Kraków. Malutkie mieszkanie, pokój z kuchnią. Już od progu uderza okropny zaduch. Okno jest szczelnie zamknięte, w kącie włączona farelka, bo pani Wandzie ciągle zimno. Przy ścianie, na specjalnie wzmocnionej wersalce leży jej córka, 30-letnia Sabina. Ma na sobie tylko koszulkę, dużo za małą, poplamioną. - Basiu, prześcieradło trochę pobrudziłam, bo jadłam wczoraj zupę, zmienimy? - pyta sąsiadkę, z która przyszłyśmy w odwiedziny. Uśmiecha się i przełącza kanały w tv. Od niedawna ma kablówkę, to dobrze, jest więcej kanałów. Leży na brzuchu, w innej pozycji ma problem z oddychaniem. Przy łóżku trzy butelki coli, batony, czekolada i chipsy schowane w metalowej skrzyneczce. Przykryte gazetami, żeby Basia się nie złościła. Ile waży Sabina? Dokładnie nie wiadomo, skala szpitalnej wagi skończyła się na 250 kg. Doktor w karcie wpisał 250 plus.
Przed świętami zepsuł się telewizor. Wtedy Marek zobaczył Sabinę... - Mamę Sabiny spotkałem w osiedlowym sklepie, jakoś zaraz przed Wielkanocą - opowiada Marek, który mieszka dwa bloki dalej. - Wyglądała bardzo źle, zaniedbana, rozkojarzona, zmęczona. Mówiła, że zepsuł się jej telewizor, że ma chore
dziecko, a przed świętami serwis nie może przyjechać.
Marek zaoferował pomoc. Kiedy wszedł do
mieszkania pani Wandy zaniemówił. - To co tam zobaczyłem, przechodziło ludzkie pojęcie - mówi. - Na ziemi, na kilkucentymetrowej gąbce leżała Sabina. Wokoło smród, brud, wszy, bałagan. Warunki takie, że zwierzęta nieraz lepiej żyją.
Jeszcze tego samego dnia razem z żoną Basią przywieźli Sabinie materac z działki. Od tego czasu przychodzili do niej prawie codziennie.
- Dreszcz mnie przechodzi, jak sobie to przypomnę - wspomina Basia. - Paznokcie nie obcinane od wielu miesięcy, odleżyny takie, że w ranę można było włożyć dłoń. Nic dziwnego, skoro prawie cztery lata spędziła w jednej pozycji.
Pani Wanda smaży racuchy, ze śmietaną. Donosi Sabinie do łóżka. - Ona jest całkowicie bezradna - Basia patrzy ze współczuciem na panią Wandę. - Sabina, jak nie dostanie tego, co chce, robi jej karczemne awantury. Krzyczy, terroryzuje ją, a matka nie ma znikąd pomocy. Rodzina jej nie odwiedza, sama ma problemy ze zdrowiem i po prostu sobie nie radzi - ocenia Basia. - Kocha Sabinę, ale nie ma siły się nią opiekować. Chce dla niej dobrze, ale niestety nie wie, co jest dla niej dobre.
Pracownicy MOPS też byli u Sabiny. Nic nie zauważyli Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej przy ul. Jerzmanowskiego. Rozsypujący się stary barak obity blachą. Tu jest dokumentacja przypadku Sabiny i Wandy. Panie z MOPS-u świetnie znają tę sprawę. - Tam nie był nigdy robiony wywiad środowiskowy - przyznaje młoda dziewczyna w okularach. - Ale niektóre opinie o pani Sabinie są mocno przesadzone, powiem pani. Ja byłam u nich z koleżanką i nie stwierdziłyśmy, że się tam jakaś wielka tragedia dzieje. Poza tym one nie chciały naszej pomocy - rozkłada ręce.
W dokumentach jest jasno napisane. Po raz pierwszy pracownik socjalny zapukał do drzwi Sabiny i jej matki w 2009 r. Sabina leżała już wtedy od dwóch lat.
- Nie stwierdził istotnego zagrożenia, w związku z tym zaprzestał działań w tym środowisku - twierdzi dyrektorka krakowskiego MOPS Józefa Grodecka.
Ale zagrożenie było. - Człowiek jest zaprojektowany na kilkadziesiąt kilogramów, jeśli waży cztery czy nawet pięć razy więcej, to jego serce musi przepompować krew przez taką masę - wyjaśnia doktor Igor Bień, diabetolog z krakowskiego szpitala uniwersyteckiego. - I w takim przypadku zagrożenie jest nie tylko serce i naczynia, ale kręgosłup, stawy, do tego dochodzi choćby
cukrzyca i czynnik ryzyka zgonu u takiego chorego dramatycznie rośnie.
Poziom cukru Sabina ma bardzo wysoki. Grozi jej utrata wzroku i amputacja nogi.
Lekarka: nie pójdę, bo tam jest brud i wszy Od kwietnia Basia z siostrą Agatą i mężem Markiem przychodzili do Sabiny na zmianę. Myli ją, kupowali lekarstwa, wymieniali pościel, kupili łóżko, odmalowali ściany. - Ten materac, na którym leżała, był całkiem zasikany, do niczego się nie nadawał. Ona nie jest w stanie wstać do toalety, załatwia się do reklamówki - opowiada Agata. - Musieliśmy coś zrobić, nie mogliśmy na to patrzeć.
O interwencję prosili lekarza pierwszego kontaktu z przychodni, do której należy Sabina - Od pani doktor usłyszeliśmy, że ona tam już była i więcej nie pójdzie, bo tam jest brud i wszy, a poza tym Sabina do szpitala iść nie chce - mówi Basia. - Za drugim razem przyszliśmy do przychodni z panią z MOPS-u, to nie miała wyjścia, musiała pójść do Sabiny. Wtedy dopiero wypisała skierowanie do szpitala. To było w kwietniu tego roku.
Pani doktor K. nie chce komentować sprawy: - Wydaje mi się, że zrobiłam wszystko co mogłam, ale ta rodzina w ogóle nie stosowała się do zaleceń - ucina rozmowę przez telefon.
Sabina: Chciałabym jeszcze kiedyś pójść do dyskoteki Sabina zawsze była duża. Z wiekiem tyła i tyła. Jadła same słodycze. Dopóki chodziła, kupowała je sama. - Na początku matka próbowała ją powstrzymywać, ale wtedy Sabina potrafiła uderzyć panią Wandę nawet w sklepie, przy ludziach - opowiada Basia. - A biła mocno, dlatego matka szybko się poddała. Cztery lata temu, kiedy przyszła zima, a temperatury spadły do minus 20 stopni, Sabina osiągnęła taką wagę, że nie miała co na siebie włożyć. Wszystkie ciepłe ubrania były na nią za małe. I więcej z domu nie wyszła. Przez zimę przytyła tak, że nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Stawy nie wytrzymały ciężaru. Pewnego dnia przewróciła się w przedpokoju. Od tej pory już tylko leży.
Jeśli nie je i nie ogląda telewizji strasznie się nudzi. Często przegląda stare zdjęcia, z czasów, kiedy jeszcze chodziła. - O, tutaj jestem na dyskotece pod Jaszczurami - pokazuje nieostrą fotografię. - Miałam czerwone włosy, zafarbowane, piłam nawet piwo, fajnie wtedy było - uśmiecha się Sabina. Chciałaby jeszcze pójść do dyskoteki. Lubi towarzystwo. Cieszy się z każdych odwiedzin. Na telefon od Basi czeka czasem cały dzień. - Pomagam jej, jak tylko potrafię, ale też mam rodzinę, dwie córy, pracuję, nie mogę cały czas przy niej być - tłumaczy Basia.