"To była kampania przemilczeń i gadżetów. Gorzej z meritum"

- Politycy starali się nie mówić rzeczy, które mogły im zaszkodzić. Powstrzymywali się również od mówienia na czym im naprawdę zależy i co tak naprawdę chcą w tej polityce zrobić - ocenia kampanię w rozmowie z TOK FM dr Olgierd Annusewicz, specjalista od reklamy politycznej z Uniwersytetu Warszawskiego.
Zdaniem Annusewicza politycy postawili w tej kampanii na "gadżety" - ozdobniki, czyli np. na takie sformułowania, jak "debata o debacie", na organizowanie konferencji prasowych z udziałem dzieci, jeżdżenie na rowerze, fotokody, pyskówki. - Posługiwali się tymi "gadżetami" zamiast konkretów - mówi ekspert od reklamy politycznej.

W jego opinii politycy starali się nie mówić rzeczy, które mogłyby im zaszkodzić. Przez to też powstrzymywali się od mówienia na czym im naprawdę zależy i co chcą osiągnąć w parlamencie.

Spoty wyborcze. "Wysyp"

Annusewicz zwrócił także uwagę na wyjątkowo dużą liczbę filmów wyborczych w tej kampanii. - Był ich wysyp, a jak weźmiemy pierwszy lepszy z brzegu, to okaże się, że w niewielu można znaleźć rzeczywistą treść. To była kampania, w której powstało najwięcej spotów w historii. One są dobre technicznie, ale merytorycznie są miałkie - uważa ekspert.

Skąd ta mnogość reklam filmowych? - One funkcjonowały przede wszystkim w internecie. To mnogość kandydatów powoduje, że muszą się jakoś wyróżnić, szczególnie ci ze środka list. A przecież przeciętnego kandydata nie stać na wykupienie czasu reklamowego po np. "M jak miłość". Dlatego też publiką spoty w internecie - mają być kontrowersyjne, żeby ludzie je sobie podsyłali - tłumaczy Annusewicz.



Jego zdaniem jednak reklamy kontrowersyjne mogą być przeciwskuteczne. - Ja bym nie zagłosował w Lublinie na kandydatkę, która pokazuje, że jedyne, co może zaoferować, to striptease.

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM