Jako Samanta chodziłem bez majtek, byłem ucieleśnieniem marzeń. Za 6 zł plus VAT

SEKS NASZ POWSZEDNI. "Mam duży biust" - pisała Samanta - "uwielbiam ostry seks". SMS-y za 6 zł + VAT słało do niej wielu facetów. Nie wiedzieli, że to wcale nie Samanta, tylko 19-letni Kamil z działu randki, który w godzinę wysyła 100 SMS-ów i dostaje za to 9 zł. - To ogromny biznes - mówi Kamil. I opowiada nam o kulisach swojej pracy.
Zaczynamy cykl "Seks nasz powszedni". Przyjrzymy się w nim mniej oczywistym aspektom seksualności Polaków. "Jesteśmy coraz odważniejsi", "rynek gadżetów seksualnych rośnie", "coraz więcej Polaków ma problemy z seksem", "nagość jest wszędzie, reklamuje wszystko" - opowiadają nasi rozmówcy. Jak zmieniła się seksualność w dobie internetu? Co o seksie wiedzą dzieci i skąd się tego dowiadują? Jak rozwija się seksbiznes i ile można na nim zarobić? Co jest już powszechną praktyką, a co wciąż niszą? Poszukamy odpowiedzi na te pytania.

Dziś przedstawiamy wywiad z byłym pracownikiem firmy naciągającej ludzi na towarzyskie SMS-y. A w kolejnych odsłonach między innymi:
- wywiad z właścicielami największego sex shopu w Polsce, którzy opowiadają, że Polacy są coraz odważniejsi, a pierwszymi gośćmi ich salonu byli emeryci, mieszkańcy bloku, w którym znajduje się sklep.
- opowieść twórcy bloga "Szczucie cycem" o postępującej erotyzacji przekazów reklamowych i pięknych paniach promujących wszystko: od materiałów budowlanych przez karmę dla kotów, po desery dla dzieci.
- rozmowa z psycholog dziecięcą o tym, jak dalece rodzice nie mają pojęcia o tym, co robią ich dzieci.

To tylko początek. O czym jeszcze chcielibyście przeczytać? Co Was szczególnie interesuje lub niepokoi? Piszcie o tym, co dla Was ważne: agnieszka.wadolowska@agora.pl, milena.bryla@agora.pl.

Milena Bryła, Gazeta.pl: Jakie to uczucie udawać codziennie przez kilkanaście godzin kogoś innego?

21-letni Kamil z Warszawy, były pracownik firmy naciągającej ludzi na SMS-y: - Na początku czujesz się dziwnie, ale potem już nie przywiązujesz do tego żadnej wagi. Po prostu wcielasz się w konkretną osobę i SMS-ujesz.

W kogo się wcielałeś?

- W piękne kobiety, w bogatych i przystojnych mężczyzn, w transseksualistów, homoseksualistów, ludzi o konkretnych zboczeniach. No i wróżbitów.

I w czyjej skórze było najlepiej?

- Jako facetowi najlepiej było mi być facetem. Wyglądałem jak model z okładki, robiłem interesy za granicą, miałem supersamochody, mieszkania, domy, zwiedziłem pół świata. Grałem osobę, którą chciałaby być większość mężczyzn i SMS-owałem z kobietami, dla których byłem ucieleśnieniem marzeń. Zwierzały mi się ze swoich problemów, pisały o tym, że czują się samotne, że nie mogą poradzić sobie z wychowaniem dzieci, że potrzebują drugiej połówki, miłości. Ja udawałem, że mnie to interesuje, że się tym przejmuję i naciągałem je na SMS-y.

A inne role? Od czego zależało, kogo będziesz grał?

- To było kompletnie przypadkowe. W firmie mieliśmy trzy działy: randki, wróżby i seks. I w każdym udawałem jednocześnie kilka, kilkanaście różnych osób. System losowo kierował do mnie dyskusje z danego działu. Musiałem przeczytać historię rozmowy, którą wcześniej prowadzili z daną osobą inni pracownicy. Zapoznawałem się też z profilem człowieka, którego miałem udawać: jak ma na imię, gdzie mieszka, jak wygląda, co lubi i tak dalej. Dzięki temu unikało się wpadek, pisania o czymś, co byłoby sprzeczne z wcześniejszymi wypowiedziami.

Wracając do moich ról: dział seksu był najgorszy. Bez względu na to, kogo się udawało, pisało się SMS-y obrzydliwe, wręcz chore: o fekaliach na ciele, o wkładaniu sobie różnych rzeczy w różne miejsca. Ludzie, którzy do nas pisali, mieli takie fantazje, że to przechodzi ludzkie pojęcie... A my musieliśmy ich nakręcać, pisać jeszcze gorsze rzeczy, żeby się podniecali i kontynuowali rozmowę.

Wysyłałem im też fotki osoby, którą udawałem. Pornograficzne oczywiście. Tych, które wysyłali mi oni, nawet nie oglądałem. Wolałem nie sprawdzać, czy obrzydlistwo, o którym piszą, właśnie uwiecznili na zdjęciu. Po paru dniach spędzonych w tym dziale miałem już taką rysę w głowie, że masakra. Wyobraź sobie: wracasz do domu, robisz herbatę i nagle przed oczami masz rzeczy, o których oni pisali. W końcu poszedłem do kierownika i powiedziałem, że chcę pracować gdzie indziej.

I co on na to?

- Skierował mnie na wróżby. Miałem przepowiadać ludziom przyszłość. Dosyć prosta sprawa, najczęściej się zapowiadało szczęście w miłości. Miałem nawet jedną niesamowitą historię: pisałem z kobietą w wieku 35 lat, samotną, która nigdy nie miała stałego partnera. Chciała wiedzieć, jak spotkać miłość swojego życia. No to jej poradziłem.

Napisałem, żeby udała się na konkretny seans, do konkretnego kina. Miała się też w jakiś określony sposób ubrać i coś tam kupić przed filmem. Kazałem jej usiąść w konkretnym miejscu. I napisałem, że jak już tam będzie, to pewien facet, przechodząc obok, zahaczy o nią nogą. To miał być ten jedyny. Poleciłem jej, żeby przez cały film nie odzywała się do niego, ale po seansie miała podejść i zagadać.

Kobieta zrobiła ponoć wszystko zgodnie z moimi wskazówkami, jakiś facet o nią zahaczył i potem do niego zagadała. Napisała mi, że umówili się na randkę! Nie wiem, czy to był ten jedyny, ale przyznasz, że nieźle trafiłem w swojej przepowiedni! (śmiech).

A jak było w dziale randki?

- Tam było najlepiej. Najwięcej czasu spędziłem właśnie tam, bo na wróżbach słabo szło mi z naciąganiem na kolejne SMS-y. A na randkach nie było problemu. Najczęściej udawałem kobiety. Jako Samanta byłem bogaty, otwarty, lubiłem chodzić bez stanika bądź majtek. Zachęcałem facetów namiętnymi zdjęciami i pisałem im seks SMS-y, ale bez hardcore'u. Tam był jednak inny poziom niż w dziale seks.

I ci ludzie nie chcieli się spotkać albo porozmawiać, choćby przez telefon, zamiast płacić za SMS-y?

- Pewnie, że chcieli. Najpierw prosili o numer telefonu. Wysyłało się im więc jakiś numer, w którym zamiast paru cyfr były gwiazdki. Kobieta lub mężczyzna odpisywał, że coś mu się źle wyświetliło i prosił o ponowne wysłanie. Wysyłałem więc raz jeszcze, z mniejszą ilością gwiazdek. I tak jeszcze parę razy, aż w końcu jedno z nas pisało, że chyba system to specjalnie blokuje.

Kolejnym krokiem było spotkanie. Oczywiście najpierw się pisało, że jeszcze nie jest się gotowym, wymyślało jakieś problemy. A tamta osoba traciła SMS-y na namawianie. Jak już się zgadzałem na spotkanie, to umawialiśmy się w jakimś charakterystycznym miejscu.

Musieliśmy pisać, że mieszkamy niedaleko osoby, z którą piszemy. Taki był nakaz. Mieliśmy bazę danych z miejscami, w których moglibyśmy się umawiać. Były tam informacje o charakterystycznych budynkach czy cechach tego miejsca. Chodziło o to, żebyśmy byli jak najbardziej wiarygodni.

Jak już "jechaliśmy" na miejsce, to prosiliśmy rozmówcę o wskazówki, jaką drogę wybrać. Po co? Oczywiście, żeby nabić kolejne SMS-y. A jak niby byliśmy na miejscu, to słaliśmy kolejne wiadomości - że my już jesteśmy, ale jego, albo jej, nie widzimy. Na przykład: "No przecież stoję przed tym i tym budynkiem, przed sobą widzę to i to, a ciebie nie ma". A tamta osoba oczywiście nie mogła nas znaleźć - no bo jak, przecież nas tam nie było - więc pisała. W końcu strzelaliśmy focha, że mamy dosyć, bo nas oszukuje, a my tracimy czas i że wracamy do domu. Następnie leciały SMS-y z przeprosinami, że jakieś nieporozumienie wyszło, że ta osoba musiała coś pokręcić itd. I tak w kółko.

I nikt się nie orientował, że jest oszukiwany?

- No jasne, że się orientowali, ale zawsze trzeba było to próbować odkręcać. Była kobieta, która od roku SMS-owała z nieistniejącym facetem. Wydała na to fortunę, kilka razy chciała zrywać kontakt, bo już była pewna, że to oszustwo. Ale zawsze ktoś ją przekręcał, że jest inaczej, że mu na niej zależy, żeby pisała dalej, bo tęskni. Ta kobieta twierdziła, że przez rachunki za telefon sprzedaje dom. I mimo to dalej pisała.

Zdarzało się też, że ktoś pisał: "Spier****j, już więcej nie wydam pieniędzy na to oszustwo, nie wyślę ani jednego SMS-a". To się mu pisało: "Kochanie, ale dlaczego tak piszesz? Przecież mi na tobie zależy. Błagam, odpisz!". I wielu odpisywało dalej, kłócąc się albo wracając do znajomości.

Żerowanie na naiwności ludzi, oszustwa, obrzydliwe SMS-y... Można było takie miejsce traktować jak zwykłą pracę?

- Ja traktowałem to głównie jako przygodę, której nigdy nie umieszczę w CV. Co do oszukiwania ludzi... Przypuszczam, że w regulaminie było napisane, że klienci będą SMS-owali z inną osobą niż ta ze zdjęcia. Ale oni tego nie czytali i wierzyli w rzeczy, które są nieprawdopodobne...

Nie miałeś żadnych wyrzutów sumienia?

- Raczej nie, bo przez większość czasu nie zastanawiałem się nad tym, co piszę. Tak naprawdę było mi szkoda tylko tej kobiety, która twierdziła, że przez długi sprzedaje dom. Była rzeczywiście samotna, desperacko poszukiwała bratniej duszy, faceta, który jej wysłucha. Ale była też naiwna i chyba uzależniona... Bo jak można wpaść w długi przez SMS-y z osobą, której się w życiu na oczy nie widziało? Ona z pewnością potrzebowała kontaktu z psychologiem.

Niestety, ludzie potrafią się uzależnić od czegoś takiego. Szczególnie kobiety, którym zależy na bliskiej osobie, znalezieniu miłości. Doładowują sobie konto za 200 złotych i w jeden dzień czyszczą je, wysyłając SMS-y. A następnego dnia piszą: "Kochanie, skończyła mi się karta, ale wieczorem skoczę po nową i wtedy popiszemy!". I rzeczywiście, wieczorem znowu się odzywają, znowu piszą te SMS-y. Że dziecko denerwuje, że kłopoty w pracy, że ugotowały obiad... Jakby nie miały komu o tym opowiedzieć.

Ci od seksu też są nieźli. Największy ruch robią oczywiście w godzinach wieczornych i nocnych. Zazwyczaj nie ciągną znajomości. Po prostu w danym momencie potrzebują zaspokojenia swoich fantazji. Nakręcają się przez kilka godzin, wysyłają 50 SMS-ów i, jak już osiągną, co chcieli, konwersacja się kończy. Często wracają potem po paru dniach czy tygodniach. Ale to są, że tak powiem, jednonocne przygody.

Nie kusiło cię, żeby się z kimś z tych SMS-ów spotkać?

- Chyba żartujesz! Nigdy!

Co, przez pryzmat tej pracy, myślisz o życiu towarzysko-erotycznym Polaków?

- Myślę, że wiele osób ma jakieś fantazje, często popieprzone, w głowie. Ale ludzie o nich nie opowiadają swoim partnerom, bo im głupio, bo się tego wstydzą, bo nie potrafią rozmawiać. W SMS-ach mogą poczuć się totalnie incognito i jechać, ile im się żywnie podoba. Opowiadać o fantazjach i nie bać się, że zostaną uznani za nienormalnych.

Obstawiam, że wielu Polaków ma problemy z seksem: coś widzieli w telewizji, w internecie i chcieliby spróbować, ale nie potrafią. Nie z ludźmi, których znają, z którymi żyją. Wstydzą się.

Ideałem, który zaspokoi ich żądze, jest laska z porno, które oglądali. Znajdują podobną w ogłoszeniu ze zdjęciem w gazecie, roznegliżowaną, chętną, odważną - i to do niej piszą, zamiast do swojej partnerki. Na pewno część ma gdzieś z tyłu głowy, że ta dziewczyna może wcale nie istnieć, może wcale nie być napalona. Ale tak im wygodniej - wierzyć, że uprawiają wirtualny seks z gwiazdką porno, która jest gotowa na wszystko.

I dlatego firmy jak ta, w której pracowałem, zarabiają krocie.

Krocie, czyli ile?

- Myślę, że dziennie przez naszą firmę przewijało się nawet sto tysięcy SMS-ów. Jak się to pomnoży przez cenę SMS-a, czyli 4-6 złotych, wyjdzie naprawdę gruba kasa. Żyła złota, po prostu. A takich firm na pewno jest w Polsce więcej.

A jak znalazłeś tę pracę?

- Przyjechałem do Warszawy na wakacje, do pracy. Miałem wtedy 19 lat. Chodziłem z CV i nic. Potem zacząłem szukać ogłoszeń w gazetach. I trafiłem na coś, co brzmiało mniej więcej tak: "Pisanie SMS-ów, nienormowane godziny pracy, wysokie zarobki". Pomyślałem, że w sumie może być fajnie. Dopiero podczas wstępnej rozmowy dowiedziałem się, że chodzi też o SMS-y erotyczne. Stwierdziłem, że co mi zależy. I poszedłem na dzień próbny.

Jak wyglądał ten dzień?

- Dostałem do wypełnienia test, w którym były SMS-y o różnej treści. Miałem na nie odpowiedzieć. Dopiero na tym teście zorientowałem się, jak hardcorowe to są treści. Ale - na szczęście - facet, który mnie zatrudniał, uznał, że nie muszę wypełniać całego testu, bo już po trzech odpowiedziach on widzi, że się nadaję.

I przyjęli cię. Jak wyglądała praca w takim miejscu?

- Biurowiec w centrum Warszawy. W środku wszystko super, klima, fajne boksy dla pracowników. Kiedy chcieliśmy, mogliśmy iść na papierosa, mieliśmy na zmianie trzy 20-minutowe przerwy. Na jednej zmianie jakieś kilkadziesiąt osób. Zmiany były ośmiogodzinne, ale mogliśmy siedzieć dłużej, jeżeli chcieliśmy. Ja czasem pracowałem po kilkanaście godzin, żeby więcej zarobić.

Byłeś dobrym pracownikiem?

- Czasem dostawałem nagany. Przychodziła co jakiś czas kierowniczka z wydrukiem moich rozmów i wytykała błędy. To było straszne. Wyobraź sobie, że siedzisz ze swoją szefową i ona ci mówi, że - jak koleś napisał o wsadzaniu sobie różnych dziwnych rzeczy - to ty powinnaś tę rozmowę podkręcić, pytając, co jeszcze by sobie włożył. Masakra. Miałem też opierdziel za błędy. Bo ja jestem dyslektykiem. I przychodzi kierowniczka i mówi: "Słuchaj, ch*j pisze się przez inne u!". Ze wstydu byłem czerwony jak burak.

Ile zarabiałeś?

- To zależało od liczby wysyłanych SMS-ów. Ja wysyłałem około 100 na godzinę i miałem stawkę 9 złotych. Ale najlepsi mieli nawet 14 złotych za godzinę. Najlepsza dziewczyna zarabiała chyba około 5 tys. zł miesięcznie. Ale ona za najlepsze wyniki dostawała jeszcze co miesiąc 2 tys. zł premii. Średnio pracujący tam ludzie zarabiali pewnie tyle co ja, czyli około 2 tys. złotych miesięcznie.

Co to byli za ludzie?

- Wszyscy byli w wieku 18-25 lat, czyli w większości studenci. Do pracy podchodzili tak jak ja - po prostu wysyłali SMS-y i nie dodawali do tego większej ideologii. Tam się pracuje jak maszyna. Musisz wysyłać przynajmniej 100 SMS-ów na godzinę. Nie zastanawiasz się nad tym, co piszesz i co myśli osoba, która jest po drugiej stronie. Po prostu: czytasz, odpisujesz, wysyłasz. I tak w kółko.

Ta najlepsza dziewczyna była już tak dobra, że mogła rozmawiać z koleżanką obok, patrzeć się na nią i jednocześnie non stop pisać te SMS-y. Wypracowała sobie schemat, miała zestaw tekstów, które bez zastanowienia wklejała, bo wiedziała, że podtrzymują rozmowę.

A atmosfera? Rozmawialiście o tym, co robicie?

- Można sobie wyobrażać, że tam cała ekipa siedzi, co chwilę czyta sobie na głos SMS-y, śmieje się albo oburza. Tak nie było. Po prostu to, co dla wielu dziwaczne i śmieszne, tam było normalnością.

Ludzie, kiedy siedzieli przy komputerach, prawie ze sobą nie rozmawiali. A jak już, to o pracy. To śmieszne, że tam rozmawiało się o takich głupich rzeczach jak o jakichś wielkich projektach. Na przykład podpowiadano sobie rozwiązania, jak rozkręcić faceta, którego podniecają fekalia na ciele. Z pełną powagą na twarzy. Wyobrażasz sobie?

Było też trochę osób, które w trakcie pracy jarały zioło. Sam byłem świadkiem, jak sobie buchają na przerwie. Dzięki temu mieli chyba niezłą jazdę, pisząc te wszystkie SMS-y. Siadał taki zjarany pracownik do komputera, a tam debilna wiadomość. Niezłą akcję musiał mieć (śmiech).

Gdybyś nie miał teraz pracy i nie mógł żadnej znaleźć - wróciłbyś tam?

- Chyba żartujesz! Nigdy w życiu! Nawet się do tej pracy znajomym nie przyznaję! Chociaż pewnie są ludzie, którym taka praca nie przeszkadza - ale to są prawdziwi twardziele.



Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Komentarze (1)
Jako Samanta chodziłem bez majtek, byłem ucieleśnieniem marzeń. Za 6 zł plus VAT
Zaloguj się
  • huston_mamy_problem

    Oceniono 4 razy 4

    pełno zboków...i facetów podających sie za kobiety na portalach typu Badoo czy Woo.
    Faceci sie podniecaja ze jak zobaczą fotkę to napewno klikaja z kobietą...a tu skucha...zamiast fajnej laski przed monitorem siedzi starszy grubawy łysiejący pan, w przepoconej koszulce walący konia pod stołem...a nicka ma Monika 26 :)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX