"Historia odżyła na nowo. Zdzierasz warstwę historii i znajdujesz pod nią opowieści sprzed kilkuset lat!" [WYWIAD]

- Nie przepadam za przewodnikami pisanymi z pozycji: "Nic nie wiem, opisuję, co widzę i chłonę". Zawsze, trafiając do jakiegoś miejsca na chwilę, jesteś obcy. Ale dzięki historycznym źródłom, dobremu przygotowaniu, możesz mierzyć się z tematem - mówi w rozmowie z Łukaszem Wojtusikiem John Gimlette, który w czasie 37 lat podróżowania odwiedził ponad 80 krajów.
John Gimlette ma 50 lat, od 37 podróżuje. Odwiedził ponad 80 krajów, a swoje podróże opisał w czterech książkach. Za ostatnią, zatytułowaną "Dzikie Wybrzeże. Podróż skrajem Ameryki Południowej", w 2012 otrzymał Nagrodę im. Williama Dolmana dla najlepszej książki podróżniczej.

John jest dziennikarzem, podróżnikiem z rodzaju tych, których nie trzeba namawiać do wyznań. Do hotelowego lobby, gdzie mamy się spotkać, przychodzi z rekwizytami i sam zaczyna opowiadać.

"Mili ludzie, gościnni, hojni..."

John Gimlette: - Przyniosłem tu kawałek potłuczonej butelki, najprawdopodobniej z 1770 roku. Znalazłem ją niedaleko rzeki Berbice w Gujanie. To część mojej historii, opowieści z "Dzikiego Wybrzeża". Butelka jest pretekstem dla opowiedzenia historii buntu niewolników w 1763 roku. 50 holenderskich zarządców ukryło się wtedy przed nimi w domu. Byli przerażeni. Bali się 2 tys. rozwścieczonych niewolników. Wiedzieli jednak, że ich byli słudzy nie mają butów, więc gdzie się dało, porozrzucali szkło z porozbijanych butelek po winie.

Kiedy byłem w Gujanie, znalazłem całkowicie zniszczony dom, wokół którego było mnóstwo kawałków szkła. Historia odżyła na nowo. Zdzierasz warstwę historii i znajdujesz pod nią opowieści sprzed kilkuset lat! To fantastyczne! Tym się zajmuję, badam historie, docieram do miejsc, gdzie można znaleźć coś ciekawego.

Łukasz Wojtusik: W "Dzikim Wybrzeżu" takich historii nie brakuje...

- Tak, niektóre opowieści są niewątpliwie smutne. Choćby historia ponad 900 obywateli USA, którzy w Jonestown popełnili największe chyba w nowożytnej historii zbiorowe samobójstwo.

Są historie smutne, ale mieszkańców Gujany opisuje pan nie tylko z tej perspektywy.

- Bo to z natury bardzo mili ludzie. Dobrze być w ich towarzystwie. Są hojni i gościnni.

Ale po co pisać książkę o zapomnianym zakątku świata? Ponieważ jego część była kiedyś kolonią brytyjską?

- To część historii mojej rodziny. W 1628 roku w Gujanie zamieszkał jeden z moich przodków. Zmarł sześć miesięcy później. Postanowiłem ruszyć jego drogą. Zacząłem zbierać informacje o tym niezwykłym kawałku świata. Trudno po nim podróżować, gdzie nie spojrzysz, dżungla i rzeki. To sprawia, że mieszkańcy Gujany są w naturalny sposób odcięci od świata.

Stąd "Dzikie Wybrzeże"?

- Tak, ponieważ naprawdę nie zostało przez nikogo oswojone. Nawet Holendrzy, którzy pojawili się na wybrzeżu w XVIII wieku, zajęli tylko 10 procent terenu, do pozostałej części Gujany Holenderskiej nie udało im się dotrzeć. Większość byłej Gujany Brytyjskiej, Surinamu czy Gujany Francuskiej nie została w rzeczywistości dobrze zbadana.

A kto był tam pierwszy? Hiszpanie? Portugalczycy?

- Nie. Nie widziano tu konkwistadorów, Bolivara, mężczyzn w typie macho, nie poznano teologii wyzwolenia. Jest to jedyna w swoim rodzaju część Ameryki Południowej: częściowo brytyjska, francuska i holenderska. Najpoważniejszym graczem byli jednak Holendrzy, którzy w Gujanie pojawili się w 1635 roku i zostali tu aż do 1975 roku.

W dzieleniu tego tortu udział brały: Holandia, Wielka Brytania i Francja. Gujana przechodziła z rąk do rąk...

- Na to, co działo się w Gujanie, spory wpływ miały wydarzenia w Europie. Konflikty ze Starego Kontynentu przenosiły się do dżungli.

A jak pan radził sobie w dżungli, w krainie wielu wód?

- To niewątpliwie trudna podróż. W Gujanie mamy 1,5 tys. rzek na obszarze porównywalnym do powierzchni Wielkiej Brytanii. Jeśli wyobrazić sobie ten kraj, jego dżunglę poprzecinaną rzekami, to łatwo można sobie uzmysłowić, jak trudno po nim podróżować. Wycieczka łodzią zajmuje cztery tygodnie, dlatego zdecydowałem się na samolot, ale to bardzo droga przyjemność. Tanie hotele, drogie podróże i dzika przyroda.

A ludzie?

- W dżungli spotkałem między innymi południowoamerykańskich Indian. Zatrzymałem się u myśliwych z plemienia Makusi. Jadłem to, co danego dnia upolowali. Raz była to małpa, raz pekari. Węża na szczęście nie musiałem jeść /uśmiech/. Wódz Makusi pod koniec mojego pobytu wręczył mi zrobiony własnoręcznie przepiękny łuk i strzały i powiedział: "John, zabierz to do Londynu i kiedykolwiek go użyjesz, pomyśl o nas".

"Dzikie Wybrzeże" to nie tylko historia podróży, to historia niewolnictwa, którego ślady nadal tkwią w mentalności mieszkańców.

- To absolutna prawda, niewolnictwo pozostawiło okropną bliznę na tych krajach. Widać ją na przykład w jedzeniu. Europejczycy sprowadzali suszone ryby z Kanady po to, by niewolnicy jedli rzeczy bogate w proteiny. I żeby mogli potem lepiej, wydajniej pracować. Sposób wychowywania dzieci również skażony jest pozostałością po niewolnictwie. Podobnie jest z polityką. Podziały rasowe nadal są bardzo silne.

Dlaczego?

- Kiedy Afrykanie przestali być niewolnikami, zostali zastąpieni niewolnikami z Indii. Brytyjczycy, Holendrzy i Francuzi przywieźli ich tam tysiące. Teraz dawni mieszkańcy Indii i Afrykanie mają własne partie polityczne, gazety, szkoły, żyją w dwóch różnych światach, w swoich zamkniętych społeczeństwach.

Ale były przecież próby przełamania tej izolacji...

- W Georgetown, stolicy Gujany, zaprzyjaźniłem się z ludźmi, którzy chcieli stworzyć partię składającą się z przedstawicieli różnych ras, Alliance for Change. W swoich strukturach mieli zarówno Hindusów, jak i Afrykanów. W teorii wyglądało to znakomicie, ale nie udało się im przekonać Gujańczyków. Ludzie nadal skłonni są głosować tylko na swoją rasę. Doprowadziło to do sytuacji w której na przykład w Surinami jest 12 partii marksistowskich, jedna dla Indonezyjczyków, jedna dla Hindusów, jedna afrykańska... Każda nacja ma swój własny lewacki odpowiednik.

Co łączy trzy Gujany: holenderską, brytyjską i francuską?

- /uśmiech/ Cukier. Wszystko zaczęło się od cukru. Jeśli spojrzysz w Google Earth, zobaczysz stare plantacje cukru, które działały mniej więcej do 1850 roku. Zobaczysz, że całe wybrzeże wygląda jak gofr podzielony na małe kwadraty - niektóre z nich powoli znowu przekształcają się w dżunglę. Żeby zbudować plantację trzciny cukrowej o wielkości jednego czy dwóch kilometrów kwadratowych, trzeba wykopać około 90 kilometrów kanałów.

A drogi?

- Tych jest niewiele, biegną wzdłuż wybrzeża. W Gujanie Brytyjskiej jest tylko jedna droga wewnątrz lądu, we Francuskiej jest podobnie. Nie ma dróg pomiędzy krajami, tras prowadzących do pozostałej części Ameryki Południowej. Trzy niewielkie państwa nie są w żaden sposób połączone z resztą kontynentu. Nie utrzymują żadnych stosunków z sąsiadami. Paradoksalnie bliżej im do Europy czy na Karaiby.

Kolejny dowód izolacji?

- Tak, Gujana powinna mieć kontakt z potężną na tej części półkuli Brazylią. Na razie to niemożliwe.

Porozmawiamy o niemożliwym, które staje się możliwe. Swoją pierwszą poważną podróż zaczął pan w wieku...?

- 17 lat. Pojechałem do Hongkongu, stamtąd rosyjskim statkiem do Japonii, później wylądowałem na Syberii, wsiadłem do kolei transsyberyjskiej i tak zwiedziłem całą Rosję. Zatrzymałem się w Moskwie, przez Polskę wróciłem do Anglii, przyjechałem prosto na zajęcia w szkole /uśmiech/.

Rodzice powiedzieli: "Jedź, ruszaj, powodzenia!"?

- Nie mieli nic przeciwko. To taka trochę rodzinna tradycja. Moi przodkowie pracowali w Indiach i Himalajach. Podróżowali jako lekarze misjonarze do wielu krajów.

Odwiedził pan ponad 80 krajów. Jak je pan zapamiętuje? Przez zapach, charakterystyczne miejsca, zdarzenia?

- Czuję się jak historyk w terenie. Przed podróżą sporo czytam, lubię dowiedzieć się czegoś o danym miejscu. Uwielbiam czuć, gdy to, co przeczytałem, ożywa, kiedy jestem na miejscu. I nie chodzi tu tylko o moją podróż do Gujany. Podobnie było w Paragwaju, Nowej Fundlandii czy Labradorze.

Colin Thubron, angielski podróżnik i pisarz, również zwrócił mi kiedyś uwagę na przygotowanie, na to, co przed wyprawą...

- Sama wyprawa jest tak naprawdę zwieńczeniem pewnego procesu. Przyznaję, nie przepadam za przewodnikami pisanymi z pozycji: "Nic nie wiem, opisuję, co widzę i chłonę". Oczywiście, zawsze trafiając do jakiegoś miejsca na chwilę, jesteś obcy. Nie da się uniknąć subiektywizacji spojrzenia. Ale dzięki historycznym źródłom, dobremu przygotowaniu, możesz mierzyć się z tematem.

Jeden z moich rozmówców, pisarz, powiedział kiedyś, że Ryszard Kapuściński miał tę zdolność: potrafił uchwycić ducha Afryki, opisać afrykańską duszę.

- Kapuściński to wielki autor, ważny pisarz, także dla mnie. On doskonale wiedział, jak zajrzeć w duszę danego miejsca, jak poznać jego charakter i istotę. Niezmiernie mu tego zazdroszczę. Po publikacji "Dzikiego Wybrzeża" dostałem kilka komentarzy dotyczących miejsc, które opisałem.

Byli zadowoleni ze sposobu, w jaki pan je opisał, mieli obiekcje?

- Nie mieli zastrzeżeń /uśmiech/.

Pisarzem i podróżnikiem może być teraz każdy, wystarczy dostęp do internetu. Coraz więcej mamy podróżniczych blogów, książek, ale ich poziom pozostawia często wiele do życzenia.

- Dlatego tak ważne jest skupienie się na historii, zaglądanie w przeszłość opisywanego przez nas miejsca. Chodzi o to, byśmy widzieli problem globalnie, ogólnie, ale także potrafili spojrzeć na coś w mikroskali. To jak zaglądanie przez dziurkę od klucza.

I dlatego tak ważne są przedmioty...

- I stąd ta butelka /uśmiech/.

Podróżując, jest pan na wakacjach czy w pracy?

- Odpowiedź nie jest prosta. Mam to szczęście, że za podróżowanie mi płacą. To bardzo komfortowe. Wybierasz się gdzieś, nawet z rodziną, ktoś zamawia u ciebie tekst, piszesz go, oglądasz mnóstwo rzeczy, dziwisz się światu albo próbujesz uchwycić coś interesującego i jeszcze dostajesz za to wynagrodzenie.

A Polska...?

- Od dawna myślałem o podróży do Polski. Przyjechałem na kilka dni, chcę zobaczyć Kraków. Wiem, że to piękne miejsce, sporo o nim słyszałem. Głównie skupię się jednak na górach. Wybieram się w Tatry, sprawdzić, co może tam spotkać turystę. Na koniec planuję wycieczkę do obozu Auschwitz w Oświęcimiu. Sporo już wiem na ten temat, dużo czytałem, ale czytać a zobaczyć to dwie różne rzeczy.

Kolejny duży projekt?

- Sri Lanka. To mój najbliższy cel. To kraj zniszczony przez długoletnią wojnę, kolejne miejsce zapomniane przez ludzi. Przyglądam się temu od jakiegoś czasu, ale chcę tam pojechać, żeby sprawdzić, jak mieszkańcy radzą sobie z historią. Wojna się skończyła, ale pewnie nie w ich głowach. Nie jestem korespondentem wojennym, specem od politycznych konfliktów, ale ciekawość od zawsze pcha mnie w różne mniej lub bardziej zapomniane rejony świata.

Współpraca: Ewa Zapiór

John Gimlette /ur. 1963/ - dziennikarz, podróżnik i pisarz brytyjski. Opublikował cztery książki: "Panther Soup: A European Journey in War and Peace", "Theatre of Fish: Travels through Newfoundland and Labrador", "At the Tomb of the Inflatable Pig: Travels through Paraguay" oraz "Dzikie Wybrzeże. Podróż skrajem Ameryki Południowej".

Za tę ostatnią otrzymał w 2012 roku Nagrodę im. Williama Dolmana dla najlepszej książki podróżniczej. Współpracuje z wieloma zagranicznymi magazynami i dziennikami, a także z telewizją BBC. Jego książka "Dzikie Wybrzeże. Podróż skrajem Ameryki Południowej" ukaże się w Polsce 17 kwietnia nakładem wydawnictwa Czarne.

Więcej o:

APLIKACJA TOK FM

Komentarze (1)
"Historia odżyła na nowo. Zdzierasz warstwę historii i znajdujesz pod nią opowieści sprzed kilkuset lat!" [WYWIAD]
Zaloguj się
  • rastablaster

    Oceniono 12 razy -2

    polska to też taka kolonia na krańcu świata. kolonia banku światowego i międzynarodowego funduszu walutowego. przyjdzie czas, że bruk i potłuczone butelki będą pisać historię tegoż zakątka.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX