Zakazane strony, cenzura, więzienie: czy taki będzie internet w Azji?

Chiranuch Premchiaporn, autorka tajskiej strony Prachatai.com, może przesiedzieć w więzieniu nawet 70 lat. Powód: umożliwienie obrażania w sieci monarchy tego kraju - pisze brytyjski ?Guardian?. Sama Premchiaporn nie była autorką komentarzy uznanych za obraźliwe, a jedynie, według policji... zbyt późno skasowała je ze swojego serwisu. Rządy krajów Azji Południowo-Wschodniej czerpią z chińskiego wzoru i zaczynają coraz bardziej kontrolować internet.
Według doniesień azjatyckich blogerów i portali informacyjnych władze Wietnamu, Birmy, Tajlandii, Kambodży, Filipin i Indonezji w ostatnim czasie przejęły wiele elementów cenzury sieci, których pionierami byli Chińczycy. Według brytyjskiego "Guardiana" w grę wchodzi m.in. blokowanie niepożądanych stron, monitorowanie aktywności użytkowników internetu, uciszanie działających w nim dysydentów.

Zaprzyjaźnij się z partią komunistyczną

W Wietnamie, gdzie internauci stanowią ponad 60 proc. młodzieży i osób w średnim wieku, władze zamknęły już dostęp do Facebooka, wietnamskiej wersji BBC i wietnamskojęzycznych mediów nadających zza granicy. 24 mln wietnamskich internautów nie może wejść na wiele serwisów piszących o demokracji, wolności, sprawiedliwości i pokoju - alarmował niedawno serwis asianews.it. Ale aktywiści opozycyjnej partii Viet Tan doradzają na swojej stronie internetowej, jak ominąć zabezpieczenia.

- Wietnamska blogosfera to de facto wolne media. Władze wiedzą, że nie mogą go zupełnie zamknąć. Dlatego rząd wprowadza cenzurę i aresztuje blogerów - mówi Duy Hoang, rzecznik Viet Tan. Jego partia jest w Wietnamie zakazana, a ostatnio ofiarą ataku padła jej strona internetowa.

Władze wymusiły też na publicznych dostawcach internetu zainstalowanie oprogramowania monitorującego działalność użytkowników - donosi serwis indyposted.com. A na wietnamskim klonie Facebooka go.vn można zaprzyjaźnić się z rządzącą partią komunistyczną... pod warunkiem podania wszystkich danych osobowych. Równocześnie Nguyen Phuong Nga, rzecznik MSZ w Hanoi, zapewnił, że Wietnam przestrzega prawa do informacji i swobody wypowiedzi, ale stosuje też prawo wietnamskie. Dodał, że osoby oskarżające rząd o łamanie wolności słowa nie mają do tego logicznych podstaw. Znalazły się za to podstawy do skazania na 16 lat więzienia czterech blogerów, oskarżonych o pisanie antyrządowych komentarzy.

Wpisy na forum obrażają króla

Odmienny sposób definiowania niedozwolonych bądź niechcianych treści przyjęto w Tajlandii. Kto publikuje cokolwiek w internecie, musi pamiętać o artykule 112 kodeksu karnego. Za popełnienie tzw. lese-majesté, czyli obrazy majestatu, grozi od trzech do 15 lat więzienia. Za kraty można trafić m.in. za zniesławiające i obraźliwe komentarze i groźby wobec króla, jego małżonki i regenta. Na czarnej liście ministerstwa informacji jest już 200 osób objętych zakazem publikacji w sieci - pisze Asia Sentinel. Jedną z nich jest właśnie oczekująca na wyrok Premchiaporn, która mimo grożącego jej więzienia nie przestała pisać.

- Sytuacja w Tajlandii jest niestabilna. Ludzie muszą mieć dostęp do różnych źródeł informacji - mówi otwarcie redaktorka Prachatai.com.

W południowoazjatyckiej monarchii zamknięto dostęp do 113 tys. stron, które zostały uznane za zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego - donosi portal Asiasentinel.com, powołując się na organizację Global Voices Advocacy. Sam portal również został zablokowany - za publikację artykułów dotyczących kryzysu politycznego w kraju.



Birmańska junta: wystarczy wyjąć wtyczkę

Na kilka dni przed nadchodzącymi wyborami parlamentarnymi kontrolę nad internetem wzmocniła też rządząca Birmą wojskowa junta - pisze brytyjski "Guardian". Generałowie mogą - w razie potrzeby - odciąć od sieci cały kraj. Wszystkie domeny z adresem mm (od Myanmar - nowej nazwy państwa) i adresy e-mail są monitorowane przez państwo. Zagraniczne strony są zakazane, ale w maleńkich kafejkach internetowych w dawnej stolicy, Rangunie, birmańscy internauci omijają rządowe sieciowe mury. Jednak wobec możliwości odcięcia całego kraju od sieci - Birma ma jedną z najsłabiej rozwiniętych infrastruktur internetowych na świecie - są bezradni, tak, jak było podczas przewodzonej przez buddyjskich mnichów tzw. Szafranowej Rewolucji w 2007 roku. Po zdławieniu rewolty władze utrzymywały, że Birma została odcięta od świata przez pęknięcie podwodnego kabla dostarczającego sieć do kraju.

Od pornografii do polityki

Z kolei Kambodża, Indonezja i Filipiny wprowadziły drastyczne ograniczenia możliwości oglądania w internecie materiałów związanych z seksem i nagością. Rząd Kambodży, gdzie dostęp do internetu w 2007 roku miało tylko 70 tys. osób, chce oddać kontrolę nad dostępem do sieci w kraju jednej firmie - Telecom Cambodia (TC). - Jeśli jakakolwiek strona internetowa zaatakuje rząd, albo pokaże niewłaściwe treści jak pornografia, bądź wystąpi przeciw polityce rządu, możemy ją zablokować - zapowiedział szef TC, Chin Daro, w gazecie "Phnom Penh Post". Kambodżańska blogerka Kounila Keo, która pisze o prawach kobiet i dieci, uważa, że tylko kwestią czasu jest, kiedy rząd jej kraju dopracuje metody cenzury internetu. - Część blogerów już została aresztowana - dodaje. A filipiński poseł i bloger Raymond Paladino mówi, że w jego ojczystym kraju władze traktują prawne definicje nieuczciwości i obsceniczności bardzo szeroko, więc "mogą zamknąć za wszystko".

- Rządy nie tylko blokują strony. Zaczynają też używać argumentów moralności i uczciwości, aby cenzurować dostęp do informacji i zgnieść krytykę (pod swoim adresem) - mówi "Guardianowi".

Sekstaśmy, cenzura i wolność słowa

Około 123 mln mieszkańców Azji Południowo-Wschodniej to użytkownicy internetu. Ale 600-milionowy region jest bardzo zróżnicowany jeśli chodzi o udział społeczeństw poszczególnych krajów w dostępie do sieci. W Birmie to zaledwie 2 proc. populacji. W Singapurze użytkownikami internetu jest aż 77 proc. mieszkańców. W prawie 240-milionowej Indonezji jest ich 40 mln. To niewiele w porównaniu z 384 mln korzystających z internetu Chińczyków. Jednak ten muzułmański kraj, znany jako azjatycka stolica Twittera (6 miejsce na świecie pod względem ilości użytkowników), rozważa - jak podaje Reuters - wprowadzenie "czarnej listy" stron internetowych po tym, jak w sieci pojawiły się erotyczne filmy wideo lokalnego gwiazdora muzyki. Te plany budzą niepokój tamtejszych internautów, którzy boją się, że rząd wykorzysta prawo antypornograficzne do eliminowania także innych treści.

"Chiński model" internetu?

Na skupiającej kraje o najbardziej restrykcyjnych regulacjach liście "Wrogów Internetu" organizacji Reporterzy bez Granic kraje Azji Południowo-Wschodniej zajmują poczesne miejsce, wraz z m.in. Arabią Saudyjską, Koreą Północną, Chinami, Iranem, Kubą, Egiptem i Syrią. Podczas, gdy za głównego przeciwnika wolności w sieci powszechnie uważane są Chiny, to właśnie z Państwa Środka Wietnam, Tajlandia, Kambodża czy Indonezja importują wzorce kontrolowania internetu. Jak pisze "Guardian", większość rządów tych państw używa podobnych instrumentów kontroli sieci, co Chińczycy.

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM