Chcieli pomóc Amerykanom, leżą ranni w szpitalu. Kto do nich strzelał?

Czy Amerykanie, ratując lotników z rozbitego w Libii F-15, ranili libijskich cywilów, którzy próbowali im pomóc? Takie informacje podają "Daily Telegraph" i "New York Times". Sprawę ma wyjaśnić wszczęte po wypadku śledztwo. Tymczasem świadkowie, do których dotarł "DT", dziękują zachodnim pilotom za pomoc w walce z Kaddafim.
Libia, okolice powstańczej stolicy Bengazi, 22 marca, 11.30 lokalnego czasu. W regionie trwają walki między zwolennikami a przeciwnikami dyktatora z Trypolisu, Muammara Kaddafiego, wspomaganymi przez lotnictwo zachodnich mocarstw. Lecący na misję bojową amerykański myśliwiec F-15 znajduje się dokładnie nad tym obszarem. Nagle maszyna ulega - według Pentagonu - awarii. Myśliwiec traci wysokość, zaczyna spadać, wreszcie uderza w ziemię. Przed katastrofą załoga - pilot i strzelec pokładowy - bezpiecznie katapultują się z pikującego wprost w ziemię samolotu. Lądują w dwóch różnych miejscach - i różne będą ich losy.

"Zniszczenie sił Kaddafiego potrwa około 4-5 dni"

Amerykanie ruszają na ratunek lotnikom

Oddział ratunkowy ze stacjonującego u libijskich wybrzeży amerykańskiego okrętu desantowego USS Kearsage rusza na pomoc. Operacja ratunkowa kończy się sukcesem. Przynajmniej dla Amerykanów. Nieco inne zdanie na jej temat może mieć sześciu Libijczyków, zwolenników rebelii, którzy leczą się w szpitalu z ran. Jak twierdzi reporter "Daily Telegraph" - odniesionych w wyniku amerykańskiego ostrzału. Brytyjska gazeta twierdzi, że podczas operacji podjęcia z ziemi jednego z niefortunnych lotników - pilota - amerykańscy marines ostrzelali zmierzającą do dymiącego wraku samolotu grupę Libijczyków. Żaden z nich nie był zwolennikiem Kaddafiego.

Oblężenie Misraty: snajperzy, czołgi. Ludzie szukają jedzenia

Czy samoloty ostrzelały cywilów?

Według "New York Times'a" Amerykanie szybko zlokalizowali pilota - był on cały czas w kontakcie radiowym z ratownikami w powietrzu. Weług oficera Marine Corps, którego cytuje nowojorski dziennik, pilot "widział zmierzających ku niemu ludzi i poprosił o wsparcie artyleryjskie", aby "powstrzymać - jak sądził - zmierzającą w jego stronę grupę bojową". W odpowiedzi dwa wspierające ekipę ratunkową Harriery zrzuciły dwie 500-kilogramowe bomby. Chwilę później ratowniczy V-22 Osprey wylądował na libijskiej ziemi i podjął jednego z rozbitków. Oficer marines, który informował o przebiegu misji, nie potrafił powiedzieć dziennikarzom, czy zbliżający się do lotników ludzie byli nastawieni wrogo, czy przyjaźnie. Nie umiał też powiedzieć, jakich zniszczeń dokonały dwie bomby. Rzecznik marines na pokładzie USS Kearsage zapewnia, że "nie zostały oddane żadne strzały". - Osprey nie jest uzbrojony, a żołnierze wysiedli z niego zaledwie na chwilę - powiedział kpt. Richard Ulsh. - Byłem cały czas w centrum monitorowania operacji, nie informowano o żadnych strzałach - zapewnił. Nie umiał jednak również powiedzieć, czy Harriery otworzyły ogień. To, czego nie umieli wyjaśnić Amerykanie, opisał reporter "Daily Telegraph".

Co Zachód może rzucić przeciw Libii? Przegląd sił koalicji

"OK., OK.". "Jesteśmy twoimi przyjaciółmi"

Według brytyjskiej gazety pierwszy z lotników - strzelec - wyszedł do ludzi z rękami w górze, wołając "OK., OK". Nie wiedział, czy są wrogami, czy przyjaciółmi. Dobrze trafił. - Uściskałem go i powiedziałem, żeby się nie bał, bo jesteśmy jego przyjaciółmi - opowiada 27-letni Junis Amruni, jeden z pierwszych, którzy przybiegli na miejsce jego lądowania. Jego słowa potwierdził potem admirał Samuel Locklear III, jeden z amerykańskich dowódców operacji w Libii. Ludzie traktowali lotnika "z godnością i szacunkiem" - powiedział. Libijczycy poczęstowali rozbitka sokiem owocowym. Później członkowie rebelianckich sił odeskortowali strzelca z F-15 w bezpieczne miejsce. Lotnik dołączył już do amerykańskich wojsk.

Syn Kaddafiego o rezolucji RB ONZ: No dalej! Libia się nie boi!

Ranny w ostrzale: "Próbowałem pomóc pilotowi"

Drugi lotnik - pilot - wylądował na swoim spadochronie znacznie bliżej miejsca, gdzie jego myśliwiec uderzył w ziemię. Reporter brytyjskiego "Daily Telegraph" dotarł na miejsce katastrofy jeszcze przed oddziałem ratunkowym. Zobaczył osmolony wrak myśliwca i grupę miejscowych rolników, którzy przybiegli na pomoc. Wrak samolotu stanął w płomieniach. Jak pisze reporter "DT", pilot nie mógł wiedzieć, czy zbliżający się do niego ludzie są przyjaciółmi, czy wojskiem Kaddafiego. Według świadków, podczas gdy ratowniczy Osprey powoli opuszczał się na ziemię, na ciemnym niebie pojawiły się dwa myśliwce. Jak relacjonuje Mohammed Breek, miejscowy rolnik, pole, na którym rozbił się samolot, omiotły salwy ognia. Kule trafiły w ziemię i ściany domów. I dosięgły sześciu Libijczyków stojących najbliżej wraku. - Jestem zły, bo próbowałem pomóc pilotowi i sprawdzić, czy nie potrzebuje interwencji lekarza - powiedział reporterowi "DT" Ahmed Abdulati Mohamed. 50-letni rolnik leży w szpitalu, ma obandażowaną nogę, opatrunki na szyi i obwiązaną kostkę. Jego 22-letni syn, Hamdi Ahmed Abdulati, dostał najgorzej. Nieprzytomny chłopak leży na oddziale intensywnej terapii. Lekarze musieli amputować mu lewą nogę poniżej kolana.

Libijski rolnik: "Jeśli ktoś jeszcze tu spadnie, będzie bezpieczny"

W swoim domu Junis Amruni trzyma resztki ekwipunku strzelca z F-15: racje żywnościowe, strzępy instrukcji obsługi samolotu i hełm, w którym fotografowali się po kolei jego przyjaciele, pokazując znak Victorii. Wszyscy wiedzą, co oznaczają dla rebeliantów naloty zachodnich samolotów. . - Jesteśmy wdzięczni tym ludziom, którzy chronią nasze niebo - mówi Amruni.

Mohammed Breek mówi, że Amerykanie nie muszą się bać ludzi "wolnej Libii". Zapewnia, że jeśli ktokolwiek będzie miał pecha rozbić się na jego polu, zostanie otoczony troskliwą opieką. - Oni przybywają, by nas chronić. Bez nich oni (ludzie Kaddafiego - red.) zdobyliby Bengazi. Jeśli ktoś tu spadnie, jest bezpieczny - dodaje libijski rolnik.

Więcej o:

APLIKACJA TOK FM

Serwis informacyjny