Pierwsza kobieta kapitan "Fryderyka Chopina": Na morzu "baba" musi udowodnić swój profesjonalizm

Zaczynała od rejsów po Mazurach kilkanaście lat temu. W kwietniu 2012 r. Małgorzata Czarnomska weszła na pokład "Fryderyka Chopina" jako najmłodsza i druga w Polsce kobieta kapitan żaglowca. Miała wtedy 28 lat.


Michał Gostkiewicz: Kiedy kobieta na statku czuje się traktowana z przymrużeniem oka, bo od pływania są mężczyźni?

Małgorzata Czarnomska: Wielokrotnie. Na przykład, gdy musi podejmować decyzje, które potem wpływają na panów nie tak, jakby sobie tego życzyli.

Co panowie na to?

Różnie. Ale kobiety dowódcy nieraz spotykają się z milczeniem i półuśmieszkami. W moim przypadku zdarzały się nieciekawe odpowiedzi na moje prośby i polecenia, ale im dłużej trwał rejs, tym lepiej układała się współpraca. Na morzu kobieta musi - tak mi się wydaje - udowodnić swój profesjonalizm znacznie dobitniej, niż muszą to robić mężczyźni.

Gdzie trzeba było tak udowadniać?

Na wielu żaglowcach, choć na zagranicznych ten problem jest mniej widoczny. Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak babskie wyżalanie się. Było ociąganie się z wykonywaniem poleceń, dyskutowanie, a na morzu to po prostu niedopuszczalne. Jeżeli kapitan czy oficer wydaje polecenie, to ono musi być wykonane natychmiast - od tego zależy bezpieczeństwo statku i załogi. Czas na pytania może być później.

Jaki jest sposób na opór?

Mój sposób się sprawdza: spokojny głos i - tak się staram - ton nieznoszący sprzeciwu (kpt. Czarnomska mówi to tonem, który rzeczywiście pozostawia mało miejsca na sprzeciw).

Podczas jednego z dni otwartych na "Fryderyku Chopinie" kobiety z podziwem patrzyły na kobietę oficera.

Z reguły się dziwią.

Że "wow, kobieta pracuje na morzu"?

Że kobieta wybrała sobie taki dziwny zawód, typowo i stereotypowo męski.

A dlaczego wybrała?

(Długie milczenie) Nie był to wybór na podstawie drzewka decyzyjnego. Po prostu tak ułożyło się życie. Były kolejne drobne wybory, których trzeba było dokonywać.

To cytat z bloga: "Zrozumiałam, że pływać będę niezależnie od wszystkiego". Kiedy przyszło to zrozumienie i kiedy zaczęło się pływanie na poważnie?

Zaczęło się od marzenia: żeby pływać na żaglowcu. Wiem, brzmi górnolotnie. A jak się udało, to popłynęłam od razu bardzo daleko, na - powiedzmy umownie - "szkołę pod żaglami". Czyli: bierzemy grupę uczniów i realizujemy szkolny program nauczania, a oprócz tego dzieciaki pod opieką załogi żaglowca pracują jak załoga. Kiedy dostałam się jako oficer do kanadyjskiej wersji takiego programu, "Class Afloat" na "Concordii", zaczęło się dalekie pływanie. Schodziłam na ląd z przekonaniem, że kocham pływać, z młodzieżą, na żaglowcach i po całym świecie.

A nie było wątpliwości: "Nie dam rady, na co ja się porywam i po co się tak szarpię"?

Nie było momentu, kiedy ja mówiłam sobie, że nie dam rady. Były momenty, kiedy świat próbował mi udowodnić, że nie dam rady.

Co musi pokazać "baba" lat 20+, kiedy obejmuje funkcję na statku, na którym niektórzy pracują od lat?

Baba czy nie baba, na żaglowcu każdy ma pokazać, że wykonuje rzetelnie swoją robotę tak, żeby nikt nie musiał poprawiać. Na morzu nie da się pływać bez współpracy z innymi, ale w CV musimy też mieć formułkę "dobre umiejętności rzetelnej pracy samemu".

Instruktor żeglarstwa, autorka podręcznika do angielskiego dla żeglarzy i cały czas czynna żeglarka, a ostatnio kapitan "Fryderyka Chopina". Nie za dużo naraz?

To wszystko się łączy. Będę pisała i pływała, mam nadzieję, że właśnie na "Chopinie".

W CV kpt. Małgorzaty Czarnomskiej jest wiele żaglowców, ale to "Chopin" zasłużył na blogu gosianamorzu.blog.pl. na miano "Szopenek-Stateczek". Jak to było wsiąść wreszcie na niego jako kapitan?

Podobno każdy żeglarz ma jakiś bliski sobie żaglowiec. Było jak w domu, jakby wszystko wskoczyło na swoje miejsce.

Jak w Polsce wygląda droga do mostka kapitańskiego na żaglowcu i co ją otwiera?

Trzeba mieć papiery, ale są najmniej istotne. W Polsce jest więcej kapitanów niż żaglowców. W cenie jest doświadczenie na konkretnej jednostce, predyspozycje i praktyka: umiejętności nabyte przez lata pływania. Na "Chopinie" zaczynałam jako trzeci oficer. Niewielu kapitanów dowodziło tą jednostką, traktuję to jako ogromne wyróżnienie.

Krzyż Południa, fontanna wieloryba, trąba morska, śpiewy delfinów i dowodzenie "Chopinem" w wieku 28 lat. To brzmi tak łatwo. I szybko.

Szybko - nie, bo zabrało wiele lat ciężkiej pracy na morzu. Łatwo też nie - trzeba było udowodnić, że się zasługuje - ze względu na swoje kompetencje - na takie stanowisko.

Dokumenty, kolejne patenty żeglarskie...

Są niezbędne, żeby w ogóle myśleć o pływaniu. Podstawowy patent polski - kapitan jachtowy, do tego STCW - certyfikaty zawodowych uprawnień marynarskich. To jest poziom startowy.

Czy w Polsce można się jeszcze wyżej wspiąć?

Zostałam właśnie kapitanem drugiego największego żaglowca w Polsce. Na razie nie mam ochoty nigdzie iść - dobrze mi na "Chopinie" (uśmiech).

Czy widać dziewczyny, które przebijają sobie drogę w żeglarskiej branży?

Tak. W części z nich dostrzegam nieobcą mi determinację. Bardzo kibicuję tym, które imponują mi wytrwałością. Mam nadzieję, że im się uda.

Jak się działa, kiedy przybiega załogant i krzyczy, że w statek uderzył piorun i spaliło elektronikę?

Jak robot. Automatycznie i bardzo szybko.

Jak się zatem płynęło "Sorlandetem" pozbawionym łączności i nawigacji elektronicznej?

Dało radę, "Sorlandet" ma sto lat, już tak pływał (śmiech ). Kiedy "Concordia" zatonęła, szkoła "Class Afloat" przeniosła się - a ja wraz z nią - właśnie na tę piękną fregatę.

No to jak było z tym zwrotem przez sztag na fregacie?

(śmiech ) Byłam wtedy oficerem, manewr robił kapitan. Jak się ma trzy maszty, na każdym po pięć żagli rejowych, do tego trójkątne żagle między masztami, to okazuje się, że ten zwrot przez sztag (przejście dziobem statku linii wiatru i ponowne ustawienie żagli do nowego kierunku wiatru - M.G.) jest trudny, wymaga czasu i wysiłku. Pracowała cała załoga - 70 osób.

Kiedyś w Niemczech istniało pojęcie "polnische Wirtschaft". W światku żeglarskim jest "polish sailor", czyli żeglarz dobry, ale z ułańską fantazją...

Na polskich statkach nie jest niebezpiecznie. My, polscy żeglarze, mamy tę etykietkę, bo nie boimy się nietypowych rozwiązań problemów, które wynikną w trakcie żeglugi, wychodzimy poza schematy. A w niektórych krajach procedury to świętość.

Dla nieżeglarzy samo wchodzenie na reje kilka pięter nad ziemię w uprzęży jak do wspinaczki wydaje się niebezpieczne...

Kiedyś sama czułam strach przed rejami. Teraz żałuję, że jako oficer czy kapitan już nie mam tak często okazji pracować przy żaglach (kpt. Czarnomska mówi to z wyraźnym smutkiem).

"Siedzę na pomoście na Dominikanie (). Pan wyładowuje pralkę z wózka (...) i pyta, czy dobrze się bawię. "Jasne, w końcu jestem w ziemskim raju". "Obiecaj, że nigdy nie przestaniesz". No i obiecałam. To z bloga. Jak idzie dotrzymywanie obietnicy?

Ładnie brzmi. Zawodowe pływanie daje frajdę i satysfakcję, ale to też praca jak każda inna.

Kiedy pani kapitan zaczyna odczuwać niepokój?

Kiedy zaczyna się rejs, czeka mnie zła pogoda, a na statku mam nową załogę zaokrętowaną na tydzień, dwa i nie wiem, czy wykonają dobrze to, o co ich poproszę.

Kapitan rozkazuje czy prosi?

Kapitan nie rozkazuje, kapitan dowodzi. Dowodzenie to bycie przywódcą i opiekunem. "Kapitan rządzący" nie jest kapitanem.

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny

Komentarze (1)
Pierwsza kobieta kapitan "Fryderyka Chopina": Na morzu "baba" musi udowodnić swój profesjonalizm
Zaloguj się
  • misia.19

    0

    Dzisiejsi dziennikarze są w wyjątkowy sposób mało profesjonalni. Już były w naszej flocie kobiety - kapitanowie. Ale że w starym ustroju to się nie liczy????

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX