Był o włos od śmierci. Przetoczyli mu krew, choć jej nie potrzebował

Szpital

Szpital (fot. Łukasz Głowala / Agencja Gazeta)

Pacjent ze szpitala w Świdniku pod Lublinem na 10 dni trafił na OIOM, był nieprzytomny. Otarł się o śmierć po tym, jak pielęgniarka zaczęła przetaczać mu krew zupełnie innej grupy niż jego - krew, której nie potrzebował. Pielęgniarka i lekarz, którzy pełnili dyżur, zostali oskarżeni. Ale wyroku nie usłyszeli. Bo doszli z pacjentem do ugody, a sąd warunkowo sprawę umorzył.
Pan Piotr trafił do szpitala w maju ubiegłego roku. Miał wypadek w pracy, choć do końca nie wiadomo, co się stało, bo chory niczego nie pamięta. Prawdopodobnie albo się przewrócił, albo upadł, albo coś uderzyło go w głowę. Pracował jako ochroniarz. Rano, gdy przyszedł zmiennik, pan Piotr miał zaniki pamięci, bardzo bolała go głowa. Rodzina zabrała go najpierw do domu, a potem do szpitala. Okazało się, że ma rozległy uraz czaszki. Był nieprzytomny, podłączony do specjalistycznej aparatury.

W trakcie pobytu w szpitalu pielęgniarka podłączyła go do sprzętu przetaczającego krew i rozpoczęła całą procedurę. Zauważyła to synowa chorego. Była zdziwiona, bo o żadnej krwi nie było wcześniej mowy. Za chwilę na sali pojawił się lekarz i przerwał transfuzję.

Chory dziś niczego nie pamięta. Po pomyłce wylądował na Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej. Rodzina przeżyła horror. - Nie wiedziałam, o co chodzi. Jakim cudem? Dlaczego? Skąd ta krew dla osoby, która miała być przecież odwadniana? Dopiero potem okazało się, że to pomyłka. Koszmar, nie do opisania - mówi dziś pani Zofia, żona pacjenta, który padł ofiarą "zamiany" krwi. Jak dodaje, najgorsze było czekanie. - Nie wiedzieliśmy, czy przeżyje. Bo z jednej strony ten ciężki uraz głowy, a z drugiej jeszcze ta krew - mówi pani Zofia.

Krew była potrzebna, ale innemu pacjentowi

Okazało się, że krew miała być podana zupełnie innemu pacjentowi, z innej sali. Pan Piotr przeżył, do dziś jest pod opieką hematologa, systematycznie musi badać krew, sprawdzać wszystkie najważniejsze parametry. - Wyniki mam dobre, ale czuję się ciągle słabo - mówi.

Sprawa przeciwko pielęgniarce i lekarzowi trafiła do Sądu Rejonowego Lublin Wschód z siedzibą w Świdniku. Sąd skierował ją na mediację i strony doszły do ugody. Pokrzywdzony otrzymał po 10 tysięcy złotych od lekarza i od pielęgniarki (od ich ubezpieczyciela) oraz zwrot kosztów adwokackich. Zastrzegł, że nie będzie miał żadnych roszczeń na drodze cywilnej. - Mnie nie chodziło o pieniądze, ale o fakty. Żeby to było pewną przestrogą dla innych. Byłem przecież jedną nogą na tamtym świecie - mówi dziś pan Piotr.

Rodzina nie ma żalu. Pomyłki rzadko, ale się zdarzają

Dziś rodzina nie ma żalu ani do pielęgniarki, ani do lekarza, który pełnił dyżur. - Dlaczego nie mielibyśmy wybaczyć? Przecież wiadomo, ludzie popełniają błędy. Przecież nikt nie zrobił tego specjalnie - mówi pani Zofia. I dodaje, że nie wyobraża sobie, by całe życie mieć do lekarza i do pielęgniarki pretensje, dlatego zdecydowano się na ugodę.

Do pomyłek dochodzi rzadko. - To jeden, dwa przypadki w roku w skali kraju - mówi dr Magdalena Hempel ze Stacji Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Lublinie. Ale taka pomyłka może mieć nawet tragiczne skutki, łącznie z zagrożeniem życia. Przy transfuzji zawsze podaje się choremu krew grupy, którą sam posiada. - Jeżeli dochodzi do pomyłki, wiadomo, że niesie to ze sobą duże ryzyko dla pacjenta. Może dochodzić do wstrząsu czy do ostrej niewydolności nerek. Ale to skrajne przypadki - mówi lekarka.

Zobacz także
  • Pacjenci często muszą leżeć na korytarzach, bo w salach brakuje miejsc Po wyroku Trybunału - "Niezwykle trudno udowodnić zaniedbania lekarzy"
  • "Zakaz nieludzkiego traktowania...". Jakie przepisy Polska naruszyła ws. 14-latki?

DOSTĘP PREMIUM

Polecamy