Niepełnosprawny prawnik: klasy integracyjne to cieplarnia. Zderzenie z rzeczywistością to szok

Ma 30 lat, od urodzenia choruje na czterokończynowe porażenie dziecięce, ale to nie przeszkadza mu skakać na spadochronie, zwiedzać Europy czy pracować w jednej z największych kancelarii prawnych w Warszawie. Jego szefowie nie kryją, że CV przysłało wielu, a to CV pana Tomka było najlepsze. A on sam? "Trzeba zaakceptować własne ograniczenia i walczyć z nimi".
Tomasz Feliszewski, bo o nim mowa, odezwał się do mnie, reporterki TOK FM, po moich materiałach o klasach integracyjnych w szkołach. Opowiadałam w nich m.in. o jednej ze szkół w Lublinie, do której uczęszcza kilkunastoletnia uczennica na wózku. Jako że dziewczynka ma problem z samodzielnym skorzystaniem z łazienki, jej mamie zaproponowano, by zakładała dziecku do szkoły pieluchę. W tej samej szkole dla nauczycielki oczywiste było to, że uczennica nie jedzie na wycieczkę, bo jeździ na wózku.

Pan Tomek, niepełnosprawny z Warszawy, sam siebie nazywający "kulawym", napisał, że ma inne spojrzenie na sprawę.

W mailu napisał: "Mam 30 lat, od urodzenia choruję na czterokończynowe porażenie mózgowe. Momentami nie było łatwo, ale ukończyłem podstawówkę i ogólniak, potem dwa kierunki studiów, teraz kończę aplikację radcowską i pracuję w dużej kancelarii (...). Mam mieszany stosunek do klas integracyjnych. Jeżeli wygląda to tak, że przez ileś lat osoba niepełnosprawna ma być wychowywana w warunkach "cieplarnianych", wszyscy są mili i pomocni etc., to po skończeniu takich klas integracyjnych taka osoba często doznaje "szoku" ".

W załączniku dodał swoją pracę magisterską z socjologii. I pewnie na mailu by się skończyło, gdyby nie to, że zdecydowałam się ją przeczytać.

W ostatniej części Tomek opisał swoje osobiste przeżycia. Pisał m.in. o tym, jak po studiach szukał pracy i wylądował na targach pracy dla niepełnosprawnych, gdzie na 30 stoisk 28 to były firmy sprzątające albo agencje ochrony. O tym, jak ludzie na ulicy biorą go za "żebraka", gdy podchodzi i próbuje o coś zapytać. "Znacząca część społeczeństwa utożsamia bowiem dziwnie wyglądającego człowieka bełkoczącego coś niewyraźnie pod nosem, który podchodzi do ludzi na ulicy, z osobą żebrzącą"- napisał pan Tomek.

Przemyśleń było więcej - choćby takie, że podział na pełnosprawnych i niepełnosprawnych jest i nic go nie zmieni. A żeby "niepełnosprawny" nie znaczył "gorszy", osoba niepełnosprawna musi zaakceptować własne ograniczenia i walczyć z nimi.

Pan Tomek - zawsze uśmiechnięty, z dystansem do siebie

Postanowiłam poznać tego, który podjął się tej walki. Spotkałam miłego, niemal cały czas uśmiechniętego, elegancko ubranego młodego człowieka, z dużym poczuciem humoru i dystansem do siebie, który na spotkanie ze mną przyjechał samochodem. Prawnika, który ma bardzo duże problemy nie tylko z poruszaniem się (chodzi o lasce), ale też poważne problemy z wymową. Nad wyeliminowaniem tej wady długo pracował z logopedą. Gdy mówi, trzeba się wsłuchiwać, by zrozumieć, co chce powiedzieć.

Poznaję pana Tomka, jego mamę, brata. Rozmawiam z jego przełożonymi i koleżankami z aplikacji. Bo pan Tomek właśnie skończył aplikację radcowską i czeka na egzamin.

Pan Tomek, który ma brata bliźniaka

Mój rozmówca ma brata bliźniaka - Jurka. Obaj kompletnie różni. - Jak przyszli na świat, to jeden był duży, a drugi mały. I tak trochę zostało do dziś [rzeczywiście, są do siebie niepodobni - przyp. red.]. Chodziliśmy do poradni ryzyka okołoporodowego, ale wszyscy twierdzili, że jest dobrze - mówi mama pana Tomka, Alina Gosk-Feliszewska. O tym, że coś jest nie tak, przekonała się w trakcie jednego z wakacyjnych wyjazdów. - Na wsi kobiety zaczęły mówić, że on jest jakiś "w krzyżu". Po powrocie poszłam do neurologa, ale znów usłyszałam, że wszystko jest w porządku. Zmieniłam neurologa i wtedy usłyszałam "porażenie". Nie wiedziałam, co to jest, z czym to się je - mówi pani Alina. Od lekarza usłyszała jednak coś jeszcze: że ma syna, który jest bardzo sprawny intelektualnie.

Bracia poszli do szkoły razem, ale to Tomek był jednym z najlepszych uczniów. Brat nigdy nie dawał mu forów. Zawsze traktował go normalnie, nie patrząc na problemy z chodzeniem czy wadę wymowy. Niemal wszystko robili razem: szaleli w domu, chodzili na spotkania z kolegami, jeździli na rowerach (pan Tomek miał specjalny rower, stopy przywiązywano mu do pedałów).

- Jak trzeba było, to brałem go na plecy i niosłem - mówi brat. Tak było na podwórku, ale zdarzało się też w szkole, gdy np. trzeba było wejść po schodach. - Jak mieli wrócić na określoną godzinę, to też Jurek brał go i niósł, żeby było szybciej - opowiada mama.

Obaj przyznają, że to specyficzna braterska miłość: bez użalania się nad chorym bratem, bez ustępowania mu i ciągłego pomagania. Ale, jak słyszę, właśnie to było najważniejsze. Tomek wiedział i wie, że na Jurka zawsze może liczyć, choć "szorstkość" w relacjach nie jest czymś wyjątkowym. Nawet niedawno Jurek przyjechał po brata na lotnisko. Ten siedział na wózku, wieziony przez obsługę (bo takie są procedury w stosunku do niepełnosprawnych). - Jak Jurek mnie zobaczył, to zaczął komentować: "Co ty się wygłupiasz?". Ten chłopak, który mnie wiózł, był zszokowany i powiedział do mnie "pan to musi mieć trudne życie" - opowiada mój rozmówca. A to nieprawda - to właśnie po rozmowach z bratem np. skoczył ze spadochronem.

Pan Tomek - prawnik w jednej z największych kancelarii

Jest absolwentem dwóch kierunków studiów: socjologii i prawa. - Dostaliśmy CV Tomka, tak jak wielu innych osób. Ale to CV wzbudziło nasze ogromne zainteresowanie, ponieważ bogactwo zarówno doświadczenia, jak i wkładu naukowego było absolutnie imponujące - mówi mecenas Agnieszka Wiercińska-Krużewska z kancelarii "WKB. Wierciński Kwieciński Baehr". Jak podkreśla, od razu postanowiono, że Tomka trzeba zaprosić na rozmowę. - I tu było zaskoczenie, bo rozmowę umawiała jego mama - dodaje pani mecenas.

Rozmowa rekrutacyjna nie była łatwa. - Ale to była jedna z ważniejszych rozmów w moim życiu. Zobaczyłam kogoś, kto ma taką motywację do pracy. Wiedzieliśmy, że Tomek ma ograniczenia, nie może się spotykać z klientami, nie może rozmawiać z nimi przez telefon. Pisze świetnie, ale wolno. Ale stwierdziliśmy, że powinniśmy spróbować - mówi mi prawniczka. I dodaje, że nad tym, czy Tomka przyjąć czy nie nie zastanawiali się nawet 5 minut.

Bezpośredni przełożony pana Tomka, mecenas Aleksander Stawicki, pamięta coś jeszcze. Zadał kandydatom pewną "pracę domową". - Rozesłałem pytania, które były podchwytliwe. I Tomek bezbłędnie, jako jeden z nielicznych, napisał do mnie, że w ogóle pytanie jest błędnie sformułowane. I to mnie przekonało, że mam do czynienia z człowiekiem, który potrafi myśleć w taki sposób, w jaki chcę, żeby moi prawnicy myśleli - mówi mecenas.

Pan Tomek - dusza towarzystwa

Pan Tomek to dusza towarzystwa. Mama mówi wprost, że to chyba dlatego, że wszędzie go ze sobą zabierała i na wiele rzeczy mu pozwalała. Jak Jurek turlał się w śniegu, to i Tomek robił to samo; jak Jurek grał w piłkę, to Tomek stał na bramce, długi czas na kolanach, bo tak było wygodniej bronić. - Nie było tak, że "tego ci nie wolno", bo jesteś niepełnosprawny - mówi pani Alina.

Dziś prawnik chodzi na imprezy, korzysta z życia, ma wielu znajomych. Pomagają mu, choć on - z założenia - rzadko o pomoc prosi. - Obserwuję taką niezwykłą opiekę, jaką młodzi prawnicy roztaczają wokół Tomka. Na przykład byliśmy na wyjeździe integracyjnym w Sopocie i poszliśmy do jednego z lokali, gdzie były schody. I oni w obie strony go znieśli i wnieśli - mówi pani mecenas.

Takich sytuacji jest zresztą więcej: kancelaria jest na 10. piętrze i od czasu do czasu są włączane alarmy i nie działają windy. - I wtedy ci młodzi prawnicy znoszą go po schodach. Ta nauka, którą wszyscy dzięki Tomkowi przyjmujemy, jest niebywała - dodaje prawniczka.

Pan Tomek, któremu nie przeszkadza, że "się gapią"

Anna Foryszewska-Jakubowicz jest koleżanką mojego rozmówcy z aplikacji. - Tomek ma do siebie dystans, mówi o sobie "kulawy" i szczerze powiedziawszy, to ja mam z tym większy problem. Bo nie ukrywajmy: ludzie się na niego patrzą - opowiada. Jak dodaje, nie zdarzyło się, by w klubie czy w galerii handlowej przejść niezauważonym.

Część osób patrzy z pytaniem "może potrzebujesz pomocy?" - Tomek jak potrzebuje pomocy, to o nią prosi. Ale nigdy nie odmawia. Bo wychodzi z założenia, że kiedykolwiek by odmówił, to ta osoba mogłaby nie zaproponować pomocy innemu niepełnosprawnemu - mówi koleżanka pana Tomka.

Czy jesteśmy gotowi?

Pan Tomek jest tuż przed egzaminem radcowskim. I pojawia się pytanie, co dalej. Mecenas Aleksander Stawicki przyznaje, że sam się nad tym zaczął zastanawiać, bo prawnik po zdaniu egzaminu będzie adwokatem, który może reprezentować innych w sądzie. - I sam się zastanawiam, czy polski system sprawiedliwości rzeczywiście do tego dojrzał, żeby Tomek pojawił się w sądzie w todze. Być może będzie to kolejny etap, który razem będziemy przechodzić - mówi mecenas Stawicki. 

Post scriptum

Po emisji reportażu o panu Tomku odezwał się do mnie m.in. niepełnosprawny prawnik ze Śląska. Jego właśnie zwolniono z kancelarii i szuka pracy. Jego zdaniem wiele zależy od ludzi, na jakich się trafi. Pan Tomek trafił na takich, którzy z każdej strony i na każdym kroku rozumieją jego niepełnosprawność. Na co dzień jakby o niej zapominali. Bo jest "inny", ale przecież nie "gorszy".

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny

Komentarze (9)
Niepełnosprawny prawnik: klasy integracyjne to cieplarnia. Zderzenie z rzeczywistością to szok
Zaloguj się
  • niktwazny126

    Oceniono 29 razy 27

    Mądrości zwyczajnych ludzi, ktorzy przeszli przez polski system edukacyjny i nie dali się zwariować, na pewno nie przeczyta żaden urzędas, beztrosko manipulujący edukacją. Niepełnosprawni z powodzeniem mogliby funkcjonować w masowych szkołach, gdyby te szkoły miały szansę na dostosowanie warunków. Niestety, u nas szkoły mają być miejscem, gdzie się oszczedza, a nie troszczyu o przyszłość młodych ludzi.

  • pius30

    Oceniono 7 razy 7

    Wielki szacunek dla tego człowieka i wielki szacunek dla jego rodziny za wsparcie.

  • dudi-w

    Oceniono 18 razy -16

    Sorry, bekocący niewyrażnie prawnik? Jak będzie się komunikował z klientem? Sa jakies granice poza którymi kaleka to kaleka. Jak ktoś nie ma rąk, to nie może rzucać oszczepem i tyle... Jak ktoś nie może normalnie mówić, nie może byc spikerem itd. Poprawnośc polityczna ma swoje granice. A klasy integracyjne - to kretynizm. Kalecy potrzebuja innego traktowania i innego otoczenia - i tyle.

  • base11

    Oceniono 76 razy -50

    ma szczęście, że się urodził....

    bo dziś bardzo wieli, chętnie by go wyskrobało, jak był płodem.....

    w końcu po co chore płody mają się rodzić - co towarzyszko Bratkowska ?

    :)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX