Kilkadziesiąt lat po katastrofie wciąż żyją na skażonej ziemi. Rak to "choroba z rzeki"

Od końca lat 40. XX wieku, kiedy w rejonie Czelabińska na Syberii zbudowano jedne z największych zakładów atomowych na świecie, zdarzyło się kilka poważnych awarii. Zginęły w nich tysiące ludzi. Mimo to na skażonych terenach, gdzie dawka promieniowania nawet 50 razy przekracza bezpieczny poziom, wciąż żyją ludzie. I umierają. Do najbardziej zagrożonej wioski Muslimowo udał się reporter telewizji Al-Dżazira.
Wieś Muslimowo położona jest nad rzeką Tieczą. Mimo że do rzeki przez minione 60 lat dostały się setki tysięcy litrów skażonej wody z pobliskich zakładów atomowych Majak, wciąż kąpią się w niej dzieci. Z zatrutych jezior wędkarze wyciągają ryby.

Tak naprawdę nikt nie powinien tu mieszkać. Muslimowo leży w strefie, która wciąż odczuwa skutki napromieniowania. Licznik Geigera stuka tu jak oszalały i wskazuje nawet 50-krotnie większą dawkę promieniowania od tej, która jest bezpieczna dla życia.

- Wiele osób zmarło tutaj na raka. Jeszcze więcej jest chorych. Chcielibyśmy się stąd wynieść, ale nikt nam tego nie zaproponował. Nie mamy dokąd - mówią reporterowi telewizji Al-Dżazira zrezygnowani mieszkańcy.

Charles Stratford, który wybrał się w te strony, jest w szoku. Nazywa to miejsce najsmutniejszym na świecie.

Wynajęty kierowca mówi mu, że kiedy zbliży licznik Geigera do kół samochodu, które zbierają zmieszany z błotem śnieg, urządzenie wskaże trzykrotnie większy poziom radiacji. Starszy mężczyzna sam cierpi na zespół chorób popromiennych.



Majak - zakład katastrof

Majak to nazwa jednych z największych zakładów atomowych w Rosji i na świecie. To właśnie tu pod koniec lat 40. pospiesznie i w tajemnicy zbudowano pięć reaktorów atomowych, dzięki którym Związek Radziecki mógł wyprodukować swoją pierwszą bombę atomową.

9 września 1957 r. doszło w Majaku do wycieku skażonej promieniowaniem wody, która przedostała się do pobliskich jezior i rzeki. Do czasów awarii w Czarnobylu była to największa katastrofa nuklearna, do której władze przyznały się dopiero w 1992 r.

Jakby tego było mało, w 1964 r. doszło do kolejnej katastrofy. Wiatr rozwiał po okolicy pył zalegający na dnie wyschniętego jeziora Karaczaj, które służyło za skład odpadów radioaktywnych z Majaka. Napromieniowaniu uległo około 400 tysięcy osób. Według nieoficjalnych danych w wyniku katastrof zmarło nawet 10 tys. ludzi, a niemal 40 tys. kilometrów kwadratowych terenu zostało skażonych.

Pół miliona mieszkańców w ciągu kolejnych 50 lat narażonych było na działanie promieniowania. Wszystkie te dane są bardzo przybliżone. Rejon ten ze względów strategicznych był całkowicie zamknięty, a miast nie było nawet na mapie. O katastrofie i jej wpływie na mieszkańców i środowisko dopiero w 1997 r. wstrząsający raport napisał Aleksander Zajczik.

Radon świeci nad ogniskiem

Kiedy w latach 50. i 60. doszło do awarii, władze ewakuowały z najbardziej zagrożonych terenów tysiące ludzi. Jednak problem był o wiele większy, bo zatrute zostały wody jezior i rzek. Rzeka Tiecza na przykład zasila Ob i choć konsekwencje przedostania się napromieniowanej wody do dolnego biegu rzek nie są znane, to w tym rejonie Rosji na chorobę popromienną choruje bardzo dużo ludzi.

Najgorzej jest właśnie w rejonie miasta Oziorsk, które jest położone najbliżej od zakładów Majak. Choć władze twierdzą, że program przesiedleń, na które wydały miliony rubli, dobiegł końca, to np. na najbardziej zagrożonym terenie wciąż znajdują się cztery wsie. Między innymi właśnie Muslimowo. Pomoc jednak nigdy do mieszkańców wsi nie dotarła, a pieniądze na nowe domy zostały - według nich - rozkradzione.

Niektórym mieszkańcom zaproponowano przesiedlenie do nowych prowizorycznych gospodarstw, które znajdują się zaledwie 2 km od rzeki. Ci, którzy zdecydowali się na ten ruch, narzekają, że domy są zrobione z lichych materiałów i nie wytrzymują srogiej syberyjskiej zimy. To zniechęca następnych.

Dlatego tkwią na zatrutej ziemi przy zatrutej rzece, gdzie unosi się gaz z dodatkiem radioaktywnego radonu. Mieszkańcy twierdzą, że widać jego poświatę nad kuchenkami i nad ogniskiem.

Trują i milczą

Radon atakuje przede wszystkich samych ludzi. Większość dzieci cierpi od chorób związanych z radiacją: powtarzające się infekcje, opuchnięcia, anemie, niegojące się rany, utrata włosów i siniaki na skórze. Rodzą się też dzieci z defektami, z tego powodu nikt nie chce się żenić z dziewczynami z tego rejonu - pisze Zajczik. I to najgorsze: rak - skóry, płuc, wszystkiego... To jest miejsce, w którym ludzie umierają na raka od dziesięcioleci. Miejscowi nazywają go po prostu "chorobą z rzeki".

Reporter telewizji Al-Dżazira spotyka 17-letniego chłopca z naroślą na szyi. Ma ośmioro braci i sióstr, z których każde ma jakiś problem z chorobami popromiennymi. Matka zabrała go do lokalnego lekarza, który powiedział tylko, że guz sam zniknie. - Nawet nie zrobili biopsji - mówi zrozpaczona.

Ludzie zastanawiają się, czy nie są po prostu królikami doświadczalnymi. Jak inaczej wytłumaczyć bierność władz? Pojawiają się teorie spiskowe: - Rząd przeprowadza eksperymenty i obserwuje efekty działania promieniotwórczych substancji. Musimy jechać 50 km do Czelabińska, by leczyć się z chorób. Jednak zamiast tego dostajemy medykamenty, po których czujemy się jeszcze gorzej. Miesiąc w szpitalu i jeszcze miesiąc choroby w domu. Oni testują na nas jakieś nowe leki. Oni nas nie leczą, oni nas trują. I milczą.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny

Komentarze (5)
Kilkadziesiąt lat po katastrofie wciąż żyją na skażonej ziemi. Rak to "choroba z rzeki"
Zaloguj się
  • ciemnyludd

    Oceniono 5 razy 3

    Dla poparcia tezy o strasznych skutkach stosowania energii atomowej (głupi ci Francuzi co mają jej 85%) niedawno w mediach pojawiła się fotografia sześciu dzieciaków którym nie wyrosły rączki... Nie podano jednak że dzieci ściągnięto z całej Rosji dla zrobienia tej fotografii. Histeria antyatomowa jest dzisiaj świetnym biznesem czego dowodzi bogactwo Greenpeace, finansującej antyatomowe zadymy na całym świecie, czego doznały również nasze kominy. A fakty są takie że poza energią wodną "gęstość terytorialna" pozostałych "odnawialnych" źródeł energii jest za mała aby zastąpić paliwa kopalne. Głównym "zasmradzaczem" środowiska jest transport, ale napęd elektryczny czy wodorowy nie ma sensu, jeżeli energia nie jest z atomu, bo wtedy smrodzenie z rur zastąpimy smrodzeniem z kominów elektrowni... Histeria antyatomowa nie bierze się z głupoty, bo skala tej histerii jest za duża. Pozostają: INTERES i/lub POLITYCZNY CYNIZM, bo na niczym nie można tak zarobić jak na straszeniu ludzi i bajaniu o wiatraczkach....

  • uszuszusz

    Oceniono 2 razy 2

    Tak powstają imperia, na braku szacunku dla jednostek wyrastają i giną z tego samego powodu. Nikt jednak nie wyrówna rachunku cierpień.
    uszusz.blogspot.com/

  • zelalem

    Oceniono 2 razy -2

    Jak zwykle zielony "ekologiczny" bełkot.
    Choć trochę faktów, liczb, jednostek, panie autorze??
    Rozumiem z tego tekstu, że w innych częściach Rosji ludzie nie chorują, raka nie miewają, lekarz zawsze jest w promieniu 100 m, radon w innych częściach Rosji nie występuje w sposób naturalny i nikt nie został nigdy przesiedlony!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX