Mormoni w Polsce. "My sami nazywamy się świętymi" [WYWIAD]

W USA rekordy popularności bije serial o życiu mormońskiej rodziny, powstają kolejne reality shows, mormon Mitt Romney kandyduje na prezydenta... Mormonizm jest na fali i przechodzi do mainstreamu. O tym, jak funkcjonuje Kościół mormoński w Polsce i czy polscy mormoni kibicują Romneyowi, rozmawiamy z Dariuszem Dreslerem - Prezydentem Warszawskiej Gminy tego Kościoła.
Joanna Berendt, Gazeta.pl: Jak mormoni...

Dariusz Dresler, Prezydent Gminy Warszawskiej Kościoła: - Tylko uprzedzę, że my sami tak się nie nazywamy. Choć rozumiemy, dlaczego osoby z zewnątrz używają tego określenia.

Ciężko byłoby używać pełnej nazwy: Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich...

- My sami nazywamy się "świętymi". Święci to ci, którzy starają się żyć zgodnie z przykazaniami. Nie uznajemy natomiast - jak inne Kościoły - świętych jako osób wybranych. Według nas każdy, kto stara się żyć zgodnie z przykazaniami religii, jest osobą świętą.

Nawet jeżeli trochę mu nie wychodzi?

- Każdy z nas jest tylko człowiekiem, który ma wady i niedoskonałości. Najważniejsze, żeby się starać.

No dobrze, jak więc wygląda wspólnota świętych w Polsce?

- W Polsce nasza wspólnota trwa od ponad 20 lat i liczy około tysiąca, tysiąca dwustu członków. W kraju jest 13 gmin, praktycznie w każdym większym mieście jest jedna. Niektóre z nich liczą po kilkanaście osób, inne - jak np. warszawska - do kilkuset. Ogólnie na świecie jest nas ponad 14 milionów.

I jak jesteście zorganizowani?

- Na czele wspólnoty w każdym kraju stoi prezydent. Inny prezydent stoi też na czele gminy. Ma on zawsze dwóch doradców i we trójkę tworzą prezydium gminy. Prezydent i doradca to tylko dwa z blisko stu powołań w Kościele. Znacząca część członków jest zaangażowana w życie wspólnoty w charakterze nauczycieli, specjalistów ds. muzyki, głoszenia Ewangelii... Za tę służbę nikt nie pobiera żadnego wynagrodzenia - może poza błogosławieństwami od naszego Ojca Niebieskiego.

Pan jest prezydentem gminy - to pełnowymiarowe zajęcie?

- Nie, to służba pełniona w czasie wolnym. Realizujemy się w danym powołaniu, ale na co dzień musimy zarabiać na życie. Ja pracuję jako inżynier elektronik.

W Stanach święci uważani są za świetnych pracowników. Skąd się to wzięło?

- W odpowiedzi opowiem pani anegdotę. Pewien święty z Niemiec prowadził takie przykościelne biuro zajmujące się doradztwem zawodowym - Kościół w ogóle pomaga wiernym też w takim codziennym życiu. Na początku ten Niemiec sam kontaktował się z firmami, które szukały pracowników, i wysyłał im kandydatów do pracy, którzy byli członkami Kościoła. Z czasem jednak te firmy same zaczęły się do niego zgłaszać, gdy miały wakaty. Zapytał się kiedyś o powód i usłyszał, że to dlatego, że mormoni nigdy nie robią sobie przerw na papierosa czy na kawę! (śmiech)

Musi być jednak coś więcej...

- I jest. Kościół uczy samowystarczalności. Od małego jesteśmy uczeni wartości pracy. Dzieci uczy się, że aby coś osiągnąć, potrzeba uczciwości, pracowitości, bezinteresowności. W rodzinnych procesach decyzyjnych biorą udział wszyscy członkowie rodziny, także ci najmłodsi. Dzięki temu dzieci rozumieją, że czasami jest więcej potrzeb niż możliwości i z pewnych rzeczy trzeba rezygnować.

A jaka jest pana historia? Proszę opowiedzieć, jak przyszły Prezydent Gminy Warszawskiej został członkiem Kościoła.

- Mieszkałem wtedy w Łodzi, to był chyba 1999 r., miałem 25 lat. Misjonarze Kościoła parę razy próbowali mnie zatrzymać przy Piotrkowskiej, pytając, czy chcę dowiedzieć się czegoś więcej o Chrystusie. Wtedy wydawało mi się, że o Chrystusie wiem już wszystko... (śmiech) A potem na jakimś czacie internetowym poznałem pewną dziewczynę, która również okazała się być zagraniczną misjonarką. Znakomicie pisała po polsku. Zachęciła mnie do tego, abym przyszedł kiedyś do gminy na lekcje angielskiego. Nigdy nie miałem żadnych uprzedzeń względem świętych, więc w końcu się do nich wybrałem...

Tak po prostu?

- Wychowałem się w rodzinie katolickiej, ale choć byłem mocno praktykującym katolikiem, zawsze czułem, że w katolicyzmie czegoś mi brakuje. Modliłem się, aby Bóg wskazał mi właściwsze miejsce dla mnie, o ile takie istnieje. I to, co się wydarzyło wtedy, odebrałem jako znak.

Jak pierwszy raz się tam pojawiłem, poczułem, że to miejsce szczególne. Zaciekawiło mnie to. Zacząłem rozmawiać z członkami Kościoła... Miałem oczywiście masę pytań, a jeden z misjonarzy, który sam wcześniej się nawrócił, bardzo mi pomógł.

Jak zareagowała pana rodzina?

- Miałem 25 lat. Rodzicom powiedziałem o planach przyjęcia chrztu - który odbywa się przez całkowite zanurzenie - odpowiednio wcześniej. Na początku byli trochę zaniepokojeni, bo nie wiedzieli za dużo na temat naszego Kościoła. Powiedzieli mi jednak, że choć oni sami nic innego nie znają poza katolicyzmem, to szanują mój wybór. Potem jednak przez dłuższy czas mi się przyglądali, by sprawdzić, czy moje życie jest lepsze, czy gorsze. Stwierdzili chyba, że idzie jednak w dobrym kierunku.

Czy pan albo inni święci spotykają się z sytuacjami, gdy ktoś zaskakująco reaguje na wiadomość o waszym wyznaniu?

- Nie przypominam sobie takich sytuacji.

Naprawdę? Polacy są aż tak tolerancyjnym narodem?

- Czasami spotykamy się z niechęcią czy wrogością, ale to są tylko incydenty. Tym, co stwarza nam trudność, jeat fakt, że w Polsce religia jest tematem tabu i ludzie nie chcą na jej temat rozmawiać.

Ale sądzę, że Polacy uczą się tolerancji. Kiedyś w Polsce nie było różnorodności pod żadnym względem ani możliwości wyboru czegokolwiek. Wolność, która przyszła z upadkiem komunizmu, dała możliwości również w sferze religijnej. Ludzie bardzo poszerzyli swój światopogląd, sami doświadczyli tego, jak wygląda świat. Z czasem będą stawać się bardziej tolerancyjni.

A co dla pana w nowej religii było na początku najtrudniejsze?

- Każda osoba, która chce przystąpić do Kościoła, zawiera tzw. osobiste przymierze. Oznacza to, że powinien mieć osobiste świadectwo o tym, że nauki Kościoła są prawdziwe, że chce żyć w zgodzie z nimi. Mnie, osobie, która wychowała się w innej tradycji, trudno było przyjąć, że w naszych czasach żyje prorok. Byłem nauczony, że prorocy należą do przeszłości. Tymczasem okazało się, że jest inaczej. Nasz prorok często pod natchnieniem przemawia do ludzi, kieruje do nich przesłania, które jako objawienia są traktowane na równi z pismami świętymi. Na początku mojej drogi przyjąłem fakt, że taka osoba jak on istnieje, ale nie miałem jeszcze o tym osobistego świadectwa.

I kiedy otrzymał pan o tym to świadectwo?

- Około 7 lat temu byliśmy z żoną na konferencji generalnej w Salt Lake City [gdzie znajduje się siedziba główna Kościoła - red.] i prorok mówił o zagrożeniach związanych z hazardem, który stanowił duży problem w USA, choć w Polsce jeszcze się o nim tyle nie słyszało. U nas miejsca z automatami zaczęły pojawiać się parę lat później. Pamiętam, jak do pracy jeździłem przez Dworzec Zachodni, i tam było tego dużo. I to wszystko było tak zrobione, aby zwabić człowieka. Ale ja, dzięki ostrzeżeniu proroka, nigdy nie uległem.

Prorok ostrzegał nas także przed kryzysem gospodarczym. Zanim ten kryzys się zaczął, powiedział nam, byśmy się nie zadłużali, żyli na poziomie swoich dochodów, a nawet robili jakieś zapasy.

Wspomniał pan o żonie. Ona też należy do Kościoła?

- Tak, jesteśmy 11 lat małżeństwem, nie mamy jeszcze dzieci. Poznaliśmy się na zajęciach organizowanych przez Kościół dla młodzieży stanu wolnego. Mamy organizacje skupiające osoby, które nie są zamężne czy żonate. I dla nich organizowane są aktywności, aby takie osoby mogły się poznać lepiej.

Byłby problem, gdyby pana wybranka nie była świętą?

- Mamy sporo małżeństw mieszanych. Czasem wynikają z tego jakieś problemy, ale jeżeli dwoje ludzi się kocha i pragnie szczęścia tej drugiej osoby, to w końcu dochodzi do porozumienia.

A co ze stereotypami? Z jakimi najczęściej się stykacie?

- Oj, zazwyczaj, jak ktoś usłyszy słowo "mormon", to od razu myśli "wielożeństwo". Poligamia rzeczywiście była w Kościele w jego początkach, natomiast została zniesiona w 1890 r. Jest nawet oficjalna deklaracja Kościoła, że takiej praktyki jego członkowie nie mogą uprawiać pod groźbą ekskomuniki.

Ale są przecież odłamy, które się tym nie przejmują... To fundamentaliści?

- Tak, niestety są takie odłamy, ale to naprawdę niewielkie grupy, które nie są przez nas uznawane za członków Kościoła.

A inne mity?

- Ludzie postrzegają nas jako grupę zamkniętą, podczas gdy nasze domy spotkań zawsze są otwarte dla innych...

... ale za dialogiem ekumenicznym nie jesteście.

- Wspieramy wszystkich ludzi dobrej woli, zwłaszcza tych, którzy wierzą w Boga. Natomiast nie bierzemy udziału w ruchu ekumenicznym, bo zaprzeczylibyśmy sobie samym. Jeśli wierzymy, że prawdziwy Kościół chrześcijański został przywrócony przez objawienie, i jest nim ten nasz Kościół, to nie ma tu dyskusji.

Jakie są główne wytyczne, których święty musi przestrzegać?

- Poza Dekalogiem mamy jeszcze inne przykazania. Powinniśmy przede wszystkim zachowywać tzw. słowo mądrości, czyli wystrzegać się pewnych substancji - nie przyjmujemy alkoholu, nikotyny, kofeiny, narkotyków...

Ale czekoladę już można?

- Wszystko można, tylko w granicach umiaru. Nie powinniśmy też nadużywać mięsa, zalecane są za to szczególne rodzaje zbóż. Prorok Joseph Smith, założyciel Kościoła, pisał o tym już w 1832 r., choć w tamtym czasie nie mógł jeszcze wiedzieć o rakotwórczym działaniu tytoniu. Czas i badania naukowe tylko pozytywnie zweryfikowały jego objawienie.

A co dzieje się z tymi, którzy mają problem z utrzymaniem dyscypliny?

- Może nie mówmy o dyscyplinie, tylko o wskazaniach utrzymania pewnego standardu życia. Jeśli ktoś ma problem z jakąś zasadą, to są osoby, które mogą mu pomagać. Misjonarze kiedyś pomagali ludziom rzucić palenie, prowadząc specjalny program - wiem, że w wielu przypadkach kończył się on sukcesem. Jeśli wymaga tego sytuacja, czasami członkowie Kościoła korzystają z pomocy specjalistów, psychologów i terapeutów.

Z którymi zasadami członkowie mają więc największy problem?

- Mamy kilka dodatkowych przykazań. Jest wśród nich m.in. zasada dziesięciny, czyli oddawanie Kościołowi dziesiątej części swoich zarobków. Zdarza się, że święci mają z tą zasadą problem, bo żyjemy w świecie materialnym, słowo kryzys jest dość często wypowiadane i te 10 proc. często może przekraczać możliwości wiernych.

Są też inne pokusy związane z tym, że żyjemy w świecie bardzo cielesnym. Niektórzy mają problem z uzależnieniami czy z rozwiązłym trybem życia. Seksualność człowieka jest odkrywana praktycznie na każdym kroku. Ale każda osoba jest inna i każde z nas ma możliwość odpokutowania za grzechy.

Sakramentu spowiedzi nie uznajecie. Co więc robi się w ramach pokuty?

- To obrzęd, w którym odnawiamy przymierze z Bogiem, przyjmujemy chleb i wodę i zobowiązujemy się do przestrzegania tego przymierza, które zawarliśmy ponownie. Czasami zdarzają się jednak grzechy poważniejsze i wtedy wymagana jest rozmowa z Prezydentem Gminy.

Jakie to grzechy?

- Takie, z jakimi człowiek zazwyczaj sam nie daje sobie rady, które mogą go bardzo okaleczyć. Np. grzechy natury seksualnej, jak zdrada, aborcja. Czasami taka rozmowa jest wymagana i Prezydenci Gmin pomagają, udzielając rad, wskazówek czy błogosławieństwa. To się odbywa oczywiście na zasadzie zaufania, rozmowy, aby pomóc człowiekowi ponownie stanąć na własnych nogach.

A co ze związkami homoseksualnymi?

- Jak mówił Chrystus, nie należy potępiać grzesznika. Trzeba potępiać sam grzech. I tak samo jest z homoseksualizmem. Nie potępiamy kogoś dlatego, że ma takie, a nie inne skłonności. Potępiamy sam akt. Nie ma powodu, by osoba, która walczy ze swoimi homoseksualnymi skłonnościami, nie ulega im, utrzymuje pewne standardy, nie była członkiem naszego Kościoła.

Co z obrzędami, np. czczeniem niedzieli?

- Niedzielę uważamy za dzień święty. Wpierw jest więc spotkanie sakramentalne, podczas którego przez sakrament odnawiamy przymierze z Bogiem, potem mamy spotkanie szkoły niedzielnej, w której zgodnie z programem studiujemy albo Księgę Mormona, Nauki Przymierza lub Biblię (teraz akurat zgłębiamy Księgę Mormona), a na koniec odbywają się oddzielne spotkania dla mężczyzn i kobiet, czyli kapłanów i sióstr. W większości są oparte na pewnych przesłaniach, które otrzymujemy od naszych przywódców. Wszystko trwa trzy godziny.

Kapłaństwo jest u państwa powszechne. Co to oznacza?

- Znaczy to tyle, że kapłanem może zostać każdy godny tego mężczyzna. W wieku 12 lat chłopcy zostają diakonami, by w wieku lat 18 otrzymać pełne, wyższe kapłaństwo Melchizedeka, które oznacza, że mogą dokonywać wszystkich obrzędów. Chrzest z kolei przyjmujemy najwcześniej w wieku 8 lat, kiedy możemy podjąć o nim świadomą decyzję.

A to prawda, że macie zakaz randkowania do momentu ukończenia 16. roku życia?

- Rzeczywiście, nie zachęcamy osób młodszych niż 16 lat, aby zawierały znajomości, które mogłyby doprowadzić do złamania jakichś przykazań. Natomiast zachęcamy młode osoby, aby poznawały przedstawicieli płci przeciwnej i uczyli się o różnicach między kobietami i mężczyznami, o tym, jak możemy się uzupełniać, żeby to pomogło im kiedyś w ich związkach. Nie mówię tu oczywiście o stosunkach seksualnych.

Jak wyglądają w takim razie randki świętych?

- Wyglądają rzeczywiście nieco inaczej. Zazwyczaj randkowicze, którzy chcą się wzajemnie poznać, spotykają się w grupach, np. w dwóch parach. Para spotyka się sam na sam dopiero wtedy, kiedy ma już dłuższy staż i jest na tyle silna, aby przestrzegać przykazań, bo oczywiście nie uznajemy kontaktów seksualnych przed zawarciem związku małżeńskiego.

U pana też na początku były podwójne randki?

- Nie! (śmiech) Kiedy zacząłem spotykać się z moją przyszłą żoną, miałem 25-26 lat, a ona - 23 lata. Oczywiście też zdarzało nam się spotykać w gronie kościelnym.

Jakie jest miejsce kobiet w Kościele? Wiele mówi się o tym, że mają one niższą pozycję...

- Kobiety mają u nas trochę inne zadanie. Mężczyźni mogą otrzymać kapłaństwo i służyć w tym kapłaństwie, natomiast kobiety - w przeciwieństwie do mężczyzn - mogą realizować się w macierzyństwie. Natomiast jeżeli chodzi o błogosławieństwa, które są nam przyobiecane, to są one dokładnie takie same. Mało tego, kobietom są one przyobiecane bezwarunkowo, podczas gdy mężczyznom - tylko jeśli zawrą w świątyni związek małżeński.

Jak to? Nieżonatemu mężczyźnie te błogosławieństwa zostaną odmówione?

- Kobieta w świecie duchów ma jeszcze możliwość zawarcia związku małżeńskiego. Mężczyźni są jednak zobowiązani ożenić się na tym świecie. Rodzina jest podstawą naszej wiary. Choć pewnie nawet, jeżeli im się nie uda jej założyć, znajdzie się sposób, aby doświadczyli tych błogosławieństw.

Wróćmy do kobiet. Jaka jest ich rola w Kościele - poza spełnianiem się w roli matek?

- Mogą przewodniczyć organizacjom, które skupiają kobiety - np. Stowarzyszeniach Pomocy. Kobiety mogą spotykać się razem, mogą pod natchnieniem przemawiać, mogą nauczać w Kościele.

Złośliwi twierdzą, że, owszem, otrzymają takie same błogosławieństwa na tamtym świecie, ale wpierw na tym muszą być posłuszne mężczyznom...

- (sięga po księgę) Księga zawiera kilka takich stwierdzeń: "Mąż i żona mają świętą odpowiedzialność, aby dbać i kochać siebie nawzajem, i swoje dzieci", "Każdy jest umiłowany przez Boga i stworzony na Jego podobieństwo...".

A tu? "Według Boskiego zamysłu ojcowie mają przewodniczyć swoim rodzinom..."?

- Dlatego, że są kapłanami. Ciąży na nich większa odpowiedzialność. To mężczyźni staną przed Bogiem i odpowiedzą za to, czy zrobili wszystko, aby ich rodzina była szczęśliwa, czy zasłużyli na pochwałę w oczach Boga.

No dobrze... To już na sam koniec zapytam, co pan sądzi o kandydaturze Mitta Romneya - najsłynniejszego w tej chwili świętego - w wyborach prezydenckich w USA?

- Kościół nie jest związany z żadną opcją polityczną, choć każdy członek jest zachęcany do brania czynnego udziału w życiu społecznym czy politycznym.

Pytam, czy nie widzi pan tego jako szansy, by ludzie dzięki Romneyowi dowiedzieli się o was czegoś więcej?

- Jeżeli Romney jest dobrym członkiem Kościoła, to będzie też dobrym prezydentem. Ale nie sądzę, że nawet jak zostanie prezydentem, to użyje swojej funkcji do wywierania jakiegokolwiek wpływu w naszej sprawie. Chciałbym, żeby Ameryce się wiodło, a w ostatnich latach chyba jest gorzej. Jest tam dużo do zrobienia i potrzeba kogoś uczciwego, pracowitego, kto będzie przestrzegał zasad.

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM