Najazd Polaków na Berlin

Szwarcarbajterzy, azylanci, handlarze - takie pojęcia kojarzono z Polakami w latach 70. i 80. w Berlinie Zachodnim.
Artykuł opublikowany dzięki uprzejmości Deutsche Welle

Bliskość Berlina Zachodniego do granicy polskiej i możliwość bezwizowego wjazdu także dla obywateli państw bloku wschodniego przyciągały tysiące Polek i Polaków.

W większości byli to ludzie młodzi lub w wieku średnim, którzy chcieli się rozejrzeć i w miarę możności trochę zarobić. Szczególnie w latach 70. stosunkowo łatwo było znaleźć tu pracę, najczęściej "na czarno". W tym okresie, podobnie jak na początku lat 80. obywatele polscy byli nie tylko tolerowanymi przez władze miasta gośćmi, ale spotykali się nierzadko z sympatią mieszkańców Berlina Zachodniego. W największym stopniu przyczyniło się do tego powstanie "Solidarności".

Zobacz także: animowana historia Muru Berlińskiego

"Inwazja" Polaków

Ogłoszony w Polsce w grudniu 1981 roku stan wojenny zaskoczył w Berlinie kilkanaście tysięcy obywateli polskich. Część z nich postanowiła emigrować dalej np. do Australii, Kanady i USA, i załatwiała tu formalności wyjazdowe. Większość z nich zdecydowała się na pozostanie i budowanie swej egzystencji w Berlinie Zachodnim. W obliczu sytuacji politycznej w Polsce Senat miasta przyznał im duże ułatwienia w zakresie prawa pobytu, pracy i pomocy socjalnej. Zostały one jednak zlikwidowane po względnie krótkim czasie, a ich miejsce zajęły ograniczenia i restrykcje. "Z bardzo różnych powodów na Polaków patrzono w latach 80. z dużymi zastrzeżeniami. Po pierwsze dużą migrację około 10 do 15 tysięcy Polaków traktowano jako małą inwazję. Nie wiedziano zbyt dobrze, co z nimi począć. Odesłać z powrotem ich nie chciano, ponieważ Polska była w końcu krajem komunistycznym. Pozostać na stałe też jednak nie mieli, ponieważ należałoby się z nimi podzielić pracą", przyznała w wywiadzie dla Deutsche Welle ówczesna Pełnomocniczka Senatu ds. Obcokrajowców Barbara John.

Stosunkowo łatwy start w latach 70. i 80. mieli w Berlinie Zachodnim przedstawiciele rzadkich zawodów, jak np. konserwatorzy zabytków. Niemal wykluczone było natomiast znalezienie pracy przez polskich nauczycieli, adwokatów czy innych osób po wyższych studiach, które w Niemczech nie były honorowane. Z tego powodu wiele osób rozpoczynało egzystencję zawodową z najniższego pułapu. "Ludzie wykorzystywali każdą szansę. Pewna kobieta, z zawodu inżynier budowlany, otworzyła jednoosobową firmę zajmującą się sprzątaniem mieszkań. Zapewniało to przeżycie i było dość sporo osób, które w ten sposób przetrwały pierwsze lata, nim otrzymały zezwolenia na pracę", dodaje nie bez uznania Barbara John.

Zobacz także: Berlin zamknięty! "Byłem jak sparaliżowany"

Azylanci i szwarcarbajterzy

Chcąc zapewnić sobie legalny status pobytowy, część przybyszów z Polski składała w latach 70., a głównie 80. podania o azyl polityczny, bez względu na realne szanse jego otrzymania. Już w trakcie postępowania azylowego wnioskodawcy wraz z członkami rodzin otrzymywali bowiem zasiłek i mieli prawo do mieszkań socjalnych. Duża część z nich pracowała przy tym dodatkowo "na czarno".

W drugiej połowie lat 80., a szczególnie na krótko przed upadkiem muru nagłówki na temat Polski i Polaków ponownie zdominowały znaczną część doniesień prasowych w Berlinie Zachodnim i całej RFN. Nie byli to już bohaterowie czy wzbudzający współczucie ludzie, którzy przeciwstawili się dyktaturze i walczyli o lepszą przyszłość. Mówiono i pisano o nich: "azylanci", "nielegalni handlarze", "szmuglerzy" i "szwarcarbeiterzy". Do zmiany spojrzenia na obywateli polskich przyczyniły się w głównym stopniu rosnące liczby imigrantów z całego świata na terenie RFN i Berlina Zachodniego, problemy na niemieckim rynku pracy i mieszkaniowym oraz związana z tym obawa przed konkurencją ze strony imigrantów. W roku 1989 na 21.170 oficjalnie zameldowanych obywateli polskich w Berlinie Zachodnim 3.286 posiadało status "azylantów". Na obszarze całej RFN łącznie z Berlinem Zachodnim w okresie od 1980 do 1990 roku podanie o azyl złożyło prawie 122.000 samych tylko obywateli polskich. Także zorganizowana przestępczość, w której obok innych narodowości udział brali Polacy, zaszkodziła ich opinii, a odpowiednie tytuły w prasie powodowały jej generalizację.

Polenmarkt

Wraz z liberalizacją przepisów paszportowych w Polsce pod koniec lat 80. Berlin Zachodni zaczął coraz bardziej odczuwać swą bliskość granicy z Polską. Począwszy od końca 1988 r., a przede wszystkim od początku 1989 r., do miasta co weekend napływały tysiące drobnych handlarzy. Przywiezione towary oferowali nie tylko na "pchlim targu" przy Placu Poczdamskim, nazywanym już wkrótce "polskim targowiskiem" (Polenmarkt). Sprzedawano je również w jego okolicach. Powodowało to niebywały chaos na ulicach oraz zanieczyszczenia i dewastację skwerów i w okolicznych parków. Przemycane z Polski papierosy czy alkohol bez akcyzy starała się konfiskować policja, karząc także kupujących.

Ostra niejednokrotnie krytyka ze strony zachodnioniemieckich polityków i mediów pod adresem "polskich turystów handlowych", jak często określano wtedy przybyszów z Polski, spowodowała znaczne pogorszenie się nastawienia do Polaków. Nastroje zmieniły się , kiedy cała uwaga opinii publicznej skierowała się na masowych demonstracjach antyrządowe obywateli NRD jesienią 1989 roku.

Zobacz także: serwis specjalny "Deutsche Welle" o upadku Muru Berlińskiego

20 rocznica. Zobacz Berlin w 1989 i 2009 r. (Kliknij w zdjęcie, by zobaczyć galerię):  Po lewej tłumy berlińczyków przy Bramie Brandenburskiej, po prawej widok współczesny fot. Reuters

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny