Rządowa ustawa do TK. Czy prezydent wybija się na samodzielność?

- W oparciu o jedną decyzję nie można stwierdzić że prezydent uniezależnia się od PO, ale pierwszą wskazówką na jego usamodzielnienie jest dobór osób w kancelarii - uważa Paweł Lisicki, redaktor naczelny ?Rzeczpospolitej?. W Poranku Radia TOK FM publicyści rozmawiali o piątkowej decyzji Bronisława Komorowskiego, który skierował do Trybunału Konstytucyjnego ustawę o racjonalizacji zatrudnienia w administracji
Ustawa, która miała wejść w życie 1 lutego 2011 roku zakłada zwolnienie w ramach oszczędności 10 proc. pracowników administracji publicznej. Jest to pierwsza ustawa przygotowana przez rząd Donalda Tuska, której Bronisław Komorowski nie podpisał.

- Czy prezydent wybija się na samodzielność, czy to jest sprawa dawno dogadana i tylko taka gra propagandowa, aby pokazać, że PO chce redukować zatrudnienie w administracji, ale to może być niegodne z Konstytucją? - pytał swoich gości prowadzący audycję Grzegorz Kozak. - Nie mam przecieków z Pałacu Prezydenckiego, więc nie wiem. Liczą się fakty polityczne, a fakt jest taki, że prezydent wysłał ustawę rządową do Trybunału Konstytucyjnego zamiast ją podpisać. Przerzucił odpowiedzialność na Trybunał, bo jak twierdzi ustawa budzi jego wątpliwości - mówił publicysta Wojciech Maziarski. - Dziwię się, że przy tej ustawie się zaktywizował, zamiast przy ustawie dopalaczowej - dodał.

- Rzeczywiście w oparciu o jedną decyzję nie można stwierdzić że prezydent uniezależnia się od PO. Pierwsza wskazówka na jego usamodzielnianie jest dobór osób w kancelarii. Doradcy prezydenta to są ludzie związani z dawną Unią Demokratyczną, z tą lewą częścią Unii Wolności i to nie są osoby wywodzące się z Platformy - mówił Paweł Lisicki. - To zaplecze polityczne wydaje się być inne niż samo PO. Pytanie czy Komorowski chce stworzyć sobie samodzielny byt i dlaczego właśnie ta ustawa została skierowana do Trybunału Konstytucyjnego? Dlatego, że taki jest dobór doradców to są osoby bardziej wyczulone na elektorat socjalny, a przecież tego dotyczy ta ustawa, zmniejszenie 10 proc. zatrudnienia w administracji - dodał Lisicki.

- Ta decyzja Komorowskiego w rządzie wywołała przede wszystkim zaskoczenie. Relacje polityków Platformy były nerwowe, więc to obala teorię, że to był wcześniej przygotowany teatrzyk - mówił Paweł Wroński z "Gazety Wyborczej".

- Chyba, że ci ministrowie o tym wiedzieli - wtrącił Maziarski.

- Uważam, że ta sprawa nie była ustawiona. Świadczy o tym, że osoby z kręgów prawnych opowiadały się w części po stronie Prezydenta, a w części po stronie rządu. Ta ustawa nie przeszła do końca procesu legislacyjnego na zasadzie kontroli prawnej. Prezydent zakwestionował trzy artykuły. Gdyby po ich wprowadzeniu w życie okazałoby się, że są niekonstytucyjne - powodowałoby to duże konsekwencje finansowe. Człowiek pozbawiony pracy i to urzędnik służby cywilnej znający się na prawie, wystąpiłby z powództwem wobec skarbu państwa. Z punktu widzenia prawa prezydent zrobił to, co do niego należało - kontynuował Wroński.

- Dlaczego rząd wypuścił taki bubel? - pytał prowadzący Poranek TOK FM. - Rząd poszedł odrobinę na skróty i twierdzi, że tam jest pewna skomplikowana kwestia. Chodzi o urzędników, którzy są mianowani i kryterium ich zwalniania ma się znajdować w rozporządzeniu dołączonym do ustawy. Rozporządzenie to jest autorstwa premiera, a według konstytucjonalistów to rozporządzenie nie może być jego autorstwa, ponieważ Prezes Rady Ministrów jest zwierzchnikiem służby cywilnej. Rząd poszedł w takim kierunku, aby łatwiej mu było dokonywać cięć w administracji. Im więcej zależy od premiera, tym więcej można zrobić - stwierdził Paweł Wroński.

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny