałem Baśkę i Ankę. Baśka zachowywała się, jakby brała spida, a o Ance mówili, że mam z nią romans, bo raz widzieli, że mi siedziała na kolanach. Złodzieje muszą o czymś mówić. Ankę raz próbowała spisać milicja. Nie miała dowodu. Wyciągnęła taką kartkę, na której było napisane jej imię i nazwisko oraz to, że ma hifa. Oddali i odeszli. Była nietykalna.

- A ty się nie boisz? - zapytał mnie wtedy jeden z nich. Odpowiedziałem, że nie. Byłem przyćpany. Było mi wszystko jedno. Niebawem jednak przyszedł dzień, kiedy nie miałem kasy, nie miałem towaru, nie miałem jedzenia ani chęci na dalsze żebranie. Wrócić do domu?

Poszedłem na pocztę, żeby zadzwonić. Na koszt rozmówcy. Czekając na połączenie, zacząłem rozmawiać z jakąś starszą kobietą, wszystko jej opowiedziałem. A ona dała mi medalik z Matką Boską i powiedziała, że będzie mnie chronił. Mało się nie rozbeczałem. Połączyli mnie z matką. Powiedziała, że mogę wrócić.

Od tamtej pani z medalikiem dostałem siedem tysięcy złotych. Akurat na centa. Nie kupiłem, nie wziąłem. Pojechałem do domu. Nie starczyło mi pieniędzy na całą podróż, po przesiadce jechałem na gapę. Brudny, zawszony. Zobaczyłem konduktorów i zacząłem się modlić. Gdyby mnie sprawdzili, pewnie nic by się nie stało. Wcześniej ciągle jeździłem na gapę, dom był zalany biletami kredytowymi, ale tym razem chciałem, żeby było inaczej. Konduktor mnie minął.

Przez moment wydawało mi się, że powinienem się nawrócić, bo na pewno ktoś mnie kocha.

A potem wróciłem do domu, obiecałem rodzicom, że się zmienię, i oni też chcieli wierzyć, że się zmienię. I oczywiście, że się zmieniłem! Przecież przywiozłem ze sobą na pamiątkę moją pierwszą strzykawkę. Już się zmieniłem, byłem inny.

Szukajcie, a znajdziecie.

Był w moim rodzinnym mieście jeden gość, który produkował, miał słomę. Potrzebował rozpuszczalnika.

Jak człowiek bierze, to robi rzeczy, których nigdy by się po sobie nie spodziewał. Nie chodzi o skurwienie się, chodzi o różne inne rzeczy, pozornie drobniejsze. Na przykład dzwonisz po znajomych po 23 w nocy, informujesz, że jutro masz ważne spotkanie i potrzebujesz odprać spodnie. I rozpuszczalnik jest ci niezbędny do życia. Pukasz do człowieka, który patrzy na ciebie jak na wariata, ale przecież nie skojarzy, bo "nie wyglądasz". Daje ci rozpuszczalnik i wiesz, że za godzinę będziesz nawalony. Cudowne uczucie.

Jak była słoma, to ćpaliśmy. Od czasu do czasu. Kłopotów żadnych. Tyle że ojciec, oczywiście nie pytając mnie o zgodę, wymyślił, że wyśle mnie na kurs prawa jazdy do sąsiedniej miejscowości, jakieś kilkadziesiąt kilometrów od nas. Nie mógł wymyślić nic lepszego. To był raj. Nieduże miasteczko, a ćpunów zatrzęsienie.

Rozećpałem się na dobre. Nie chodziłem na żaden kurs. Kiedy wróciłem i matka znajdowała w kurtce strzykawkę, odpowiadałem, że nie moja, że kolegi. Przestańcie się do mnie dopierdalać.

Pojechałem kiedyś na koncert Dżemu. Nie wiem dlaczego, ale tam postanowiłem, że zrobię badania. Dałem się namówić. Pobrali mi krew, założyli kartę, oczywiście imienną. Takie czasy. Wróciłem do domu i zapomniałem o sprawie.

Jakiś czas później przyszedł polecony, żeby się zgłosić. Pojechałem, chociaż już wiedziałem, o co chodzi. Wynik na korytarzu podała mi pielęgniarka. Pod gabinetem. Usiadła obok mnie. - Chyba się domyślasz? No, chyba tak.

Potem jakaś rozmowa z młodą panią doktor, która nie wiedziała, co powiedzieć. Zapraszamy za trzy miesiące na kontrolę. Aha. Jakie trzy miesiące? Za trzy godziny mam spotkanie z dilerem i tylko to mnie interesuje.

Do poradni potem jeździłem, bywało, że nawalony. Czasem dlatego, że akurat byłem w pobliżu, szukałem towaru. A czasem specjalnie do lekarza. Zawsze kazali mi czekać. Jak miałem się pojawić o 9, to wchodziłem do gabinetu o 13. Zapisywali mi AZT, które brałem, jak byłem trzeźwy, a jak zaćpany - to nie. Wyniki miałem takie sobie.

Połowa lat 90. Amfa wchodzi na rynek. Cudna sprawa. Przeobrażenie całej sceny narkotykowej. Początek techno. Ćpuny z Centralnego spadają na sam dół. Zawsze byli na dole, ale teraz spadają tak nisko, że niżej już się nie da. Nikt nie bierze brudnej heroiny. Teraz z amfą bawi się inteligencja.

Nowe narkotyki wprowadza się na rynek w świetnie zorganizowany sposób. Nie ma mowy o żadnych pomyłkach marketingowych.

Taka scena z domu studenckiego. Wchodzimy na półpiętro, a tam na dużym parapecie rozłożony towar. Stoją dilerzy, przed nimi kolejka. Kupujesz jak w sklepie. Dzień dobry, poproszę gram amfetaminy. Proszę bardzo. Dziękuję. Dziękuję.

Kiedyś to opiszę, bo sam nie dowierzam. Ale wtedy handel odbywał się niemalże na legalu. Ochroniarze pilnowali, żeby nie było zadym.

Pojechaliśmy kiedyś na jedną z pierwszych imprez techno. Żukiem. Kolega miał prowadzić, nie prowadził. Prowadził ktoś inny, kto nie wziął prawa jazdy. Podjechaliśmy pod dom dilera, a tu wychodzi gówniarz lat 20 z reklamówką pełną dragów.

- Ty, a ty się nie boisz?

- Nie, ja mam kolegów.

Koledzy dawali mu w komis, on rozliczał się z kasy. Nieważne, co zrobi z towarem. Może go sobie zeżreć sam, ale jutro musi oddać pieniądze. Zawsze w piątek o 18. Raz się spóźnił, myśli, a chuj, oddam jutro. O 12 w nocy wpada kilku gości, wywalają drzwi z framugą, wiążą matkę i ojca, ładują go do bagażnika, wiozą do lasu. Tam już się pali ognisko. Wieszają go za nogi: "Gdzie kasa?". Wtedy mu wszystkie zwieracze puściły. Mam kasę, leży w domu, czeka na was. Do Warszawy wracał na piechotę, za samochodem, bo zarzygany i obsrany nie wsiądziesz do BMW. Skórzana tapicerka. Jak oddał kasę, mówią do niego: "Jutro przyjdą koledzy i wstawią ci drzwi. Ale nie spóźniaj się więcej". Takich właśnie miał kolegów. Nie bał się chodzić z towarem.

W Warszawie znałem kumpla. Nazywał się Olo i miał wilczura, który gryzł wszystkich. Nawet Ola i jego rodziców. Olo sprzedawał, ale był strasznie naiwny. Jak ktoś poprosił, dawał za darmo. Ludzie byli namolni. Jak się Olo nie wyrabiał, groził, że wypuści wilczura, co na nikim nie robiło specjalnego wrażenia.

Dzwonię kiedyś do Ola, odbiera matka.

- Jest Olo?

- Nie ma.

- A kiedy będzie?

- Nigdy.

- A czemu?

- Bo wczoraj go pochowałam.

Niby wiedziałem, że jadę na krawędzi, ale wciąż czułem się świetnie. Nie myślałem o tym, że umrę. Może dlatego, że ciągle spałem. Więc jechałem dalej, spałem, budziłem się, brałem, spałem znowu. Aż do dnia, kiedy wstałem i poczułem, że nie zrobię ani kroku dalej. Nie dam rady. Nie przejdę z pokoju do pokoju.

Trafiłem do szpitala. Podleczyłem się i spotkałem gościa, co miał chorobę Buergera. Idealne schorzenie dla ćpuna. Ból taki, że da się to znieczulać tylko morfiną. Morfina na receptę! Lekarze nie odmawiają. Buerger? Buerger. Boli? Boli. Marek nie miał już części nogi, ale nawet morfina mu nie wystarczała. Wolał heroinę.

Pojechaliśmy kiedyś na imprezę do Warszawy. Taką, że nie mogliśmy z tej Warszawy wyjechać, bo wszystkie ulice wydawały nam się takie same. Byliśmy totalnie nawaleni. Zatrzymaliśmy się przed jakimś budynkiem rządowym, żeby zapytać o drogę. Kogo? Policjantów. Marek, chodząc jak kaczka, podszedł do nich i mówi:

- Przepraszam panów bardzo, ale zgubiliśmy drogę, nie wiemy, którędy wyjechać z miasta.

- A pan coś pił?

- Nie, proszę panów. Ja w ogóle nie piję alkoholu.

- A chuchnij pan. Aleś się pan napalił!

- To prawda, bardzo lubię papierosy.

Oni kompletnie nic nie wiedzieli o narkotykach. Myśleli, że istnieje tylko alkohol. Myśleli, że jesteśmy stuknięci, jacyś porobieni. - Niech panowie pamiętają następnym razem, żeby wieczorem zapalać światła! Pokierowali nas aż na rogatki.

Świetny czas mieliśmy z Markiem. Ćpaliśmy, oglądaliśmy filmy, jeździliśmy na zielone maki, paliliśmy trawę. Życie składało się z ćpuńskich rytuałów. Człowiek był szczęśliwy. Trochę próbowałem się uczyć, udało mi się nawet zdać maturę, o mały włos, bo przed samym egzaminem postanowiłem przywalić. Efedrynę. Dożylnie.

Rano poszliśmy z kumplem do apteki. O 15 pisałem. Od kolesia wyszedłem za dziesięć. Zdałem.

Dużo miałem takiej zabawy. Pracowałem w dziale reklamy jednej dużej gazety. Zarabiałem dobre pieniądze. Ojciec pojechał do Stanów, słał kasę.

Kilka razy lądowałem w szpitalu, nie żeby aż przestać. Takie krótkie pobyty dla poratowania zdrowia. Zmieniła mi się psychika - zacząłem nawalać, chociaż upierałem się, że nie nawalam. Umierali mi znajomi. Zaczęły się problemy z policją. I przeczucie, że coś się stanie, zaraz coś pęknie.

We wrześniu zwolnili mnie z roboty, bo wcześniej przez cały miesiąc jechałem na amfie. Przychodziłem rano, zamykałem się w kiblu. Jechałem do 12. Potem znowu musiałem. Tak co trzy godziny.

Jeśli heroina to cesarzowa, amfa to zwykła kurwa. Ludzie cię wkurzają, wściekasz się, wydaje ci się, że wszyscy cię prześladują. Coś trzeba zrobić w 15 minut, ale ty potrzebujesz na to trzech godzin, bo ty jesteś idealny. Szefowa przyszła i powiedziała: - Albo sam się zwalniasz, albo ja cię zwolnię.

Odszedłem. Potem miałem ćpuńską koncepcję spiskową. Miesiąc później firma weszła na giełdę, sypnęła akcjami. Żona, która dalej pracowała w tej firmie, kupiła za te akcje mieszkanie i samochód. Ja nie dostałem nic. Choć mówiąc szczerze, to chyba lepiej. Gdybym je dostał, to pewnie byśmy teraz nie rozmawiali. Wiesz, co to znaczy dla ćpuna dać mu dużo kasy?

Jak mnie zwolnili, pomyślałem, że nareszcie będę miał więcej czasu na branie. I miałem. W ciągu trzech miesięcy ważyłem 54 kilo, CD4 miałem na poziomie 30. Wypadła mi połowa zębów. Kiedy próbowałem czytać komiks, po dwóch stronach zapominałem, co było na początku. A co gorsza dotarło do mnie, że już nigdy nie wrócę do tego stanu z początku. Że już nic z brania więcej nie wycisnę. Że mi się nudzi. Że tak się dalej nie da.

Myślałem o pożyczkach, długach, okłamywaniu. Umiałem tak zakręcić, że pożyczali mi zupełnie obcy ludzie. Znajoma mojej koleżanki. Na oczy mnie nie widziała. Koleżance opowiadałem jakieś brednie, ona dzwoniła do swojej znajomej, przychodziłem. Nie wyglądałem na ćpuna. Dziewczyna dawała pieniądze cała przejęta i przeświadczona, że wieczorem wszystko zwrócę. I ja też wierzyłem, że tak będzie.

Umiałem wejść do apteki ubrany w garnitur z krawatem i tak zbajerować aptekarkę, że sprzedawała mi środki na receptę bez recepty. - Jestem z mamą, ona czeka w samochodzie, potrzebuję tego leku, widzi pani, jestem tu w sprawach służbowych, tu jest moja firmowa legitymacja. Jestem porządnym obywatelem. Widzi pani?

Rozstałem się z żoną, bo ją okradłem. Trzy razy wyczyściłem jej konto. Ona też brała, ale mniej. Udawało jej się długo wytrzymywać bez brania. Ale ćpun lubi sprawować kontrolę, więc parę razy kładłem na wierzchu torebkę z towarem. Męczyła się dwie godziny, potem pytała, czy jej trochę dam. A ja się cieszyłem, że rządzę.

Kiedy znowu trafiłem do szpitala, przeleżałem trzy tygodnie. Wpierdalali we mnie mnóstwo leków. Wszędzie miałem podłączone jakieś rurki. Odwiedził mnie mój diler i zostawił torebkę z amfą. Na dobry początek. Nie musisz płacić, zapłacisz później. Trzymałem ten towar przez trzy tygodnie, z zamiarem, że wezmę, jak wyjdę. A kiedy wreszcie wyszedłem, zrozumiałem, że już nie chcę. Trzy tygodnie - pomyślałem. Fura leków. Jakaś gruźlica, jakieś zapalenia płuc. Wystarczy.

Zacząłem trzeźwieć.

Mentalnie miałem 20 lat, a dobiegałem trzydziestki. Z całego ćpuńskiego towarzystwa tylko ja przeżyłem. Mój przyjaciel wrąbał się w amfę i heroinę tak, że już wszystko mu się rozsypało. Pobił swoją dziewczynę i swoje paromiesięczne dziecko. Stracił związek, zaczął kraść, pod koniec brał już wszystko, zrobił z siebie roślinę. Potem powiesił się w więzieniu. Żal mi, kiedy o nim myślę.

Przez chwilę byłem w Monarze. Myślałem, że tylko tam zdołam się naprawdę uwolnić od dragów. Na miejscu okazało się, że opowiadanie o dragach to jest całe tamtejsze życie. Opowieści o dragach na każdym kroku. Dopiero tam miałem poczucie, że za moment już tylko to będzie się dla mnie naprawdę liczyło. Ludzie, których tam spotkałem, próbowali mi udowodnić, że są twardzi, odpowiedzialni, ale to wszystko było palcem po wodzie pisane.

Myślę, że od połowy lat 90. Monar nie ma już żadnego sensu. Ludzie nie biorą heroiny, tylko inne rzeczy. Uzależniają się w całkowicie inny sposób. Taktyki monarowskie nie mają w ich przypadku najmniejszego sensu. Kazali nam, na przykład, biegać po kilka kilometrów. Jaki sens ma zmuszanie do biegania gościa, który ledwo powłóczy nogami?

Kiedy radio nadawało "Cocaine" Joe Cockera, wszystkie ćpuny zaczynały krzyczeć, żeby wyłączyć, bo leci piosenka o narkotykach.

Faceta, który ma karę i chodzi z tabliczką powieszoną na szyi, należy na wszelki wypadek upokorzyć, żeby pokazać, że podziela się wartości całej grupy.

Kiedy przyjeżdża guru ośrodka, trzeba przyjść i wsłuchiwać się w jego słowa. Debatować o pierdołach w rodzaju: czy powinniśmy pozwolić na noszenie czerwonych koszulek i bandanek, które przecież kojarzą nam się ze złym, minionym życiem? Wszyscy się palą, żeby uczestniczyć w tych głupawych gadkach. Kto się dorwie do głosu, karmi własne ego kosztem pozostałych. I tak do nocy. Do 1, 2 nad ranem. O 3 służba ochrony Monaru wszystkich budzi i szuka narkotyków. Jakiś koleś cię szarpie, każe ci zdjąć majtki. Świecisz gołą dupą, a on ci w tę dupę zagląda.

I tak z jednej strony rozmowy o życiu i tego życia odmianie, a z drugiej nieustanna prowizorka pod tytułem "piec, w którym palimy, zaraz wybuchnie". I rzeczywiście wybuchł. Nie był czyszczony ani naprawiany. Spłonął cały ośrodek, bo żaden ćpun nie wpadł na pomysł, że to jest najważniejsze. Wszyscy byli zbyt zajęci dyskusjami o ratowaniu świata przed narkotykami.

Każdy trzeźwiejący ćpun nosi w sobie naiwną wiarę w czyste reguły i czytelny świat. Każdy chce inaczej. Ale Monar to mikrokosmos, który idealnie odtwarza wszystko to, co zostawiłeś za sobą. Taki sam syf i zakłamanie. Jak to ma cię uzdrowić?

Pamiętam takiego gościa: biała czapka, dres na trzy paski, adidasy. Aż się palił, żeby po tych quasi-inteligenckich pierdołach znaleźć we mnie wdzięcznego słuchacza. I mówił do mnie tak: - Ty, słuchaj. Jak chcesz gościowi zajebać, to nie walisz z główki tak, zobacz, tylko lekko uginasz kolana, wiesz?

Mówiąc szczerze, to wolałem słuchać jego niż tych wszystkich nawiedzonych ćpunów. On przynajmniej opowiadał z pasją i przekonaniem. W tym było jakieś życie. Coś prawdziwego. Przynajmniej się na tym znał. Ćpał, bo cała ulica ćpała. Jak miał nie ćpać?

Teraz mi się wydaje, że dobra terapia dla takiego gościa polegałaby na tym, żeby mu coś zaproponować. Jak chce się bić, to niech się bije. Może jakoś inaczej, na innych zasadach? Ale w Monarze nie było miejsca na żadne indywidualne podejście. Tam się ludzi głównie upokarzało.

To zresztą świetna fucha. Siedzisz od stu lat w tym samym utartym schemacie. Nic nie musisz ze sobą robić, nie musisz się starać. A pacjentów masz takich, że i tak większości się nie uda.

Jak trafiłem do ośrodka, to moim mentorem miał być gość, który całe dnie opowiadał mi o pięknie życia w trzeźwości, po czym zwiał i poleciał przygrzać na Centralnym.

Sam nie wiem, jak ja z tego wyszedłem. W zasadzie sam. Nie biorę już od kilkunastu lat. Czasem myślę, że na takie życie skupione wokół kombinowania i oszukiwania jestem zwyczajnie zbyt leniwy. Może gdybym miał dużo kasy, dużo towaru, tobym dalej ćpał. Choć nie wiem jak długo. To jest zabawne tylko do czasu.

Od 2004 r. biorę leki na hifa. Już się do nich przyzwyczaiłem. Mam dobre wyniki. Organizm się odbudował.

W służbie zdrowia jest różnie. Zależy, na kogo się trafi. Kiedyś jak mnie bolał ząb, trafiłem na prześwietlenie. Facet wkłada mi rękę do ust, ustawia tekturkę, każe przytrzymać, przystawia przyrząd i dopiero wtedy zagląda do karty. I z ryjem na mnie: - Pan mi nie powiedział, że jest zakażony! - Ale ja nie muszę panu tego mówić. - Ale ja tam wkładałem swoje palce! Nie odpowiedziałem, gdzie jeszcze może sobie włożyć swoje palce. Ząb mnie bolał.

Najtrudniej było mi powiedzieć mojej obecnej żonie. Nie miałem siły. Zostawiłem ulotkę w książce. Jakoś się domyśliła, sama zapytała. Myślałem, że się nie uda i się rozstaniemy. Ale nie rozstaliśmy się, choć chyba ten temat nie jest do końca przerobiony. Ona cały czas się boi.

Moja teściowa się dowiedziała. Strasznie wścibska jest. Przetrząsa nasze papiery, sprawdza rachunki, wie, ile za co płacimy i ile mamy długów. O moim zakażeniu też wie. Sprawdziła leki. Dużo trudu sobie zadała, bo nie były w oryginalnym opakowaniu. Więc musiała wyjąć tabletkę, przeczytać, co na niej napisane małym drukiem i pokojarzyć fakty. Ale nie traktuje mnie źle. Nawet czasem wydaje mi się, że od kiedy się dowiedziała, traktuje mnie trochę lepiej.

Nie szukam towarzystwa innych zakażonych. Kiedyś wszedłem na jakieś forum i od razu trafiłem na kłótnię. Odechciało mi się. Ci też muszą.

Co będzie dalej? Staram się o tym nie myśleć. Czasem się boję, co stanie się z moją twarzą. Mam lipodystrofię. Zawsze byłem szczupły, ale teraz widzę, że mam coraz ostrzejsze rysy. Widziałem kiedyś dziewczynę, która wyglądała jak kościotrup, nie chcę tak skończyć. Pytałem moją lekarkę, co można na to poradzić.

- Może pan sobie zrobić operację plastyczną - odpowiedziała. Jasne, i wybielić zęby. Jakoś nie załapała żartu. Więcej do tego nie wracałem. Po co? Jestem od niej zależny. Wolę nie myśleć, że mnie nie lubi albo że ma mnie w dupie, albo że jest przepracowana, albo że jest jej wszystko jedno. Kiedy czuję się olany, nie wiem, jaka jest przyczyna tego lekceważenia. Bo mam hifa? Bo jestem ćpunem?

Mogę próbować zmienić lekarza, ale nikt mi nie zagwarantuje, że trafię lepiej. Więc zostaję tu, gdzie jestem.

W tej chorobie wszyscy mamy ograniczoną liczbę ruchów. Pewnych pytań lepiej nie stawiać. Ani sobie, ani innym. Dla świętego spokoju i dla własnego komfortu psychicznego.

Komentarze (15)
"Ankę próbowali spisać policjanci. Wyciągnęła kartkę, na której było napisane jej nazwisko i że ma hifa. Oddali i odeszli. Była nietykalna" [FRAGMENTY KSIĄŻKI]
Zaloguj się
  • paulufka

    Oceniono 22 razy 22

    HIV to nie koniec świata, mam współlokatorkę- znam ją już parę lat, też zaraziła się biorąc amfę i herę po kablach, ale teraz studiuje, znalazła fajną, dobrze płatna pracę w zawodzie, od paru lat nie bierze, leczy się i na razie wyniki ma dobre, a znowu znajoma mojej mamy też ma HIV, no ale żyje normalnie, ma dobrą pracę i 2 zdrowych dzieci. Najgorzej mojej kumpeli było brać codziennie, rano i wieczorem te leki, to jakby jej o tym przypominało, aż tak, że miała problemy z ich połknięciem, po paru wizytach u psychologa było już okej... także naprawdę z HIVem da się żyć i to całkiem normalnie.

  • ciemnyludd

    Oceniono 31 razy 7

    Nie rozumiem jak w kraju w którym WIĘKSZOŚĆ SPOŁECZEŃSTWA pozostawia myślenie swoim proboszczom, MÓGŁBY BYĆ INNY STOSUNEK DO CHORYCH NA HIV ?

  • drzejms-buond

    Oceniono 2 razy 2

    Nie podoba mi się! Z całym szacunkiem dla autora. Ważne żeby ruszać ten temat. Z tego co czytam, opisane ciekawie, jest jakiś pomysł ALE...Trudno mi jest sobie wyobrazić by przeciętny obywatel wszedł do księgarni i wydał 20? 30? złotych na książkę . Więc może jest to książka nie dla przeciętnych,czyli dla kogo?
    Okładka też nie zachęca a wręcz uważam że jest szkodliwa. Oto nad pytaniem mamy już zakodowaną odpowiedź- GEJE MAJĄ HIVA! To jak w przypadku malarii UWAGA MALARIA i na plakat dajemy komara, bo cóż innego? Tu dajemy różowy trójkącik i jest cacy.
    To prawda większym problemem w Polsce jest żółtaczka i borelioza ale to nie znaczy że jak na jakąś chorobę umiera mniej osób to nie należy o niej pisać. Pisać ! Tylko mądrze!

  • malysiusiak

    Oceniono 1 raz -1

    Chodzi o Kominka?

  • maz9

    Oceniono 10 razy -6

    Żeby książka się dobrze sprzedawała to potrzebne są wulgarne wstawki?
    Według autora bez przekleństw nikt nie zrozumie książki.
    Można pójść dalej i do każdej książki dołożyć działkę LSD aby czytelnik zrozumiał o czym czyta.

  • kwiecien45

    Oceniono 21 razy -7

    Nie wierzę że bohater opowieści już nie bierze. Bierze nadal ale pod kontrolą.
    A pewnego dnia choroba i tak go dopadnie.
    Przyczajona gdzieś tam na dnie czeka.
    Bo takie jest życie.
    Słabi ludzie dziś przegrywają.

  • obrain

    Oceniono 25 razy -9

    Nie chodzi o hiv, tylko o zaasranego ćpuna. Ile żyć zniszczyłeś, ilu młodym prochy sprzedałeś? Ilu zaraziłeś igłą lub krwią, przez sex? Ile lat przepracowałeś składkowych? Dlaczego dziś mam stać z dzieckiem w kolejce do lekarza `za tobą` z dzieckiem. Objadłeś swoją rodzinę -polaków- z `darmowej ' slużby zdrowia za którą zapłaciliśmy MY wszyscy. Kto płaci za dofinansowanie twoich leków - MY. I wracając, skąd masz hiv? Bo jesteś ćpunem i śmieciem z wyboru. Mamy się teraz użalać i specjalnie super traktować bo masz hiv? Bo zagrażasz chorobą naszym dzieciom bo przyniosłeś syfa do naszego domu na własne życzenie? Nic ci się śmieciu od polaków nie należ, powinni zakopać cię daleko w lesie. Ratować trzeba rodzinę, ludzi których los wystawił na próbę a nie tych którzy gardzili i sarali na strażników, lekarzy policje proceduralnie niosą cych

  • seipsam

    Oceniono 52 razy -16

    40% homoseksualistów ma HIV. Jesli jest ich 1% w spoleczenstwie to trzeba przyznać, ze jest to patologia. ale nic dziwnego- Badania przeprowadzone na temat aktywności seksualnej homo dowodzą, ze
    Homo ludzie żyjący w związkach partnerskich maja 8 partnerów rocznie,
    A ci bez stałego partnera 12!!!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny

Polecamy