Długi, podejrzane dyplomy i brak kadry w prywatnej uczelni. A ministerstwo nic [DOKUMENTY]

Jakie sygnały musiałyby dotrzeć do ministerstwa nauki, by przyjrzało się bacznie prywatnej uczelni i zareagowało? Bo w przypadku warszawskiego "Giedroycia" wieści o fałszowaniu dyplomów, odchodzeniu wybitnych naukowców, poważnych kłopotach finansowych i braku wymaganego minimum kadry naukowej nie wystarczyły.
W poniedziałek pisaliśmy o fatalnej sytuacji studentów i ogromnych długach Wyższej Szkoły Komunikacji i Mediów Społecznych im. Giedroycia. Jak ustaliliśmy, może dojść nawetdo likwidacji tej placówki .

- Mam żal do ministerstwa - przyznaje w rozmowie z portalem Gazeta.pl prof. Waldemar Dziak, politolog i wybitny sinolog, były rektor uczelni. - Resort doskonale wiedział, że w szkole dzieją się rzeczy złe, niegodne i, co najważniejsze, z wielką szkodą dla studentów. Ministerstwo wiedziało, że szkoła straciła minimum kadrowe, że zlikwidowano bibliotekę. Studenci, wykładowcy i założyciele informowali, że przestało funkcjonować życie naukowe.

Prof. Dziak zrezygnował z funkcji rektora 31 stycznia 2010 r., niedługo po tym, gdy uczelnię sprzedali jej założyciele: Barbara i Ryszard Sługoccy oraz Kazimierz Długosz. Twierdzą, że nowi właściciele zobowiązali się pisemnie spłacić długi uczelni.

Uczelniani potentaci przejmują "Giedroycia"

WSKIMS im. Giedroycia przejęli uczelniani potentaci Piotr Kusznieruk i Jarosław Podolski (ze strony euczelnia.com wynika, że jest on udziałowcem bądź właścicielem sześciu niepublicznych uczelni) za pośrednictwem Wyższej Szkoły Handlu i Finansów Międzynarodowych im. Fryderyka Skarbka. Sytuacja formalna jest dość zawikłana: umowę przejęcia "Giedroycia" podpisał Kusznieruk, kanclerz "Skarbka", a Podolski, prorektor "Skarbka" stał się prezydentem "Giedroycia".

- Nowym właścicielom chodziło jedynie o to, by przejąć majątek uczelni, a ją samą zniszczyć. Jeszcze kilka lat temu w "Giedroyciu" studiowało kilkuset studentów, a zostało kilkudziesięciu - mówi prof. Dziak i dodaje, że to, co obecnie dzieje się z tą szkołą, nie jest dla niego zaskoczeniem.

Ostatnio w "Giedroyciu" można było studiować już tylko aktorstwo i to studenci tego kierunku są obecnie w tarapatach.

Po czesne, do studentów "Giedroycia", zgłasza się komornik

Przypomnijmy, studenci tej niegdyś jednej z lepszych niepublicznych uczelni w Warszawie, kilka dni temudowiedzieli się przypadkiem , że ich czesne na nowy rok akademicki, w całości przejmie komornik, bo uczelnia jest zadłużona na 4,5 mln zł (jak ustaliliśmy, cały dług uczelni wynosi faktycznie ponad 9 mln zł). Studenci poważnie się obawiają, że zostaną na lodzie.

Pomimo fatalnej sytuacji finansowej, egzekucji komorniczych i zaległości w płaceniu wykładowcom, władze uczelni jeszcze 24 września zaczęły płatną rekrutację na nowy rok. Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego zareagowało na sytuację dzień po naszej publikacji, choć kilkanaście, coraz bardziej niepokojących sygnałów, dostawało od dwóch lat.

Studenci pisali: zostaliśmy bez promotora, wykładowców, biblioteki

Najpierw, na początku 2010 r., sytuacją na uczelni niepokoili się studenci. W piśmie do ministerstwa szkolnictwa pytali: czy to właściwe, że na tydzień przed sesją zamykana jest biblioteka i już nigdy nie zostaje otwarta. Dziwili się, że zajęcia prowadzi z nimi osoba, która nie ma nawet tytułu magistra. I zastanawiali, czy uczelnia może wprowadzać do planu zajęć przedmioty niezatwierdzone przez ministerstwo. Mieli również wątpliwości co do konieczności płacenia za szkołę gotówką, w kasie uczelni. Sygnalizowali, że zwolniono kierownictwo katedry i zostali bez promotora.

Bożena Łukasik z Ministerstwa Szkolnictwa już po dwóch tygodniach odpisała, że kwestia standardów i jakości nauczania podlega Państwowej Komisji Akredytacyjnej, której resort przekazał skargi. Zapewniła też studentów, że w przypadku kolejnych doniesień o nieprzestrzeganiu przepisów przez władze uczelni bądź pogarszania się sytuacji studentów, ministerstwo będzie sytuację "na bieżąco analizowało i wyjaśniało".

Wykładowcy pisali: Z uczelni odeszli nasi najwybitniejsi koledzy

Od tamtej pory do ministerstwa wpłynęło jeszcze co najmniej 10 skarg. Również od wykładowców, byłych rektorów oraz pierwszych założycieli uczelni. "Po drastycznym obniżeniu uposażeń wykładowców, w ciągu trwania roku akademickiego z uczelni odeszli nasi najwybitniejsi koledzy. (...) W chwili obecnej kierunek aktorski nie posiada ani kierownika katedry, ani zastępcy" - pisali wykładowcy w maju 2010 r. Podkreślali jednocześnie, że szkoła nie spełnia wymogów minimum kadry naukowej.

Rzecznik Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego Bartosz Loba przyznaje teraz, że po informacjach o braku minimum kadrowego, resort od razu powinien skontrolować uczelnię.

Naukowiec alarmował: "martwe dusze" dostały dyplomy uczelni

W innym dokumencie, który wysłał do ministerstwa pracownik naukowy uczelni, pojawiła się niepokojąca informacja, że kilkanaście osób, które nigdy nie były studentami Giedroycia dostało dyplomy licencjackie tej uczelni. "Nie zaliczyły żadnego egzaminu, promotorzy i recenzenci prac nie byli pracownikami WSKiMS, na dyplomach figuruje podpis osoby, która nigdy nie była pracownikiem uczelni" - pisał we wrześniu 2009 r. Jako dowód załączył ksero owych dyplomów podpisanych przez nowego rektora prof. Lecha Królikowskiego [który jest również przewodniczącym Rady Dzielnicy Ursynów - red.]

Ta informacja zainteresowała ministerstwo, jednak o wyjaśnienia zwrócono się nie do aktualnego rektora - prof. Królikowskiego, ale do prof. Waldemara Dziaka.

- Siedem miesięcy po tym, jak przestałem być rektorem, resort pytał mnie o sytuację w szkole i bezprawne wydawanie dyplomów - mówi prof. Dziak. W październiku 2010 r. postanowił więc osobiście dostarczyć minister nauki Barbarze Kudryckiej list, w którym pisał m.in. "W świetle napływających do mnie przerażających informacji o poczynaniach nowych właścicieli, z obecnym kierownictwem szkoły nie mam i nie chcę mieć żadnych relacji".

Dostać dyplom tej uczelni nietrudno. Decyzje Senatu się nie liczyły

Możliwe, że wydanie dyplomów "Giedroycia" osobom, które nigdy tam nie studiowały, nie było klasycznym fałszerstwem. Okazało się bowiem, że byli to studenci Wyższej Szkoły Handlu i Finansów Międzynarodowych im. Fryderyka Skarbka [tej samej, której prorektorem jest Podolski, jednocześnie prezydent "Giedroycia"]. Dlaczego jednak dostali dyplomy "Giedroycia", skoro ich uczelnia nadal istniała - nie wiadomo. Wiadomo za to, że aby uzyskać dyplom ukończenia WSKiMS im. Jerzego Giedroycia, musieli zaliczyć 5 przedmiotów w ramach różnic programowych.

"W tej sprawie przygotowano projekt Uchwały Senatu WSKiMS umożliwiającej legalne przeniesienie studentów i wydanie im dyplomów WSKiMS. Jednak Prezydent [uczelni, Jarosław Podolski - red.] i rektor [Lech Królikowski - red.] bez konsultacji z Senatem i wbrew wcześniejszym ustaleniom zrezygnowali z przyjęcia wspomnianego projektu Uchwały i podjęli decyzje o wydawaniu dyplomów bez dopełnienia wspomnianych wyżej wymogów" - pisał zaniepokojony sytuacją naukowiec.

Nikomu się nie spieszyło z wyjaśnieniami. Ani ministerstwu, ani rektorowi

To, jak opieszale reagowało i ministerstwo i nowe władze uczelni, najlepiej pokazuje los jednej ze studenckich skarg. Ministerstwo 18 marca 2010 r. odpisało im, że zwróci się do uczelni z prośbą o wyjaśnienia. Tego samego dnia wysłało pismo do uczelni. 24 maja 2010 r. - w związku z brakiem odpowiedzi ze strony władz szkoły, ponownie zażądało wyjaśnień. Powtórzyło to żądanie 5 października.

23 lutego 2011 r. resort wysłał kolejne pismo do rektora Królikowskiego, w którym wezwał do wyjaśnień, o które prosił w liście z... 18 marca poprzedniego roku.

- Ministerstwo, zgodnie ze stosowanymi praktykami w takich postępowaniach, zwracało się do władz uczelni i jej założyciela z wnioskami i zaleceniami, oczekując przedstawienia wyczerpujących wyjaśnień - mówi rzecznik ministerstwa, Bartosz Loba. Przyznaje jednak, że władze uczelni odpowiadały na pisma, ale w żadnym z nich rzetelnie nie odniosły się do zarzutów.

A Państwowa Komisja Akredytacyjna przeprowadziła kontrolę na uczelni dopiero w maju tego roku - ponad dwa lata od pierwszych skarg.

- Szkoda, że instytucje państwowe nie zadziałały na czas - kończy prof. Dziak.

Mądry resort po szkodzie?

Dziś okazuje się, że studenci, wykładowcy, byli pracownicy i założyciele uczelni im. Giedroycia mieli słuszne obawy. Gdyby nie opieszałość urzędników Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, obecnych problemów można by uniknąć. Tymczasem ministerstwo zareagowało dopiero, gdy ruszyła płatna rekrutacja, zaczyna się rok akademicki, a studenci nie wiedzą, czy szykować się do studiowania czy szukania nowej uczelni.

- Ministerstwo nie będzie starało się o przyjęcie studentów na inne uczelnie, dopóki sami studenci nie wyrażą takiej woli i nie skontaktują się z resortem - powiedział portalowi Gazeta.pl rzecznik ministerstwa. I podał dość zaskakującą informację: - Procedura likwidacyjna kierunku, nie musi oznaczać jego faktycznej likwidacji.

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny