Prezydent po wyborach zamierza pogonić rząd do reform

Bronisław Komorowski oficjalnie deklaruje, że nie będzie angażował się w kampanię wyborczą, ale po cichu wspiera niektórych posłów PO. O panach gospodarza Belwederu wobec armii i jego zamiarach związanych z nowelizacją konstytucji - czytamy w dzisiejszej ?Gazecie Wyborczej?.
Koniec lipca w Belwederze. Trwają konsultacje w sprawie nowego szefa MON. Marszałek Sejmu Grzegorz Schetyna forsuje kandydaturę wiceszefa MSWiA i swojego zaufanego człowieka Tomasza Siemoniaka. Przy stole siedzą jeszcze prezydent Bronisław Komorowski i premier Donald Tusk.

Komorowskiemu kandydatura się podoba, pamięta go z czasów, gdy pracował w MON. Chciałby jednak, żeby to nie był minister "do wyborów", ale na kolejną kadencję. Podkreśla też konieczność przeprowadzenia reformy dowodzenia.

Siemoniak zostaje szefem MON. W rządzie mówi się o nim, że jest "człowiekiem trójkąta" - ma zaufanie prezydenta, premiera i marszałka Sejmu.

Ta trójka to "triumwirat", w którym odkąd PO ma w kraju pełnię władzy, zapadają najważniejsze decyzje. Spotykają się zwykle raz w tygodniu, najczęściej w Belwederze.

Ostatnio ci trzej politycy dyskutują o kampanii i o tym, co rząd powinien zrobić po wyborach. Prezydent już dał do zrozumienia: oczekuje i chce wspierać reformę systemu emerytalnego (szczególnie emerytur mundurowych), dokończenia reformy finansów publicznych, zmiany systemu dowodzenia i szkolnictwa w armii. Zapowiada też, że obejmie patronat nad zmianami w mediach publicznych.

Urzędnicy w Pałacu dostrzegają, że prezydent coraz bardziej koncentruje się na sprawach krajowych. - Jakoś rzadziej ostatnio u niego widać ministra Radosława Sikorskiego, a częściej ministra Jacka Rostowskiego - komentują.

Nie spocznie pod żyrandolem

Dla liderów PO to jasny sygnał, że po roku urzędowania prezydent wychodzi z cienia i chce być jednym z głównych rozgrywających w krajowej polityce.

Komorowski nigdy nie ukrywał, że wojsko to jego konik. Był wiceszefem MON w rządzie Tadeusza Mazowieckiego i ministrem obrony w rządzie Jerzego Buzka. Przez pierwszy rok prezydentury starał się nie ingerować w sprawy rządowe. Zresztą nie najlepiej dogadywał się z poprzednim ministrem obrony Bogdanem Klichem.

- Oczekiwał od Klicha bardziej zdecydowanych ruchów. Teraz nie odpuści. Potrzebna jest szybka reforma struktur dowódczych i szkolnictwa wojskowego, utworzenie dwóch akademii obrony - wylicza rozmówca z Pałacu.

Ale nie tylko na armię Komorowski chce mieć wpływ. Dogadał się nawet z opozycją w sprawie nowelizacji konstytucji. Kompromis w sprawie artykułu regulującego polskie członkostwo w UE wywołał zaniepokojenie w MSZ. Część decyzji w sprawach unijnych miała zapadać po zgodzie parlamentu i prezydenta, a traktaty unijne winny być przyjmowane większością dwóch trzecich głosów w Sejmie i dwóch trzecich w Senacie.

Premierowi to się nie spodobało, bo zwiększa władzę prezydenta. Tuskowi zapewne uda się zablokować te zmiany w tej kadencji, ale sprawa pewnie wróci po wyborach.

- Tusk jest ciągle przekonany do systemu kanclerskiego, gdzie to premier rozdaje karty. A prezydent nie zamierza spocząć pod żyrandolem, chce działać w ramach swoich kompetencji. I tu jest pole do napięć - mówi zaufany człowiek prezydenta.

Czy to już szorstka przyjaźń jak za czasów prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego i premiera Leszka Millera?

Cały tekst w serwisie internetowym "Gazety Wyborczej".

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny