Aleksandra Dziadykiewicz: Trudno znaleźć ekonomistę, który powiedziałby, że podnoszenie wieku emerytalnego jest w Polsce niepotrzebne. Jakub Borowski: To inwestycja w przyszłość. Z jednej strony przynosi korzyści państwowym finansom, z drugiej - obywatelom. W obecnym systemie emerytalnym im więcej odłożymy na przyszłość w postaci składek, tym wyższa będzie nasza emerytura. Ale zależy ona też od tego, ile lat będziemy żyli od momentu, gdy przestaniemy już pracować. Im dłuższy będzie przewidywany okres życia, tym emerytura będzie niższa. Dlatego, że uskładany kapitał trzeba będzie podzielić przez większą liczbę lat.
To powinien być jeden z najważniejszych argumentów w dyskusji o podniesieniu wieku emerytalnego. Byłoby bardzo niedobrze, gdybyśmy utknęli w dyskusji, w której dłuższy okres pracy traktuje się jak karę czy nieszczęście. Dłuższa praca jest szansą dla osób, które zarabiają najmniej. Jeśli system się nie zmieni,
Polska za kilka lat będzie krajem z dużą ilością emerytów niezadowolonych z niskich świadczeń. To będzie rodzić potężne napięcia społeczne. Wydłużenie czasu aktywności zawodowej jest elementem solidarności pokoleń. Jeśli tego nie zrobimy, nasze
dzieci i wnuki zapłacą za nasze zaniechania wyższymi podatkami, niższymi dochodami, a w konsekwencji niższą konsumpcją i wolniejszym rozwojem gospodarczym.
Załóżmy, że reforma zostanie wprowadzona. Kiedy będzie widać efekty? Pojawią się z pewnym opóźnieniem. Korzyści z podniesienia wieku emerytalnego są tym większe, im więcej roczników pracuje dłużej. Czas, w którym więcej odkładamy na starość będzie wydłużał się stopniowo. A z punktu widzenia finansów państwa: dzięki większym składkom, które wpływają od ubezpieczonych i jednocześnie coraz mniejszej liczbie emerytów, którym trzeba wypłacić świadczenie, oszczędności również będą rosły stopniowo. W końcu sięgną kilku-kilkunastu miliardów złotych rocznie. Najwięcej oszczędności dałoby podniesienie wieku emerytalnego skokowo, z dnia na dzień. Ale to jest oczywiście niemożliwe. Takie rozwiązanie postawiłoby w bardzo trudnej sytuacji osoby, którym niewiele już zostało do emerytury. Ludzie muszą przygotować się na takie zmiany. Działanie szokowe nie wchodzi w grę.
Nie ma jeszcze projektu ustawy, ale z expose premiera wiemy, że mamy pracować do 67. roku życia. Dla mężczyzn, proces podnoszenia wieku zakończy się za 8 lat, kobiety osiągną w pełni ten pułap w roku 2040. Nie można zrobić tego szybciej? Z ekonomicznego punktu widzenia - można. Ale to jest bardziej polityczna dyskusja, a nie ekonomiczna. Jeśli ceną, jaką przyszłoby zapłacić za taka propozycję, byłoby zupełne odrzucenie ustawy, taka gra nie jest warta świeczki.
W dyskusji o podnoszeniu wieku emerytalnego nie brakuje głosów sugerujących, że najpierw trzeba rozwiązać problem zbyt niskiej dzietności Polaków. Ale to nie są chyba tematy stojące do siebie w opozycji... To są dwa osobne, ale równoległe procesy. Podnoszenie wieku emerytalnego jest odpowiedzią na zmiany demograficzne i coraz dłuższe życie Polaków. Trzeba się za to zabrać już dziś, by uniknąć problemów w przyszłości. Ale dłuższy wiek emerytalny nie rozwiązuje problemu rodności. Na to, by rodziło się więcej dzieci mogą wpływać odpowiednie zachęty podatkowe, ulgi prorodzinne. Powinny premiować trzecie, czwarte, piąte
dziecko o wiele bardziej, niż drugie. Takie mechanizmy zdały egzamin w innych krajach, najlepszym przykładem jest
Francja.
Ale mamy propozycje PSL - by kobiety, które wychowują dzieci, mogły przechodzić wcześniej na emeryturę. To pomysł, który ma docenić pracę, jaką kobiety wykonują w domu. Może PSL ma dobre intencje, jednak skutki takiego rozwiązania byłyby fatalne, i to przede wszystkim dla kobiet. Byłyby skazane na niższe emerytury, uzależnienie od sytuacji finansowej męża. Pogłębiłoby to nierównowagę dochodową w małżeństwie, promowało określony model rodziny, w którym ciężary prowadzenia domu są rozłożone nierównomiernie. Rozwiązania dotyczące dzietności powinny być w systemie podatkowym, a nie emerytalnym.
A może o wydłużenie wieku emerytalnego trzeba zapytać Polaków w referendum? "Solidarność" zebrała w tej sprawie już milion podpisów, ze swoją propozycją wychodzi także SLD. To miałoby sens tylko wtedy, gdyby Polacy mieli pełną świadomość, jaka jest alternatywa dla niepodnoszenia wieku emerytalnego. Tylko że możliwych działań, które trzeba by podjąć, aby stabilizować finanse publiczne jest wiele. To może być podniesienie podatku VAT, które uderzy najbardziej w osoby o niskich dochodach. To może być podniesienie podatków dochodowych, podatku CIT, albo na przykład ograniczenie inwestycji publicznych.
Jeśli zaniechamy reformy emerytalnej, jakieś działania będą niezbędne, bo relacja osób pracujących do osób pobierających świadczenia szybko się pogarsza.
Czyli referendum odpada. Odpada, bo trudno sformułować te wszystkie alternatywy w jednym pytaniu. Ono musi być krótkie, proste, czytelne. Zamiast referendum, potrzebujemy porządnej, uczciwej debaty. To nie może być jedynie rządowa kampania informacyjna w telewizji czy
radiu. Dobrym przykładem, jak mogłoby to wyglądać, jest ostatnia debata o ACTA, wymuszona przez internautów. Dyskusja o wieku emerytalnym jest niezwykle trudna i poważna, dobrze byłoby zrobić np. cykl spotkań w całej Polsce. Trzeba rozmawiać z przedstawicielami różnych środowisk, ale przede wszystkim z kobietami, bo one mają pracować wyraźnie dłużej niż teraz. Ta debata jest absolutnie niezbędna, nawet za cenę tego, że reforma mogłaby opóźnić się o kilka miesięcy. Po prostu, wszyscy muszą mieć świadomość liczb w przypadku niepodnoszenia wieku emerytalnego: niższej emerytury, wolniejszego wzrostu gospodarczego, wyższych podatków czy rozwarstwienia dochodowego, gdyby przyjęto propozycję PSL. Rząd musi skonfrontować się z obawami obywateli. Na te lęki trzeba odpowiedzieć, wytłumaczyć.
Mamy jeszcze propozycje SLD. Na razie nie są bardzo konkretne, ale zmierzają do tego, by uzależnić moment przechodzenia na emeryturę od liczby lat, w których opłacamy składki emerytalne. Kobiety mogłyby odejść z pracy po 35., mężczyźni po 40. latach. Tutaj trzeba byłoby bardzo precyzyjnie określić sposób, w jaki mierzyłoby się okres składkowy. Jeśli podstawą byłyby umowy o pracę - czyli wykluczone byłyby umowy o dzieło, od których nie odprowadza się składek -byłby to system niesprawiedliwy. Dyskryminowałby także osoby, które wchodzą później na rynek pracy, bo na przykład dłużej się uczą. Jestem zwolennikiem rozwiązań jednoznacznych - gdy bardzo konkretnie wskazuje się wiek przechodzenia na emeryturę.