Pomagają młodym ofiarom dopalaczy. "Słyszeliśmy, że jesteśmy cenni. Ale pomóc nam z remontem siedziby nie chce nikt"

Stacjonarny ośrodek, w którym gimnazjaliści od dziewięciu już lat wychodzą z uzależnienia m.in. od dopalaczy, może przestać istnieć. Ich siedziba praktycznie nie nadaje się do użytkowania. Niskie pokoje, wąskie korytarze, lejąca się po ścianach woda. Stowarzyszenie "Powrót z U", które prowadzi ośrodek w Cholewiance, szuka pomocy już od roku. Bezskutecznie.
Ośrodek Terapii i Readaptacji w Cholewiance jako jedyny w Polsce zapewnia całodobową opiekę terapeutyczną dla uzależnionych w wieku 13-18 lat.

Alan ma 14 lat, do ośrodka pod Kazimierzem Dolnym trafił na początku roku. To decyzja jego rodziców i pedagoga szkolnego. Jak mówi, zaczęło się od marihuany, potem były dopalacze. - Na początku to była dla mnie rozrywka, chciałem się przypodobać znajomym. A potem zacząłem w tym znajdować ucieczkę od problemów w domu, w szkole - opowiada. Jak dodaje, gdy chodził do szkoły i nie brał, nie było większych problemów z nauką, ale potem zaczął wagarować. Rodzice zauważyli, że coś jest nie tak, bo jego zachowanie zaczęło być "dziwne". - Nagle wybuchałem śmiechem, bez powodu. Albo byłem agresywny, doszło nawet do tego, że uderzyłem tatę - mówi.

"Słyszałam, że marihuana, dopalacze to środek, który uspokaja"

Agata to 16-latka, też uzależniona m.in. od dopalaczy. Opowiada, że sięgnęła po używki, bo nie mogła znieść kłótni z rodzicami, problemów w szkole. - Ludzie, znajomi, mówili mi, że to środek, który uspokaja, że można zapomnieć o problemach, przynajmniej w teorii. Bo w praktyce na pewno nie - mówi Agata. Dziewczyna nie kryje, że dopalacze można dostać wszędzie, są tańsze od marihuany, nie ma z nimi problemu.

Pieniądze, czyli skąd na to wszystko brać?

Niektórzy kradną, inni - tak jak ona - wynoszą z domu różne przedmioty, np. rowery czy złoto, zastawiają w lombardzie albo sprzedają. - Gdy nie miałam narkotyków ani pieniędzy, wpadałam w szał - przyznaje nastolatka. Dziś jest jej wstyd i chciałaby wymazać z pamięci szczególnie jedną sytuację. Gdy wróciła do domu, była na "głodzie", a mama zamknęła drzwi i powiedziała, że już nigdzie nie pójdzie. - Zaczęłam wybijać szybę w drzwiach, krzyczeć, przeklinać, uderzyłam młodszą siostrę. Rodzice byli wystraszeni, mama w końcu otworzyła drzwi, a ja uciekłam do znajomych - mówi. W ośrodku w Cholewiance odzyskała wiarę w siebie, wie, że potrafi się uczyć, rozwijać, uśmiechać.

Dzieci w ośrodku wychodzą na prostą, tylko co dalej z ośrodkiem?

Stowarzyszenie "Powrót z U" z Lublina od 1986 roku prowadziło działalność ambulatoryjną - przyjmowano pacjentów w poradni. Z czasem okazało się, że potrzebny jest ośrodek stacjonarny, dla osób młodych, których w poradni pojawiało się coraz więcej. - W 2007 roku podjęliśmy decyzję, by stworzyć taki ośrodek, we współpracy z władzami. Okazało się zresztą, że w wojewódzkim programie przeciwdziałania narkomanii pojawił się zapis o założeniu takiego ośrodka - mówi Dorota Tkaczyk, dyrektor Młodzieżowego Ośrodka Terapii i Readaptacji "Powrót z U" w Cholewiance.

Stowarzyszeniu, wtedy przed laty, pomógł marszałek Lubelszczyzny: znalazł dla ośrodka budynek - z zasobów województwa - pod Kazimierzem Dolnym. To spory dom, w którym zamieszkała młodzież. - Zrobiliśmy wtedy remont, ale dziś już wiemy, że nie wszystko zostało zrobione tak, jak powinno - słyszę od założycieli.

Przez lata przez ośrodek przewinęło się blisko 500 podopiecznych, uzależnionych od alkoholu, narkotyków czy dopalaczy. - To są dzieciaki i młodzież z gimnazjum, tak naprawdę do 18. roku życia. Zarówno z bardzo biednych rodzin, dysfunkcyjnych, ale też z tak zwanych dobrych, bogatych domów - mówi Magdalena Ćwiklińska, terapeutka z ośrodka. - Nasza wiedza jest taka, że ponad 80 proc. naszych dzieci jest po poważnych doświadczeniach z dopalaczami - dodaje Dorota Tkaczyk. Ośrodek dostaje kontrakt z Narodowego Funduszu Zdrowia i z tego głównie się utrzymuje.

Część pomieszczeń już trzeba było wyłączyć z użytkowania

Budynek w Cholewiance pozostawia wiele do życzenia. Dziś nie spełnia surowych norm, które powinno spełniać miejsce, w którym przebywa młodzież. M.in. pomieszczenia są zbyt niskie, schody za wąskie, po ścianach cieknie woda. - Woda cieknie nawet wtedy, gdy nie pada deszcz, jakby wypływała z jakichś rur. Tylko żaden fachowiec nie był do tej pory w stanie stwierdzić, co się dzieje - słyszymy w ośrodku. - Przydałoby się coś zmienić, bo warunki tutaj są kiepskie - mówi młodzież. Część pomieszczeń ze względów bezpieczeństwa już trzeba było wyłączyć z użytkowania.

Stowarzyszenie dostało już kilka decyzji sanepidu, m.in. w wakacje ubiegłego roku. - Sprawa jest jasna, ośrodek powinien jak najszybciej znaleźć nową siedzibę. Dorota Tkaczyk od razu uderzyła do Urzędu Marszałkowskiego. Próbowała umówić się z marszałkiem w październiku 2014 i w lutym 2015. Udało się spotkać jednak dopiero w czerwcu tego roku, ale nie usłyszała deklaracji pomocy. Ostatecznie wystąpiła do marszałka o przedłużenie umowy najmu budynku w Cholewiance do końca 2015 roku. Co dalej? Nie wiadomo.

"Trudno, by marszałek szukał miejsca dla jednego stowarzyszenia"

Rzeczniczka marszałka Lubelszczyzny Beata Górka mówi nam, że marszałek tylko wynajmuje ośrodkowi budynek. - Urzędowe związki z ośrodkiem w Cholewiance są takie, jak pomiędzy właścicielem mieszkania, który to mieszkanie wynajmuje, a tymże właśnie wynajmującym - mówi Górka. Wie, że zmieniły się przepisy dotyczące wymogów dla tego typu ośrodków i że Cholewianka już tych wymogów nie spełnia. - Nam się nie opłaca remont tego, bo nie wiemy, komu to będziemy wynajmować. Umowa ze stowarzyszeniem wygasała z końcem sierpnia, ale pani dyrektor zwróciła się z prośbą o możliwość przedłużenia umowy. I my jesteśmy w stanie pomóc ośrodkowi, przedłużając umowę do 31 grudnia - wyjaśnia Górka.

Na nasze pytanie, czy marszałek nie mógłby pomóc terapeutom w inny sposób, na przykład w znalezieniu innego lokum, choćby rozmawiając na ten temat z gminami słyszymy: "Trudno, aby marszałek szukał miejsca dla jednego stowarzyszenia. To tworzy pewien precedens".

"Wszędzie można spotkać kogoś, kto sprzeda"

Bartek, 17-latek z Łodzi, w ośrodku jest od stycznia. Na co dzień wychowują go dziadkowie, którzy nie radzili sobie z biorącym narkotyki nastolatkiem. Bartek pierwszą marihuanę zapalił, gdy miał zaledwie 11 lat, potem też - jak u wielu innych - skończyło się na dopalaczach. - Zdobycie marihuany czy dopalaczy to żaden problem. Wszędzie można spotkać kogoś, kto sprzeda. Jest też internet - mówi.

By mieć pieniądze, kradł. - Zacząłem brać narkotyki początkowo z ciekawości, ale potem mi się to spodobało. Zawsze obracałem się w starszym towarzystwie i chciałem się do kolegów upodobnić. Szybko przerodziło się to w uzależnienie, nie mogłem wytrzymać bez marihuany czy dopalaczy - opowiada Bartek. Nie ma wątpliwości, że terapeuci z ośrodka mu bardzo pomogli. Był już na przepustkach w domu. Zapewnia, że nic nie wziął, choć spotykał kolegów, którzy biorą. - Mam taką pewność, że nie chcę już ćpać - mówi.

Pieniędzy na nowy budynek nie ma - terapeuci wzięli sprawy w swoje ręce

Ośrodek w Cholewiance szuka nowej siedziby. Dyrektorka jeździ po regionie, wypatruje starych szkół, w których nie ma już lekcji. Coś ma na oku, ale nie chce mówić o szczegółach, by nie uprzedzać faktów. By nie było tak, że nagle pojawią się "życzliwi" sąsiedzi z argumentami, że nie chcą obok siebie "narkomanów".

Dorota Tkaczyk oprócz próśb do marszałka, napisała też m.in. do pani premier. Dostała nawet odpowiedź, że sprawie przyjrzy się Ministerstwo Zdrowia, ale na razie na słowach się skończyło. - Przy tej całej medialnej akcji, gdzie tyle mówi się o dopalaczach, jakie wywołują skutki, gdzie pan minister zdrowia w którymś wywiadzie określił to bardzo pięknie "dajmy spokój walce z dopalaczami, tylko pochylmy się nad pacjentem", ja chciałabym zobaczyć to pochylenie się nad pacjentem - mówi Tkaczyk.

Najprościej byłoby kupić budynek pod nową siedzibę stowarzyszenia, tyle że nikt nie ma takich pieniędzy. Terapeuci wzięli więc sprawy w swoje ręce. Prowadzą zbiórkę w internecie. Piszą m.in. "Musimy opuścić nasz dotychczasowy dom, ponieważ przestał spełniać wymogi określone przepisami sanitarnymi, budowlanymi i przeciwpożarowymi. My walczymy o nowy dom dla nich (pacjentów - przyp. red.), a oni walczą o swoje życie. Obalmy mit "że oni sami są sobie winni" , czas teraz na nas , dorosłych, jesteśmy im to winni " .

Jak wygląda życie w Cholewiance?

Niemal jak w domu - poranek, śniadanie, potem szkoła, a w wakacje praca (np. sprzątanie domu, mycie podłóg). Do tego - regularne spotkania z terapeutami. Najważniejsza część dnia to jednak tak zwana wieczorna społeczność. - Wtedy rozmawiamy, co się wydarzyło, omawiamy wszystko, ale też jesteśmy rozliczani z tego, co zrobiliśmy niewłaściwie - mówi młodzież. Za przewinienia nie ma kar, ale dociążenia. Np. jeden z chłopców niewłaściwie odzywał się do koleżanek - w zamian dostał dzień eleganta, co oznacza że przez cały dzień obowiązkowo chodził w eleganckiej koszuli, pod krawatem. - Jak zachowamy się nie w porządku, to jednym z dociążeń może być np. to, że co godzinę mamy sprzątać korytarz albo mamy przeprowadzić pięć rozmów z różnymi osobami - opowiada Bartek.

Podstawowa zasada w ośrodku - żadnych narkotyków. W ogóle nie ma o nich mowy. - Na początku to było najcięższe, przez pierwszy miesiąc-dwa, ale potem większość się przyzwyczaja - słyszymy od wychowanków ośrodka.

- Wiele razy słyszeliśmy, że jesteśmy placówką bardzo cenną, jedyną taką w województwie. Więc w momencie, gdy teraz słyszymy, że powinniśmy sobie radzić sami, to trochę zaskakuje. Ale będziemy walczyć - mówi Dorota Tkaczyk.

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny

Komentarze (29)
Pomagają młodym ofiarom dopalaczy. "Słyszeliśmy, że jesteśmy cenni. Ale pomóc nam z remontem siedziby nie chce nikt"
Zaloguj się
  • sadystaaa

    Oceniono 7 razy 1

    Pierwsze dopalacze na polskim rynku były niegroźne - oczywiście wszystko co w nadmiarze szkodzi. Tusk, poczuł medialną cieczkę, i niczym Rudi Giuliani pięścią zdusił całe zło tego świata. To były dopalacze, które normalnie wciąż są dopuszczone do obrotu np. na rynku holenderskim. Owocami tego 5 min. lansu jest to, że państwo nie nadążą z zakazywaniem środków, które chemicy modyfikują i omijają zapisy. Dopalacze mają szkodliwość porównywalną z trutką na szczury, niszczą mózg oraz układ nerwowy nieodwracalnie, już po kilku raptem użyciach. Dziękujemy panie Tusk, szczególnie dziękuje polska młodzież, która wiadomo że eksperymentowała i eksperymentować będzie. A kwestię penalizacji marihuany nie poruszam, szkoda się rozwodzić, jedynie mafie na tym korzystają, i najwyraźniej łapki rządu hojnie smarują.

  • pimpao

    Oceniono 14 razy -2

    A może ci policjanci sie zrzucą, którzy dobrze żyją z tego debilnego prawa i przytulają na boku setki tysięcy złotych, a później jeszcze hyc na wcześniejszą emeryturkę?

  • student_zebrak

    Oceniono 11 razy -3

    W magazynie Nature z 20 sierpnia 2015 na stronie 280 jest artykul - The Cannabis Experiment. Polecam wszystkim, zwlaszcza tym, ktorzy uwazaja ze marycha jest nieszkodliwa.

  • mokry.wuj

    Oceniono 10 razy -4

    Głosowałby na Palikota, ale jest za młody

  • siwywaldi

    Oceniono 17 razy -9

    A może by tak członkowie Stowarzyszenia zwrócili się do posła Palikota oraz innych mających kasę osób, którzy UPARCIE twierdzą, że tzw. "miękkie" narkotyki takie jak np. marihuana, to nic strasznego i powinno być w wolnej sprzedaży.

    Tamte dzieciaki przecież kiedyś zaczynały od "nieszkodliwego" jointa...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX