Ratownicy pokazują, jak wyjść spod lodu. "To jest panika, nie wiadomo, co się dzieje, szok"

Wiedza, jak poradzić sobie samemu, gdy załamie się lód, może być bezcenna, bo czasu - nawet na błyskawiczne przybycie ratowników - w lodowatej wodzie najczęściej jest za mało. - Praktycznie codziennie widzimy delikwentów, którzy wchodzą na lód. Nawet dorośli z dziećmi wchodzą, by zrobić sobie zdjęcie. To skrajnie nieodpowiedzialne. Rok temu trzy osoby, w tym mała dziewczynka, wpadły do wody w pobliżu gdyńskiej mariny - opowiadają ratownicy z Trójmiasta.
Ratownicy podkreślają, że nigdy nie należy wychodzić na lód w pojedynkę. Każdy, kto wybiera się na łyżwy czy wędkowanie, powinien mieć ze sobą kolce lodowe i duży zapas zdrowego rozsądku.

W Szwecji w każdy pogodny weekend na lód wychodzi nawet 200 tys. ludzi. - Ale pomocy ratowników potrzebuje rocznie zaledwie kilka osób, nikt nie tonie. Tam nawet dzieci wiedzą, jak wydostać się z wody. Widok elegancko ubranej pani na spacerze po zamarzniętych kanałach z lodowymi kolcami na szyi nie jest niczym wyjątkowym. Kolce to sprzęt, który każdy może kupić za kilkadziesiąt złotych. A wyjście ze śmiertelnej pułapki przy ich pomocy jest dużo prostsze - zachwala szef gdyńskiego WOPR Jakub Friedenberger.

Śmiertelna pułapka

Kuba, który brał udział w ćwiczeniach w Gdyni, nie ma wątpliwości, że każdy powinien wiedzieć, co dzieje się z organizmem w zetknięciu z lodowatą wodą. - To jest panika, nie wiadomo, co się dzieje, szok - relacjonował reporterowi TOK FM zaraz po tym, jak został wyciągnięty z przerębla w symulowanej akcji ratunkowej.

- Byłoby dużo łatwiej, gdyby każdy wiedział, że może samemu się wydostać. Kolce lodowe mogą uratować życie - podkreśla.

Ratownicy przestrzegają. - Lód na Zatoce Gdańskiej jest zdradliwy, popękany. Morze cały czas faluje, pęknięcia i przerwy między krami są wypełnione kaszą lodową i przysypane świeżym śniegiem. To prawdziwe pułapki - mówi Piotr Bielski z Mariny Gdynia.

Ale apele nie odnoszą skutku. - Praktycznie codziennie widzimy delikwentów, którzy wchodzą na lód. Nawet dorośli z dziećmi wchodzą, by zrobić sobie zdjęcie. To skrajnie nieodpowiedzialne. Rok temu trzy osoby, w tym mała dziewczynka, wpadły do wody w pobliżu gdyńskiej mariny. Na szczęście w pobliżu ćwiczyli ratownicy - wspomina Daniel Chyła.

Ratownik nie ma wątpliwości, że taka wyprawa to może być "śmiertelna wycieczka". - Osoba, która wpadnie w szczelinę, doznaje szoku termicznego. Zaczyna panikować, organizm szybko się wyziębia. Na wydostanie się z wody są dwie, najwyżej cztery minuty. Później może być tragedia -

przestrzega Chyła.

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM