Widzi pan ładunek, podchodzi i...? Saper: "Myślę tylko o zadaniu. I boję się. Strach. Zły, zimny pot"

- Rozmawiam z tymi kobietami, płaczą mi przez telefon, nie wiedzą, co robić. Do Iraku wyjechał fajny człowiek, a wrócił ktoś kompletnie obcy. To są drastyczne zmiany. Straszne - opowiada Tomasz Kloc, były żołnierz i prezes Stowarzyszenia Rannych i Poszkodowanych w Misjach Poza Granicami Kraju. Podobnie jak Kevin Ivison, autor wydanej właśnie książki "Saper", zajmował się rozbrajaniem ładunków wybuchowych.
Milena Bryła, Gazeta.pl: Widzi pan ładunek wybuchowy. Zbliża się do niego. Wie, że musi go rozbroić. Co się wtedy ma w głowie, o czym się myśli?

Tomasz Kloc*, były saper: Myślę o tym, żeby wykonać zadanie. Żeby nikomu nic się nie stało. Żeby mnie się nic nie stało - o tym też myślę. I myślę, jak zrobić, żeby się nie pomylić, żeby nie dotknąć czegoś, nie nadepnąć na coś. Żeby nie nastąpił ten niekontrolowany wybuch.

Kiedy się idzie do ładunku, człowiek cały się poci, nie tylko z powodu gorąca. Jest też ten zły, zimny pot, z powodu dreszczy, wielkiej odpowiedzialności.

Strach?

- Tak. Ja zawsze się bałem. Ale strach nie mógł być paraliżujący, nie mógł przeszkadzać mi w wykonaniu zadania. W gruncie rzeczy... Cała odwaga to było pokonanie tego strachu. Najciężej było, kiedy musiałem podjąć decyzję, że potrzebuję pomocy innych ludzi i dopuszczam ich do zadania. Wtedy ciężar odpowiedzialności, także za to, czy komuś się coś nie stanie, był jeszcze większy, jeszcze gorszy, niż jak człowiek szedł sam.

A rodzina, dzieci? Pojawiają się wtedy myśli, że...

- W trakcie wykonywania zadania trzeba te myśli odsunąć, skoncentrować się tylko na zadaniu. O bliskich można pomyśleć, jak się wróci do bazy: "kurczę, przeżyłem, nadal jeszcze mają męża, ojca...". To taki moment, w którym można odreagować.

W książce "Saper" jest taki fragment... Autor opisuje, że idzie w kierunku bomby i wręcz fizycznie wie, że nie przeżyje. Idzie i płacze, momentami wręcz wybucha szlochem. Zdarzyła się panu aż tak trudna sytuacja?

- Nie. Właśnie ten fragment książki mnie zastanowił. Autor nie koncentrował się wtedy na zadaniu. Myślałem o tym i doszedłem do wniosku, że to był moment, kiedy u Kevina Ivisona syndrom PTSD już się uaktywniał, że to był syndrom stresu bojowego. No i trzeba pamiętać, że tutaj jeszcze była traumatyczna sytuacja, ogromna presja, bo dopiero co zginęli jego koledzy.

Jakie są objawy stresu bojowego? Czy wiedza na jego temat jest wśród żołnierzy powszechna?

- Objawy są bardzo różne, to są kwestie strachu, braku snu... Często drastyczne doświadczenia. Zazwyczaj żonom, dzieciom człowiek dotknięty PTSD wydaje się wręcz przybyszem z kosmosu, jest zupełnie inny, niż był wcześniej. Byli żołnierze często żyją spakowani w plecaki gdzieś tam, pod łóżkiem, ciągle gotowi do natychmiastowego wyjścia.

U nas, w Polsce, największym problemem jest to, żeby człowiek, który te przypadłości ma, zdał sobie z tego sprawę i pozwolił sobie pomóc. Stowarzyszenie, którym kieruję, pomaga dotkniętym zespołem PTSD, ale najważniejszą rolą jest wsparcie i wysłuchanie rodzin, u których pojawiają się pierwsze symptomy.

Często do późnych godzin wieczornych prowadzimy wraz z kolegami z zarządu długie rozmowy telefoniczne z rannymi żołnierzami, ich najbliższymi, którzy rozpaczliwie wołają o pomoc. Potem kierujemy ich do specjalistycznych szpitali, w których poddawani są leczeniu, często psychiatrycznemu.

Często zwracają się do nas żony, ponieważ widzą drastyczne zachowania mężów. A "twardziele" uważają, że robi się z nich wariatów, że przecież oni dadzą sobie radę, a "jak mnie nie chcesz, to odejdź". Rozmawiam z tymi kobietami, płaczą mi przez telefon, nie wiedzą, co robić. Do Iraku wyjechał fajny człowiek, a wrócił ktoś kompletnie obcy. To są drastyczne zmiany. Straszne.

Na turnusie terapeutycznym poznałem małżeństwo czterdziestolatków, mąż od kilku lat leczy się psychiatrycznie, bo bez farmakologii nie jest w stanie udźwignąć trudów codzienności. O jego żonie wszyscy mówią: prawdziwy anioł, który wspiera, nie opuścił, jest z byłym żołnierzem na dobre i na złe. Podczas turnusu jednogłośnie zostali okrzyknięci najwspanialszą parą, która oparła się rozstaniu, nałogom, tragedii rodzinnej. Wspólnie wychowują dzieci, a dla wszystkich dotkniętych traumą pourazową stali się niedoścignionym wzorem. PTSD potrafi dosięgnąć najbardziej zatwardziałych.

To powszechny problem? Jak wyglądają statystyki?

- Kilkadziesiąt procent wracających z Iraku czy Afganistanu ten stres ma, ale część jest w stanie sobie poradzić sama, część przeczekać te parę miesięcy czy lat i przetrwać.

Na światło dzienne wychodzą tylko te ekstremalne, dramatyczne przypadki. Próby samobójcze czy samobójstwa. O tym i tak się nie mówi za wiele, bo to nie jest chlubne, ale wiadomo, że z każdym rokiem tych sytuacji jest więcej. Zastanawiam się, czy ten problem nie zacznie się pogłębiać. Co będzie, jeżeli do cywila zaczną odchodzić ludzie, którzy nie potrafią się odnaleźć w nowej rzeczywistości?

A pan? Jak sobie z tym poradził?

- U mnie skoncentrowało się to wszystko na powrocie do zdrowia. Skupiłem się tylko na rehabilitacji, a ona dosyć długo trwała. Wszystko zawdzięczam żonie, która była i jest na tyle silną kobietą, że nigdy nie pozwoliła sobie na łzy. Woziła mnie na rehabilitację i nieustannie wspierała w powrocie do zdrowia. U nas nie było mowy o załamaniu, bo tak naprawdę oboje wiedzieliśmy, że ocalałem cudem, zatem jak można się było użalać nad sobą, skoro żyję?!

Potraktowaliśmy to doświadczenie jako dar od losu i mając te 30 lat, wzięliśmy życie w swoje ręce. Było dla kogo żyć: kilkuletni syn potrzebował zdrowego i pogodnego ojca. Po pięciu latach przyszła na świat nasza córka. Jesteśmy jakby "mądrzejsi Irakiem" - cenimy każdy dzień jak mało kto, nie rozdrabniamy się, wiemy, że zdrowie jest bezcenne, gdy go nie ma, nic się nie liczy. Może dlatego trudno nam narzekać na cokolwiek. Wypada tylko radować się tym, co przed nami!

Co dzieje się tam, na misji, że ona tak zmienia człowieka? Rozmawiałam kiedyś z żołnierzem, powiedział, że za pierwszym razem pojechał za pieniędzmi. Ale to się zmieniło. Wracał na misję, bo po prostu musiał - potrzebował tego.

- Ja przyznam, że też tak miałem. Kiedy po pierwszej misji wróciłem, to zmieniłem stanowisko. Zaczęło się siedzenie za biurkiem, wypełnianie tabelek, ćwiczenia na mapie. Brakowało mi trochę działania, adrenaliny, nowych miejsc, tego, żeby się znaleźć w grupie, która coś naprawdę robi. Robi!

Tam, w Iraku czy Afganistanie, jest inaczej, tam się ciągle coś dzieje. I kiedy dostałem propozycję wyjazdu na misję do Iraku, nie zastanawiałem się nawet chwili.

Tam też jest większa więź, ludzie współpracują ze sobą w bardzo trudnych, ekstremalnych wręcz warunkach. Jeden za drugiego jest w stanie oddać zdrowie i życie. Wystarczy kilka trudnych, ekstremalnych sytuacji i już pojawia się bardzo głęboka więź. A te przyjaźnie potem trwają latami. To o czymś świadczy.

Pan został ranny, wrócił do Polski, doszedł do siebie i dowiedział się, że już nie wróci do wojska: nie będzie adrenaliny, stresu, wyjątkowej więzi z innymi. Że będzie pan musiał zająć się czymś innym. To musiało być bardzo trudne.

- Musiałem odejść z wojska. W piątym miesiącu służby w Iraku zaatakowano mój pojazd, zostałem bardzo ciężko ranny. Zdetonowano ładunek wybuchowy nieopodal konwoju, którym dowodziłem, odłamki bomby uderzyły w mój samochód, zraniły nogę, brzuch. Chwyciłem karabin, bo myślałem, że będą nas ostrzeliwać. To był odruch bezwarunkowy. Potem poczułem dziurę w brzuchu, do którego praktycznie wsadziłem całą rękę. Straciłem przytomność. Ewakuacja medyczna, leczenie, kilka poważnych operacji... Polscy lekarze ocenili, że Amerykanie doskonale zabezpieczyli moje rany, dopiero w Polsce dzięki żmudnym operacjom zamknięto je. Moje myśli musiały się skoncentrować na chęci powrotu do zdrowia. Chodziłem i to trzymało mnie przy życiu!

Ale już na etapie rehabilitacji zacząłem myśleć, co dalej. Zdałem sobie sprawę, że już nie będę saperem. To było dla mnie jasne. Wiedziałem, że mam niesprawny organizm, nogę, i to mnie dyskwalifikuje. I nawet nie zależało mi, żeby udawać przed komisją lekarską. Moja noga... mam czasem taki przykurcz nerwu i dostaję jakiegoś paraliżu. Mogłem sobie wyobrazić, że podchodzę do ładunku, coś robię, i się na przykład przewracam. To mnie dyskwalifikowało.

Oczywiście, sytuacja była dla mnie trudna. Wojsko nie zaproponowało mi wtedy alternatywy. Żeby coś robić, zacząłem studia. Jedne, drugie... Skończyłem je z wynikiem bardzo dobrym. Szukałem sobie zajęcia, w jakiś tam sposób poradziłem sobie z pracą, trafiłem do trochę bardziej cywilnego środowiska. Od roku jestem szefem Stowarzyszenia Rannych i Poszkodowanych w Misjach Poza Granicami Kraju** i mam nadzieję, że ono się rozwija, pomaga żołnierzom.

Dlaczego w ogóle chciał pan być saperem?

- To nie było jakieś moje marzenie z dzieciństwa. Co prawda myślałem o szkole wojskowej, ale bardziej interesowały mnie formacje policyjne, jak Żandarmeria Wojskowa. Ale że było bardzo mało miejsc, to ktoś mi powiedział - pojedź do Wrocławia. Pojechałem i poszedłem na kierunek dowódczy. Uczyłem się budowy dróg i mostów i - oczywiście - jednym z głównych elementów było minowanie, rozminowanie i sprawdzanie terenu. To mi się bardzo spodobało. Wgryzłem się w temat, kolejne kursy, kolejne szkolenia.

Rodzina nie do końca chyba zdawała sobie sprawę, jaki zawód wybrałem, że to oznacza wyjazd na wojnę, że to czymś grozi. Zresztą mam też brata sapera. W przypadku mojego brata, po sytuacji, kiedy ja ledwie ocalałem z tego ataku, rodzina go przyblokowała. Nie chciał dostarczać bliskim stresu, bo wiedział, przez co wszyscy przeszli po moim wypadku. Pamiętam pewną z nim rozmowę... Wtedy jeszcze nie wiedziałem, czy będę miał sprawną nogę, czy będę mógł chodzić, myślałem, że "nie tak miało być", że "przecież miałem się rozwijać", miałem "działać"... To było trudne. I on odpuścił. Dla rodziny.

Pozwoliłby pan synkowi zostać saperem?

- Nie wiem, na tę chwilę nie wiem... Ale kiedy Kuba w dniu Święta Niepodległości, gdy ja jestem w Warszawie, wywiesza przed domem naszą polską flagę, wiem, że podświadomie przekazałem mu wartości, bez których moje życie nie miałoby sensu.

*Tomasz Kloc: prezes Stowarzyszenia Rannych i Poszkodowanych w Misjach Poza Granicami Kraju, młodszy chorąży sztabowy w stanie spoczynku. Były saper Wojska Polskiego, służący w 12. Brygadzie Zmechanizowanej. Uczestnik PKW Liban (1999 rok) i I zmiany PKW Irak (2003 rok). Jest jednym z pierwszych trzech weteranów odznaczonych wojskową odznaką "Za Rany i Kontuzje" oraz kawalerem Orderu Krzyża Wojskowego.

**Stowarzyszenie Rannych i Poszkodowanych w Misjach Poza Granicami Kraju powstało z inicjatywy żołnierzy w służbie czynnej oraz rezerwy, którzy służyli w misjach poza granicami kraju, zostali ranni, poszkodowani lub których problemy wynikają bezpośrednio z faktu pełnienia służby poza granicami państwa. Stowarzyszenie prowadzi m.in. warsztaty terapeutyczne, które mają na celu pomoc psychologiczną w radzeniu sobie z problemami wynikającymi z pełnienia służby poza granicami. W początkowej fazie były one skierowane głównie do weteranów i ich partnerek, jednak dostrzegając potrzebę pomocy rodzinom poległych żołnierzy, rozszerzono je również o rodziców i wdowy.

Książkę "Saper" Kevina Ivisona wydaje w Polsce wydawnictwo "Znak". To opowieść o pracy na misji w Iraku. Autor pisze, z czym musiał się zmagać każdego dnia i ile go to kosztowało. Jako pierwszy amerykański saper tak otwarcie mówi o konsekwencjach, jakie spotykają tych, którzy na co dzień igrają ze śmiercią.

Dostęp Premium TOK FM

Komentarze (1)
Widzi pan ładunek, podchodzi i...? Saper: "Myślę tylko o zadaniu. I boję się. Strach. Zły, zimny pot"
Zaloguj się
  • zenon444

    Oceniono 4 razy 0

    Przestańmy gloryfikować zołnierzy
    obserwatorpolityczny.pl/za-wczesnie-na-film-o-wydarzeniach-w-karbali/

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX