Dziewulski o wybuchach na Ukrainie: To nie żaden terroryzm, to akt kryminalny

- Wybuchy na Ukrainie nie mają nic wspólnego z aktem terrorystycznym. To zwykły terror kryminalny, obliczony na osłabienie władzy prezydenta Wiktora Janukowycza - mówi portalowi Gazeta.pl Jerzy Dziewulski. Były antyterrorysta jest przekonany, że Euro 2012 nie jest celem dla międzynarodowego terroryzmu.
- Kto stoi za zamachami w Dniepropietrowsku? - pytamy. - Najprawdopodobniej są to siły wrogie obecnej władzy w Kijowie, być może oligarchowie, którym zależy na ośmieszeniu Janukowycza w świecie tuż przed mistrzostwami Europy, ale na pewno nie są to terroryści - wyjaśnia Dziewulski. Jego zdaniem świadczy o tym przede wszystkim niewielki efekt wybuchów.

Terrorystom zależy na morzu krwi. Tu go nie było

- Terrorystom zależy na morzu krwi i setkach ofiar. A tu mamy do czynienia jedynie z rannymi. Komuś, kto stał za przygotowaniem tych ataków, zależało na efekcie psychologicznym, na wywołaniu fali strachu. Otóż świat na wieść o tym, co spotyka byłą premier Julię Tymoszenko, bojkotuje Ukrainę [prezydent Niemiec odwołał przyjazd na Krym, unijna komisarz Viviane Reding odwołała przyjazd na mecz otwarcia - red.], a wybuchy w Dniepropietrowsku mają być dowodem na to, że władza sobie nie radzi, jest słaba i nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa - przekonuje Dziewulski. - Ale to nie terroryzm - powtarza.

- Po co terroryści mieliby uderzyć w Ukrainę, skoro ta nie prowadzi żadnych działań na świecie, nie bierze udziału w misjach i nie zajmuje się zwalczaniem siatki Al-Kaidy. Tu chodzi o to, żeby świat się odwrócił od Kijowa, żeby kibice bali się pojechać na Euro - wyjaśnia Dziewulski.

Za wybuchami mogły stać służby specjalne

Według byłego antyterrorysty sposób działania sprawcy bądź sprawców świadczy o podstawowej wiedzy z zakresu działania służb specjalnych. - W latach 70. w Europie masowo umieszczano ładunki w koszach na śmieci. Dziś każdy specjalista, który zajmuje się zwalczaniem terroryzmu, wie, że to najprostszy sposób, by wywołać właściwy efekt: huk, dym, dużo odłamków i przede wszystkim strach. Z tą tylko różnicą, że w tym przypadku nie było ofiar. I to też było zamierzone - mówi Jerzy Dziewulski i dodaje: - Widać nikomu na tym nie zależało. Ktoś, kto zorganizował ataki, nie chciał zabijać swoich obywateli, chciał ich zastraszyć. Dlatego w prymitywnych bombach nie umieścił śrub, kawałków metalu. Ładunki wybuchały jeden po drugim, ale do tego wystarczy zwykły timer do jajek. To łatwy i przede wszystkim tani sposób. To też świadczy o organizatorach.

Podczas Euro możemy czuć się bezpiecznie

- A co z bezpieczeństwem na Euro? Czy mamy się czego bać? - dopytujemy. Zdaniem Dziewulskiego absolutnie nie. - Od czasu zamachu w Monachium [masakra izraelskich sportowców w 1972, z rąk palestyńskich zamachowców zginęło wtedy 11 sportowców - red.] terroryści wyciągnęli wnioski. Organizacja i bezpieczeństwo Euro jest priorytetem dla służb specjalnych w całej Europie. Z punktu widzenia zamachowców to cel nieopłacalny, zbyt duże ryzyko wykrycia. Łatwiej uderzyć w normalny dzień, gdzieś, gdzie nikt nie pilnuje, a potencjalnych ofiar będzie wystarczająco dużo. Tak jak miało to miejsce w Londynie czy Madrycie. Dlatego uważam, że podczas Euro możemy czuć się bezpiecznie - ocenia Jerzy Dziewulski.

W Dniepropietrowsku eksplodowały w piątek rano cztery ładunki wybuchowe. Rannych zostało przynajmniej 29 osób, w tym dziewięcioro dzieci. Pierwsze doniesienia o ofiarach śmiertelnych nie znajdują potwierdzenia.



Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny