"Wielu bogatych, którzy żyją w mieście, wyrzuca żywność"

43-letni Daniel Corazza jest bezrobotny. Żeby przeżyć, sortuje odpady i sprzedaje je przetwórniom. To główne źródło utrzymania dla niego i dla jego syna. W śmieciach, jak mówi, buszuje od dziesięciu lat.
Daniel Corazza mieszka w Villa Caraza - ubogiej okolicy w rejonie Lanus na południu Buenos Aires. Od dziesięciu lat sortuje śmieci, wyrzucane przez mieszkańców stolicy Argentyny. - To główne źródło utrzymania dla mnie i dla mojego syna. Sortuję odpady, które skupują przetwórnie. Papier, karton, plastik, butelki i złom - opowiada Daniel. Śmieci zaczął sortować po utracie poprzedniej pracy, kilka miesięcy przed kryzysem ekonomicznym, który w 2001 roku dotknął Argentynę.

"Na ulicach nie było nic. Bo wyległy na nie tysiące takich jak ja"

- Znalezienie zatrudnienia było wtedy bardzo trudne. Ponieważ urodziłem się z defektem, moja jedna ręka jest mniejsza i słabsza niż druga, nie chciała mnie przyjąć żadna fabryka. Nigdy nie skończyłem szkoły, a prawie każdy pracodawca wymaga dyplomu. Szukanie żywności w odpadkach było wtedy jedynym sposobem na nakarmienie mojej rodziny.

Kiedy zaczynałem w 2001 roku, nie miałem ani pracy, ani pieniędzy. Na ulicach nie można było nic znaleźć, ponieważ wyległy na nie tysiące takich jak ja. Nawet, kiedy udawało się znaleźć coś, co można było sprzedać, nikt nie chciał tego kupić - opowiada Daniel.

"Wielu bogatych, którzy żyją w mieście, wyrzuca żywność"

Nie zawsze był biedakiem. - Urodziłem się na wsi, w prowincji Misiones (północna Argentyna - red.). Moja rodzina pracowała czasem w polu i mimo, że byliśmy ubodzy, zawsze mieliśmy chleb na stole. Jednak później w latach 90. sytuacja kraju zmieniła się na gorsze. Straciliśmy pracę i przeprowadziliśmy się do Buenos Aires. Nie mieliśmy nic, ale w mieście było nam łatwiej zdobyć pożywienie, ponieważ wiele bogatych ludzi, którzy tu żyją, wyrzuca żywność i ubrania, które my mogliśmy sprzedać. Przez pierwsze dwa lata pracowałem na czarno i jadłem, to co znalazłem. Dużą pomoc oferowały organizacje charytatywne.

" W zależności od dnia miałem 10 kg chleba albo nic"

Danielowi udało się przeżyć, bo znalazł piekarnię, w której po zamknięciu dostawał chleb, który się nie sprzedał. - W zależności od dnia miałem 10 kg chleba albo nic - opisuje. - Zawsze dzieliłem się z rodziną i przyjaciółmi, jako że wszyscy byliśmy i nadal jesteśmy bardzo biedni. Dziś też dostajemy ten chleb. Kiedy możemy, oszczędzamy w ten sposób pieniądze z pieczywa i kupujemy inne produkty, np. mięso, które jest najdroższe.

"Pracuję na syna"

To, co uda mu się zarobić, wydaje przede wszystkim na swojego syna, który mieszka dziś z matką. - Daję mu, co mogę: jedzenie, ubrania, które kupuję w sklepach z używaną odzieżą. Pracuję ciężko, żeby mógł się dobrze odżywiać i chodzić do szkoły. Wierzę, że edukacja da mu większe możliwości, niż te, które ja miałem. Teraz mieszkam z moją matką, która pracuje dorywczo - sprząta prywatne domy - i babką, która jest już za stara, aby pracować, ale za to spędza dużo czasu szukając wyprzedaży. Dzięki nim możemy zaoszczędzić.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny