- Z naszych wstępnych danych wynika, że zatrzymane zostały dwie osoby - za naruszenia nietykalności cielesnej policjantów, trzy inne dostały mandaty za wykroczenia a w przypadku kolejnej skierowaliśmy wniosek do sądu. Mimo to możemy ocenić, że było bardzo spokojnie - powiedział rzecznik stołecznej policji Maciej Karczyński.
Fani obu klubów mieli protestować w stolicy w związku z odwołanym meczem o Superpuchar.
- Po godzinie 13.00 wpłynęła do nas drogą mailową informacja od organizatora protestu kibiców Wisły
Kraków, że zgromadzenie się nie odbędzie - powiedziała późnym popołudniem dyrektora biura bezpieczeństwa Warszawy Ewa Gawor.
Kibice rzucają petardami w policjęDodała, że jeśli do stolicy przyjadą kibice Wisły i będą chcieli protestować, to ich zgromadzenie - w związku z mailem - będzie nielegalne. Za protest bez zgody władz miasta grozi areszt, ograniczenie wolności lub grzywna. Kibice Wisły nie przyjechali.
Zgodnie z zapowiedzią ruszyła za to demonstracja kibiców stołecznej Legii. Po 16.00 fani stołecznej drużyny zaczęli gromadzić się pod stadionem Legii. Według służb porządkowych przyszło ich dwa tysiące, według kibiców - około trzech tysięcy. Wybuchom petard i rac świetlnych towarzyszyły antyrządowe okrzyki nawiązujące do odwołania meczu, jak "Hej Mucha, kto cię losował?" czy "Wojewoda i policja to złodziejska koalicja" oraz znane z poprzednich demonstracji "Niespełnione rządu obietnice - temat zastępczy: kibice".
- Wyraziliśmy swoje zdanie nt. minister sportu. Uważamy, że ta pani trafiła do tego resortu w wyniku losowania, ponieważ równie dobrze mogłaby pracować w przemyśle czy górnictwie - mówił Wojciech Wiśniewski ze Stowarzyszenia Kibiców Legii
Warszawa.
"Byliśmy przygotowani na różne scenariusze"Następnie przywódca kibiców Piotr Staruchowicz ogłosił, że wszyscy fani mają się rozejść do domów, a grupa pięciu osób przejdzie ulicami miasta pod Stadion Narodowy. W ten sposób, jak mówił, fani mieli zakpić z policji, która na wieczór zgromadziła nadzwyczajne siły. - Oni kpią z nas, my zakpimy z nich - krzyczał "Staruch".
- Byliśmy przygotowani na różne scenariusze. Mieliśmy zabezpieczać dwie manifestacje związane ze środowiskami, które nie są wobec siebie przyjazne. Braliśmy pod uwagę liczbę uczestników sugerowaną przez organizatorów - powiedział rzecznik policji Maciej Karczyński
Według nieoficjalnych informacji ulice miasta miało zabezpieczać pięć tysięcy funkcjonariuszy. Kibice - najpierw pięć osób ze "Staruchem" na czele, a potem kilkaset w odległości kilkuset metrów za pierwszą piątką - przeszli ul. Czerniakowską do Trasy Łazienkowskiej, a dalej Wałem Miedzeszyńskim pod Stadion Narodowy. Według służb porządkowych było to ok. 500 osób.
Jednak po drodze kolejni fani dołączali do grupy, w efekcie czego pod Mostem Poniatowskiego, według organizatorów, było ich już ok. 1,5 tys.
Przed Stadionem Narodowym po 18.00 szefowie Stowarzyszenia Kibiców Legii Warszawa, które organizowało demonstrację, ogłosili jej zakończenie. Sympatycy klubu zaczęli się rozchodzić. Nie wszyscy dostosowali się jednak do apeli o spokój. Pod adresem funkcjonariuszy padało wiele obraźliwych słów, a pod nogi rzucano im petardy hukowe i butelki.
Protest zaplanowany był do godziny 20.30. Jak powiedział rzecznik stołecznej policji, po godzinie 20.00 wszystkie ulice i mosty w okolicach trasy manifestacji były już przejezdne.
Nie było meczu. Kibice: Pokazaliśmy absurd sytuacjiPlanowany na sobotę 11 lutego mecz Legii Warszawa z Wisłą Kraków miał być pierwszym sportowym testem Stadionu Narodowego, otwartej oficjalnie 29 stycznia głównej polskiej areny Euro-2012. Jednak wobec negatywnej opinii policja w kwestii systemu łączności w obiekcie w środę prezes Ekstraklasy SA Andrzej Rusko zdecydował o odwołaniu imprezy.
Kibice Legii wcześniej zgłosili w ratuszu demonstrację pod hasłem "Krytyka polityki rządu w stosunku do społeczeństwa". Podobną planowali sympatycy Wisły, ale ostatecznie do stolicy nie dojechali.
- Główne założenie zostało spełnione, bo pokazaliśmy absurd sytuacji, kiedy nie można rozegrać meczu na nowo wybudowanym Stadionie Narodowym. Naszej akcji nie konsultowaliśmy z kibicami Wisły. Oni zapewnili nas tylko, że w przypadku odwołania spotkania również wystąpią z wnioskiem o pozwolenie na zgromadzenie publiczne. Nie mieliśmy umowy o zgodzie między nami, ale przyszedł moment, że mieliśmy wspólnego przeciwnika - czyli tych, którzy dopuścili do tego absurdu. Mogło być fajne widowisko sportowe, a skończyło się kabaretem - powiedział Wiśniewski.