Czarne skrzynki Tu-154. Ekspert: Do końca katastrofy w kabinie byli jeszcze pasażerowie

- Oprócz generała Błasika w kokpicie tupolewa, który rozbił się pod Smoleńskiem, do końca lotu był jeszcze jeden z pasażerów - tak interpretuje zapis czarnej skrzynki pułkownik Piotr Łukaszewicz, b. szef szkolenia Sił Powietrznych. Jego zdaniem wskazuje na to objaśniana przez Błasika procedura lądowania.
CZARNE SKRZYNKI - ZOBACZ ZAPIS ROZMÓW >>

W ujawnionych dziś zapisach nagrań czarnych skrzynek pojawia się o godz. 8.39 wypowiedź generała Błasika, który tłumaczy - Mechanizacja skrzydła przeznaczona jest do... (niezrozumiałe).

- Generał Błasik objaśnia procedury. Myślę, że dowódca nie musiał wyjaśniać tego załodze. Najprawdopodobniej wyjaśniał to któremuś z pasażerów - mówi płk Piotr Łukaszewicz, b. szef oddziału szkolenia Sił Powietrznych. - Nie ma nakazu zamykania drzwi do kokpitu w samolocie rządowym. To są osoby sprawdzone, zagrożenia ze strony pasażerów nie ma - stwierdza pułkownik.



Obecność gościa miała wpływ na jakość pracy załogi

Jego zdaniem trzeba zadać sobie pytanie, czy w tych konkretnych warunkach, kiedy praca załogi wymagała maksymalnego skupienia obecność jakiejkolwiek osoby miała negatywny wpływ. - Jestem głęboko przekonany, że to miało wpływ na jakość pracy załogi - dodał płk Łukaszewicz.

W czasie lotu do kokpitu wszedł na pewno Mariusz Kazana i gen. Błasik - ich głosy rozpoznano. Są też jeszcze wypowiedzi osób, których nie udało się na razie zidentyfikować.

Profil lotu jest dziwny

Łukaszewicz mówi jeszcze, że ze zapisów wynika, że do momentu zderzenia z drzewem nie ma informacji, że załoga zanotowała jakiekolwiek zagrożenie. - Dla mnie niezrozumiały jest sposób, w jaki samolot zniżał się od wysokości 200 metrów. W przeciągu 9 sekund wysokość zmniejszyła się o 100 metrów. Samolot leciał dwukrotnie za szybko. Potem lecieli 7 sekund w locie poziomym na wysokości 100 metrów i potem kolejne 4 sekundy, kiedy samolot traci kolejne 50 metrów. To profil bardzo dziwny. Może świadczyć o tym, że załoga błędnie zinterpretowała dane, kiedy przelatywali nad jarem i w efekcie doprowadzili do sytuacji, kiedy samolot był 20 metrów nad terenem kilometr przed lotniskiem - mówi pułkownik.



Więcej o:

APLIKACJA TOK FM

Serwis informacyjny