Po kontroli w szpitalu w Radomiu: Brak procedur, nadzór nad pacjentami "niezwykle trudny"

Urzędnicy mazowieckiego samorządu skontrolowali podległy sobie szpital psychiatryczny w Radomiu. To w związku z gwałtem, do jakiego miało tam dojść na oddziale dziecięcym. Według dyrektora szpitala żadnego gwałtu nie było, pielęgniarkom i lekarzom nie można nic zarzucić, a piętnastolatek, który molestował młodszego kolegę po prostu przechytrzył pielęgniarki. Niewiadome ujawni dopiero prokuratorskie śledztwo.
Urząd marszałkowski wysłał kontrolerów na Oddział Psychiatryczny dla Dzieci i Młodzieży 10 maja. W piśmie informującym o wynikach kontroli urząd marszałkowski podkreśla przede wszystkim, że kontrola wykazała, iż "minimalne normy zatrudnienia pielęgniarek są w szpitalu respektowane, a w dniu zdarzenia na oddziale zapewniono wymaganą obsadę personelu". Na pierwszy rzut oka wszystko jest w porządku.

Faktyczny podział oddziału dziecięcego: starsi z młodszymi

Tymczasem o wiele ciekawsze informacje przynosi dalsza część sprawozdania z kontroli. Po pierwsze, dokument stwierdza, że "kryteriami umieszczania pacjentów w salach sypialnych są: płeć, rodzaj schorzenia i zakres wymaganej opieki". Decydujący o miejscu zakwaterowania dzieci kryterium ma być też wiek, a "zgodnie z regulaminem" dzieci są w szpitalu rozdzielone również właśnie ze względu na wiek.

Tyle że w kolejnym zdaniu dokument pokontrolny stwierdza, że "faktyczny podział dzieli oddział na części dla chłopców i dla dziewcząt". To może wyjaśniać, jakim sposobem 15-letni domniemany napastnik miał dostęp do dziewięciolatka, którego miał skrzywdzić. Do tego brak jest oddzielnych procedur dotyczących monitorowania pacjentów w salach, nie ma też specjalnych procedur szpitala określających sposób nadzoru nad pacjentami. "Monitorowanie pacjentów w salach (tzw. obchody na dyżurach) nie jest sformalizowane" - stwierdza dokument.

Co robić z agresywnym, pobudzonym seksualnie pacjentem? Procedur brak

Po tych wnioskach 17 maja przedstawiciele urzędu marszałkowskiego ponownie zwizytowali szpital wraz z konsultantką z dziedziny psychiatrii, Jolantą Paruszkiewicz, ordynatorką oddziału psychiatrycznego dla dzieci z Mazowieckiego Centrum Neuropsychiatrii i Psychiatrii w Zagórzu. Druga kontrola stwierdziła, że na oddziale dziecięcym radomskiego szpitala nie było procedur działania na wypadek, gdyby trafił tam pacjent stwarzający zagrożenie, "np. pobudzony seksualnie" lub agresywny. W takich przypadkach personel szpitala działał według norm zwyczajowych i tego, co miał zapisane we własnych zakresach czynności. A w wyniku umiejscowienia dyżurki pielęgniarek w praktyce, jak ocenili wizytatorzy, "niezwykle trudne jest sprawowanie nadzoru nad pacjentami".

Sprawa szpitala w Radomiu: "skandal", "miejsce zsyłki"

Sprawą skandalicznych warunków i metod postępowania z pacjentami w radomskim szpitalu psychiatrycznym media zainteresowały się, gdy rodzina dziewięcioletniego pacjenta poskarżyła się radomskiej "Gazecie Wyborczej", że chłopiec przebywający na obserwacji został zgwałcony przez 15-letniego pacjenta. Później okazało się, że mógł to nie być jedyny przypadek w tym szpitalu. W sprawę zaangażowała się pełnomocniczka rządu ds. równego traktowania Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, która opisywała, że w radomskim szpitalu "toalety są otwierane w godzinach wyznaczonych przez salowego, a praktyką jest głośny okrzyk oznajmiający, że pomieszczenie właśnie jest otwierane". - Pacjenci twierdzą, że jeżeli któryś z nich się spóźni, nie ma możliwości załatwienia potrzeby fizjologicznej i wówczas korzysta z kosza na śmieci -mówiła w Radiu TOK FM Kozłowska-Rajewicz.

Ale to, że sytuacja w szpitalu jest skandaliczna, było sygnalizowane wcześniej. Od września 2011 r. w szpitalu były co najmniej trzy kontrole, w tym jedna urzędu marszałkowskiego, która nie pociągnęła za sobą konsekwencji wobec personelu szpitala. O praktykach wobec pacjentów alarmowała też rzeczniczka praw pacjenta, która we wrześniu 2011 r. przeprowadziła własną kontrolę - utrudnianą przez personel, który odmawiał dostępu do dokumentów i kontaktu z pacjentami.

- Ten oddział był takim miejscem zsyłki dla osób przebywających w młodzieżowych ośrodkach szkolno-wychowawczych. Jeśli wychowanek dostanie szału i zacznie np. rzucać meblami, karetka lub policja przywożą go do szpitala - opisywał w TOK FM krajowy konsultant w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży prof. Tomasz Wolańczyk.

Dyrektor poniesie konsekwencje? Urząd czeka na prokuraturę

Wyniki kontroli nie przesądzają o tym, czy gwałt na dziewięciolatku faktycznie miał miejsce i jaką ewentualną odpowiedzialność poniesie w związku z tym personel szpitala. O postawieniu zarzutów zdecyduje prowadząca śledztwo w tej sprawie prokuratura, o ewentualnej winie - sąd. Dlatego zarząd woj. mazowieckiego na razie wstrzymał się z konsekwencjami służbowymi wobec dyrektora placówki. Sam dyrektor mówił wcześniej, że "nie ma sobie nic do zarzucenia", nie zamierza też podawać się do dymisji. W piśmie rozesłanym do mediów dyr. Włodzimierz Guzowski przekonuje, że "nie można jednoznacznie potwierdzić, że doszło do zgwałcenia", natomiast jego zastrzeżenia budzi "fakt opóźnionego poinformowania matki o podejrzeniu zaistnienia zdarzenia".

Dokument urzędu marszałkowskiego woj. mazowieckiego informuje, że od 1 czerwca praca całodobowego oddziału będzie zawieszona, ponieważ w dalszym ciągu nie udało się znaleźć osoby, która zastąpiłaby dotychczasową ordynatorkę oddziału dla dzieci i młodzieży. Przytacza też alarmujące dane. "Świadczenia psychiatryczne w Polsce stanowią w tym roku zaledwie 3,21 proc. części planu finansowego Narodowego Funduszu Zdrowia" - czytamy w pokontrolnym piśmie. Urząd podkreśla, że to co najmniej dwa razy mniej niż w innych krajach Europy, a na dodatek kwoty te co rok maleją.

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny