Szczyt G7 - niepotrzebny i piekielnie drogi spektakl? Jest sens? Tak, co najmniej trzy argumenty

360 milionów euro (!) kosztuje szczyt G7 w luksusowym hotelu Elmau u podnóża bawarskich Alp, na który zaprosiła oszczędna w Unii Angela Merkel. Koszty siniaków, jakie obrywa demokracja w postaci 7-kilometrowej siatki, odgraniczającej światowych liderów od protestujących, oraz ograniczenia prawa do demonstracji, trudno ocenić. Paradoksalnie jednak szczyty G7 najbardziej potrzebne są ich przeciwnikom. I mimo wszystko nam wszystkim.
Szczyty przekształciły się w medialny spektakl, zaklinający rzeczywistość. Już pierwsze spotkania szefów państw i rządów najbogatszych krajów świata w latach 70. (od G6 we francuskim Rambouillet 1975, jeszcze bez Kanady) tchnęły irracjonalną wiarę w iluzję rozwiązania światowych problemów na tych zjazdach.

Cztery dekady później zagadnienia, nad którymi światowi przywódcy łamią sobie głowę: finansowe, gospodarcze, klimatyczne, z zakresu polityki rozwoju i bezpieczeństwa, stały się jeszcze bardziej kompleksowe, nie mówiąc o tym, że sama agenda tematyczna rozszerzyła się.

Tymczasem formuła spotkań G7 wywodzi się z okresu zimnej wojny, kiedy świat zachodni (państwa G7) podejmował konfrontację z wyzwaniami relewantnymi dla jego obszaru. Dziś jednak G7 nie jest w stanie rozwiązać w pojedynkę globalnych problemów w wielobiegunowym świecie. Tyle że bez szczytów G7 tych problemów też się nie rozwiąże.

Sensu i legitymacji organizowania szczytów G7 bronią co najmniej trzy argumenty:

1) Stanowią one jedynie szczyt góry lodowej dla inicjatyw, rodem z krajów G7. Tymczasem szeroką podstawę owej góry lodowej wyznaczają dużo mniej spektakularne i rozłożone w czasie działania systemowe w zakresie choćby globalnie ujętej polityki rozwojowej, klimatycznej, ochrony zdrowia, łącznie ze stwarzaniem źródeł finansowania poszczególnych projektów.

2) Szczyty G7 utrzymują przy życiu i wspierają inne multilateralne projekty. W obecnym, 2015 roku, projekty firmowane przez dwie, wielkie międzynarodowe konferencje, klimatyczną w Paryżu i w zakresie szerokiej polityki rozwojowej (Sustainable Development Goals) w Nowym Jorku. Obydwie konferencje figurują bardzo wysoko na agendzie ONZ.

3) Pomimo ery internetu i totalnych możliwości, jakie oferuje komunikacja wirtualna, arystotelesowska wymiana poglądów face to face, rodem z łaźni rzymskiej, nie zanika, a duch z Rambouillet nie ulatnia się. Wymiana poglądów występuje w dwupaku: w gronie członków G7 i z zaproszonymi gośćmi. U Angeli Merkel w Bawarii są to kraje afrykańskie, przedstawiciele organizacji pozarządowych i regionalnych, prezentujący swoją agendę problemów ze swojej oczywiście optyki.

Czy gigantyczne koszty mimo wszystko bronią idei szczytu?

Spotkanie w Urzędzie Kanclerskim w Berlinie byłoby tańsze, może nawet o połowę. Cynicy sugerują natomiast, że najtaniej byłoby się spotykać w samolotach. Największe koszty pochłania zawsze zagwarantowanie bezpieczeństwa obradującym politykom. Nie przejażdżka bryczką czy kolacja w pięciogwiazdkowym hotelu z widokiem na Alpy jak na obecnym szczycie. Idea odbywania spotkań w odległych i niedostępnych miejscach wynika natomiast z doświadczeń szczytu w Genui w 2001 roku, kiedy protesty dużej liczby demonstrantów zamieniły się w zwykłe chuligaństwo i wojnę z policją.

Szczyt jak olimpiada

Nie da się jednak zaprzeczyć, że szczyty G7 przekształciły się w medialne spektakle, sflankowane tą samą formułą medialno-artystyczną, jak ceremonię otwarcia poprzedza czy to olimpiady czy piłkarskie mistrzostwa świata. I w jednym i drugim przypadku gospodarz imprezy zaprasza gości na widowisko autoprezentacji, kraju czy regionu. Angela Merkel na kanwie szczytu w Bawarii zorganizowała mini-Oktoberfest z noclegiem w luksusowym schronisku.

Tyle że prezydent Obama, kupujący skórzane rybaczki bawarskie czy popijający w kapeluszu z piórkiem na drewnianej ławce Weissbier, ma w obliczu zaklinania transatlantyckiej jedności wobec Putina demonstrować przed wyborcami niemieckiej kanclerz miodowy miesiąc niemiecko-amerykański, łącznie z zamieceniem pod dywan drażliwej dla wyborców pani kanclerz współpracy wywiadów obydwu krajów.

Krytyka szczytów, niejednokrotnie słuszna ze strony NGO-sów czy antyglobalistów jeszcze bardziej rozszerza agendę tych zjazdów o problematykę nierównego rozwoju gospodarczego, biedy w świecie i odpowiedzialności za te zjawiska państw wysoko uprzemysłowionych.

W ten sposób jednak szczyty są wodą na młyn dla ich krytyków. I najgorsze, co mogłoby się im zdarzyć, to zniknięcie zjazdów G7 z politycznego terminarza i medialnego przekazu. Bo właśnie one pozwalają zaistnieć ich przeciwnikom, łącznie z prezentowanymi przez nich rozwiązaniami światowych dylematów. Także na kanwie szczytu w Bawarii dopiero teraz wypływa szeroki strumień dokumentów, analiz, strategicznych koncepcji, jakie wypuściły w obieg organizacje pozarządowe, by zwrócić uwagę na szereg zagadnień i skonfrontować z nimi obradujących w hotelu Elmau polityków.

A generalnie, mając do czynienia z porządkiem światowym, który cały czas się chwieje - terroryzm, finanse, klimat, energia, żywność, by wymienić najważniejsze problemy - oraz coraz mniejszymi zdolnościami polityki do ich rozwiązania, co widać choćby na przykładzie ONZ, wolno powątpiewać, czy pozbycie się formuły G7 okazałoby się korzystne dla zagwarantowania większej stabilizacji porządku światowego.

Dostęp Premium TOK FM

Komentarze (40)
Szczyt G7 - niepotrzebny i piekielnie drogi spektakl? Jest sens? Tak, co najmniej trzy argumenty
Zaloguj się
  • munkela

    Oceniono 12 razy 6

    Dlaczego pan dr hab. Arkadiusz Stempin nie podaje zrodla z ktorego zaczerpnal
    informacje o tym iz jak pisze :

    "360 milionów euro (!) kosztuje szczyt G7 w luksusowym hotelu Elmau u podnóża bawarskich Alp na który zaprosiła oszczędna w Unii Angela Merkel."

    Oficjalne dane podaja koszt wysokosci 130 milionow. Czyli sume wiecej niz o polowe nizsza.

    Po co wiec podawac niesprawdzone dane ?

  • homo_rationalis

    Oceniono 10 razy 6

    wszystko można by załatwić w kuluarach, ale to taki szpan w polityce międzynarodowej dla danej grupy, który różne rzeczy daje do zrozumienia innym graczom. szczególnie tym, którzy faktycznie z nami konkurują. trzeba się cenić.

  • cracovia.figiel

    Oceniono 17 razy 3

    Minister spraw zagranicznych i handlu Węgier Peter Szijjártó oraz minister spraw zagranicznych Chin Wang Ji podpisali w Budapeszcie memorandum "Jeden pas - jedna droga". Projekt ten nazywany jest także przez komentatorów "nowym jedwabnym szlakiem". Zakłada on potężne inwestycje na Węgrzech w infrastrukturę tranportową, które stworzą dogodny szlak komunikacyjny sprzyjający wymianie handlowej przez całą Eurazję - od Chin po Europę. Chińczycy chcą rozbudować u Węgrów drogi, koleje, mosty, rurociągi.

    Chińskie władze dofinansowały już trzy banki państwowe - China Development Bank, Export-Import Bank of China oraz Agricultural Development Bank of China na łączną kwotę 62 miliardów dolarów, aby mogły one wspierać inwestucje. Przywódca Chin Xi Jingping liczy, że uda się w ten sposób uzbierać jeszcze przed końcem dekady 2,5 biliona dolarów dla stworzenia "nowego jedwabengo szlaku".
    Ale dopiero będa teraz szczekać na Węgrów ci z G7

  • cynnik2

    Oceniono 6 razy 2

    Nie bardzo wierzę w podaną kwotę. Hotele nie są takie drogie.
    Ale na pewno dużo kasy poszło, moim zdaniem, na zapewnienie bezpieczeństwa uczestnikom konferencji. Oszołomów nie brakuje.

  • endrju1521

    Oceniono 18 razy 2

    Klasa próżniacza w Polsce, posłowie i senatorzy.

    kosztują podatnika średnio 1.ooo.ooo zł. od osoby ! ! ! ! ! ! !

  • rot.leszek

    Oceniono 23 razy 1

    Mysle ze po wprowadzeniu w Niemczech minimalnej stawki godzinowej ( Mindestlohn)
    8, 50 Euro / std
    Te marne 320 mln Euro na trzy noclegi i obiadokolacje dla kilku osob w luksusowym hotelu jest do przyjecia ))

    Spytam tylko kogo reprezentuje tam pan Tusk
    ktory jako jedyny , przybyl na szczyt G7 z malzonka?

  • romciu1953

    0

    Jeżeli przez wydanie 130 mln Euro poprzez dobre decyzje przyjdą zyski 139 mln i 1 Euro to już sukces

  • passtorian

    Oceniono 2 razy 0

    Przegladalem i znalazlem ten numer. Najprawdopodobnie pisany przez ktoregos z uczestnikow tego forum. Warte refleksji, wiec podaje ponizej:

    Czy Unia moze sie sama finansowac?

    Pytanie oczywiscie niedorzeczne i dosc bezmyslne jesli zalozymy ze Unia Europejska jest niezawislym, niepodleglym czlonkiem swiatowej spolecznosci. Nalezy stworzyc analogie ze Stanami Zjednoczonymi i majac wystarczajace wplywy w jednej swiatowej instytucji finansowej z dwoch( International MonetaryFund vis a vis World Bank) produkowac euros moze - jak i ile sie da. Szastac tam gdzie widoczne wplywy i korzysci. Dopoki Chinczyk i inni producenci z tzw trzeciego swiata dadza sie podchodzic z papierami produkcji Unii w wymianie handlowej dopoty ten cyrk bedzie funkcjonowal. A to czy budzet bedzie kryty czerwonym atramentem - to juz male piwo!
    No tak, ale jesli Unia Eurpejska jest jedynie skoczkiem na swiatowej szachownicy a krolowa sa Stany Zjednoczone to juz calkiem inna sprawa. O pozwolenie zwiazane z wlasnymi przekretami finansowymi trzeba ubiegac u krolowej.

    A caly cyrk nazywa sie G7. :)

  • Piotr Lebiecki

    Oceniono 6 razy 0

    elita musi się spotykać ..........w tym przypadku to dla naszego dobra//

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX