Prezes nie chciał podpisać umów, to zrobiła to pod jego nieobecność zastępczyni. NFZ nie ma praw do systemu, w którym są dane wszystkich Polaków

Michał Janczura, TOK FM, Klara Klinger, Dziennik Gazeta Prawna
09.02.2016 , aktualizacja: 09.02.2016 13:14
A A A
Przychodnia

Przychodnia (JAKUB ORZECHOWSKI)

Dwie firmy informatyczne mają dane zdrowotne o wszystkich Polakach, a NFZ, płacąc w ostatniej dekadzie za system blisko pół miliarda złotych, nie ma do niego praw autorskich. To zwróciło uwagę prokuratury.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas

CBA na zlecenie Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie prowadzi śledztwo w sprawie nieprawidłowości przy obsłudze informatycznej Narodowego Funduszu Zdrowia - ustaliły "Dziennik Gazeta Pprawna" i TOK FM. Fundusz stracił przynajmniej 43,5 mln zł, bo urzędnicy przez wiele lat podpisywali niekorzystne umowy. Śledztwo dotyczy okresu 2007-2015.

NFZ od samego początku nie posiadał praw autorskich do własnego systemu. To przez wiele lat - zdaniem urzędników - uniemożliwiało zmianę dostawcy. W efekcie monopol posiadają te same firmy, z którymi podpisano umowy jeszcze w czasach kas chorych. A kontrakty praktycznie co roku są przedłużane bez przetargu. I choć kolejne kontrole, m.in. NIK oraz Urzędu Zamówień Publicznych, wskazywały na konieczność zmiany, nikt się na nią nie zdecydował. Za każdym razem tłumaczenie było jedno: właścicielami praw autorskich są firmy obsługujące system.

Tak została podpisana umowa w 1999 r. i w takiej formie była przedłużana w kolejnych latach. - Przedmiotem postępowania jest podejrzenie działania i zaniechania działania przez funkcjonariuszy publicznych oraz inne osoby zobowiązane do zajmowania się sprawami majątkowymi NFZ, które to działania i zaniechania podejmowano w celu osiągnięcia korzyści majątkowej ze szkodą da interesu publicznego - informuje rzecznik warszawskiej prokuratury Zbigniew Jaskólski.

Prezes ma wątpliwości? To podpisali bez prezesa

Pod koniec 2014 r. uzależnienie od dotychczasowych dostawców wzbudziło wątpliwości prezesa NFZ Tadeusza Jędrzejczyka. Prezes nie chciał podpisać umowy, bo bał się oskarżeń o niegospodarność. O swoich podejrzeniach w zeszłym roku powiadomił Ministerstwo Zdrowia. Mimo to, gdy przebywał na urlopie, podpisano kolejną umowę na rok 2015, w tym samym brzemieniu co w poprzednich latach. Obecnie prowadzone są negocjacje z dostawcami, które mają doprowadzić do demonopolizacji.

Śledztwo

W połowie stycznia wszczęto śledztwo dotyczące umów na informatyzację Narodowego Funduszu Zdrowia z ostatnich dziewięciu lat. Jednym z powodów do niepokoju były koszty, o wiele wyższe, niż gdyby istniała możliwość wyboru dostawcy na wolnym rynku. Podejrzenia śledczych potwierdza wewnętrzny audyt NFZ, z którego wynika, że gdyby tryb wyboru firmy był bardziej konkurencyjny, oszczędności w ciągu trzech lat wyniosłyby 80 mln zł. Na razie śledztwo toczy się w sprawie, a nie przeciwko komuś. Nie ma mowy o nazwiskach ani nazwach podejrzanych firm.

Przez wspomniany system przechodzą dane ze wszystkich szpitali, rozliczenia z lekarzami i aptekami, dane o wydatkach, refundacji leków czy potwierdzeniach ubezpieczenia. Słowem - wszystkie informacje związane z obsługą pacjentów i działaniem placówek medycznych w Polsce.



System stworzył i od lat obsługuje m.in. Kamsoft, który w 1999 r. wraz ComputerLandem podpisał umowę na obsługę systemu kas chorych. Wtedy też zapadła decyzja, że prawa autorskie zostają w posiadaniu firm. Jak mówią nam eksperci, taki był wówczas zwyczaj. Z tym problemem boryka się wiele instytucji państwowych. Najjaskrawszym przykładem był ZUS, który kilka lat temu stoczył batalię o przejęcie kodów źródłowych.

Jedyny możliwy wykonawca

Wówczas jednak nikt nie myślał, z jakiego rodzaju konsekwencjami może się to później wiązać. Obecnie - w wyniku przejęć i zakupów od innych firm - autorskie prawa majątkowe do oprogramowania mają Asseco i Kamsoft. Umowy od końca lat 90. do teraz były podpisywane bez ogłaszania przetargu. Nie było potrzeby. W 2013 r. ówczesna prezes Agnieszka Pachciarz w odpowiedzi na pytanie Urzędu Zamówień Publicznych, dlaczego umowa została podpisana z wolnej ręki, tłumaczyła, że "ze względu na szczególny rodzaj usług można je uzyskać od jednego wykonawcy".

Rok później UZP znowu dopatrzył się nieprawidłowości. "Sytuacja taka rodzi uzasadnione podejrzenia o możliwość zawyżania kosztu usługi" - pisał biegły sądowy na zlecenie urzędu, który opiniował zgodność z prawem przedłużenia umowy z wolnej ręki. I wskazywał, że istnieją inne scenariusze: stworzenie nowego systemu lub zakup praw autorskich. Jednocześnie jednak potwierdzał, że jedyną możliwością - tak, aby nie zakłócić ciągłości pracy - jest podpisanie kolejnej umowy z wolnej ręki. Od 2003 r. koszty umów cały czas rosły. Jedyne, co się udało, to zamrożenie za czasów prezes Pachciarz ceny na kilka lat. Ówczesna dyrektor finansowa dokonała przeglądu i uznała, że nie ma powodów do podwyżek, więc wartość umowy została utrzymana na poziomie 52 mln zł.

Atmosfera się zagęszcza

Ponad rok temu atmosfera wokół informatyzacji stała się bardzo napięta. Pod koniec 2014 r. firmy zażądały na kolejny rok około 8-proc. podwyżki, przekonując, że mają do wykonania nowe zadania, a przez ostatnie lata ceny się nie zmieniały. Świeżo upieczony prezes NFZ Tadeusz Jędrzejczyk zaczął dokładnie przeglądać umowy i doszedł do wniosku, że ich treść pozostawia wiele do życzenia.

Prezes wyliczał błędy, m.in. to, że umowy były zawierane w trybie niekonkurencyjnym, dotyczą prowadzenia i opłacania dwóch systemów o zbliżonej funkcjonalności (część oddziałów NFZ obsługuje Kamsfot, część - Asseco), do których NFZ nie ma praw autorskich.

Prezes chciał odejść od trwającego od lat monopolu. Negocjacje się przedłużały. W tym czasie doszło do kilku poważnych awarii systemu, m.in. przez pół dnia nie działał system eWUŚ. Do dziś nie wyjaśniono, jakie były tego przyczyny. W maju 2015 r. umowy wciąż nie były podpisane. Jędrzejczyk uważał, że stawiając podpis pod taką wersją umów, poniósłby konsekwencje prawne. Dlatego w połowie maja wysłał do Ministerstwa Zdrowia pismo, przedstawiające powody, dla których nie chce tego zrobić. Zaraz po tym poszedł na urlop. Pod jego nieobecność umowę z dostawcami w trybie pilnym podpisała Julita Jaśkiewicz, zastępca prezesa, która w takich sytuacjach przejmuje jego obowiązki.



Nieszczelność w systemie

Miesiąc później, trzy dni po dymisji ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza, prezes NFZ zwolnił dyscyplinarnie dyrektorów departamentu informatyki: szefa i jednego z jego zastępców. Oficjalną przyczyną było niezapewnienie odpowiedniego bezpieczeństwa systemu. Tłumaczono, że powstała pewna nieszczelność w systemie, która mogła zostać wykorzystana do wyprowadzenia informacji. Miało zabraknąć adekwatnej reakcji ze strony osób odpowiedzialnych za systemy informatyczne.

Sprawa jest o tyle dziwna, że zwolniony zastępca nie zajmował się akurat umowami na systemy informatyczne, zaś drugi zastępca zajmujący się tymi sprawami został na stanowisku.

Nieoficjalnie jednak wiadomo, że jednym z powodów zwolnienia były konflikty w związku z umowami na system informatyczny. Jak określa jeden z urzędników, "zwolnieni dyrektorzy nie grali do tej samej bramki". Ponoć nie chcieli współpracować przy zmianie umowy z dostawcami. Oni sami przekonują, że proponowali kilka scenariuszy zmian, włącznie z wypracowaniem własnego systemu informatycznego w NFZ, te jednak nie podobały się prezesowi. Sprawa trafiła do sądu pracy.

W tym samym czasie inny z zastępców Jędrzejczyka, Zbigniew Teter, któremu w kwietniu 2015 r. przydzielono działkę informatyczną, złożył do prokuratury doniesienie na swojego szefa, czyli prezesa NFZ. Jak twierdził, odkrył, że dokument, w którym prezes informował ministerstwo, dlaczego nie chce podpisywać umowy na informatyzację, wysłano do resortu zdrowia w innej wersji niż ta, która została przyjęta w centrali NFZ. Dopatrzył się w tej sprawie znamion przestępstwa i dlatego zawiadomił prokuraturę. Sam Jędrzejczyk tłumaczył, że doszło do pomyłki technicznej przy skanowaniu dokumentów (prezes robił to osobiście), a po jej wykryciu do resortu trafiła właściwa wersja dokumentu.

Prokuratura sprawę umorzyła, a prezes Jędrzejczyk zwrócił się do ministerstwa o zgodę na zwolnienie swojego zastępcy. Jak tłumaczył, stracił do niego zaufanie. Wówczas zgody nie otrzymał; podpisał ją dopiero nowy minister Konstanty Radziwiłł, który objął stanowisko po październikowych wyborach parlamentarnych. Pod koniec stycznia 2016 r. sprawą zajęła się jednak Rada Funduszu, kierując sprawę do ponownego rozpatrzenia. Zastępca prezesa nadal chodzi do pracy.

Negocjacje trwają

Do NFZ przez cały miniony rok przychodziły kontrole. CBA dwukrotnie analizowało dokumenty, resort zdrowia sprawdzał, dlaczego tak długo nie podpisywano umowy na informatyzację. W połowie stycznia do NFZ dotarła informacja, że prokuratura apelacyjna wszczęła śledztwo w sprawie informatyzacji. Mimo wszystkich zawirowań do końca zeszłego roku NFZ musiał podpisać kolejną umowę z dostawcami; system informatyczny musi przecież działać nieprzerwanie. Jednocześnie fundusz zaczął starania o zmianę niektórych zapisów. NFZ przedstawił projekt umowy przewidujący, że prawa autorskie do każdej nowej funkcjonalności będzie miał Fundusz. Projekt skonstruowano tak, aby było wiadomo, za jakie konkretnie usługi płaci NFZ. Wcześniej nie było to do końca przejrzyste. Negocjacje wciąż trwają.

Podstawą do zmian był zlecony w lipcu 2015 r. audyt umów z dostawcami. - Dążymy do uniezależniania od dostawców głównych systemów informatycznych dla NFZ, a także do tego, by umowy z głównymi dostawcami były zawierane nie z wolnej ręki, ale w trybie konkurencyjnym - mówi prezes NFZ. Zlecił również niezależnemu podmiotowi wycenę odtworzeniową systemu oraz określenie czasu niezbędnego na jego odtworzenie. Scenariusze są bowiem dwa. Jeden to odkupienie praw. Drugi to budowa własnego systemu.

Przedstawiciele firm zaangażowanych w informatyzację nie komentują sprawy.



Zobacz także

Zobacz więcej na temat:

  • 32
  • 82
Komentarze (236)
Zaloguj się
  • avatar

    kuniszny

    Oceniono 1 raz -1

    Trzeba było wybrać firmę Connecto z Sosnowca, która takie oprogramowanie tworzy i wdraża bez żadnych problemów. Jak zobaczysz na www.connecto.pl to się przekonasz, że nie mają nic do ukrycia tylko działają jak się klient zgłosi.

  • avatar

    rpal

    Oceniono 1 raz -1

    Niech się lepiej zajmą dotacjami unijnymi na na "innowacyjną gospodarkę" tam byle obszczymur dostaje kilkaset tysięcy na informatyzację swojej mikro-firmy, dogaduje się z jakimś sprzedawcą komputerowego chłamu i kupuje coś po zawyżonych cenach dzieląc się ze sprzedawcą. W końcowym efekcie dostaje tzw. "system" który jest mu do niczego nie potrzebny a który kosztuje wielokrotnie więcej niż jest wart w dodatku jest kompletnie niepotrzebny. Tutaj się Państwo oburzacie na przekręty a wielu z was samemu kręci lody na boku. Cynizm i zakłamanie.

  • avatar

    rpal

    Oceniono 1 raz 1

    Każdy z tych wszystkich mędrców którzy tak krytykują systemy informatyczne może niech sięgną do własnego komputera. Większość ma Windows w różnych wersjach i owszem część ma licencję na używanie (ci legalni) ale nikt nie ma prawa do kodu źródłowego, ilość licencji na które Microsoft ma patenty to kilka stron samych numerów. Zatem jak się tutejsi oburzeni wczytają co mają w swoim komputerze a potem prokuratorzy (też z komputerami) to dojdą do wniosku że wywołano burzę w szklance wody. NIKT NIE ODDAJE KODU ŹRÓDŁOWEGO a jedynie udziela prawa do użytkowania.
    Inna sprawa że analiza tego kodu nic by nie dała laikowi a i spec by się długo głowił aby go rozwikłać. Same idiotyzmy tu padają. Nawet gdyby ktoś miał wersję źródłową to ch... by z tego mu przyszło bo musiałby zapłacić za licencję na kompilator oraz inne narzędzia niezbędne do uruchomienia aplikacji. tyle w tym temacie, przestańcie się ignoranci podniecać.

  • avatar

    bzyk99

    0

    klasyczne nie znam sie to sie wypowiem - człowieku gdzie jest napisan ze oddali wlasnosc danych? kod źródłowy to nie dane. Poza tym dane osobowe są tylko twoja wlasnoscia a ktos od okreslonymi warunkami moze je przechowywać i za twoja zgodą odpowiednio wykorzystywac
    reszta jak za barei - po co jest ten miś...

  • avatar

    prezio1eki

    0

    Sprawdzić należy czy inne firmy mają prawo do zakupionych programów, baza pesel, samochodów, policyjne. Z informacji tylko rzeczników prasowych można wywnioskować, że firmy państwowe tylko użytkują program a za aktualizacje, naprawy itp. muszą dodatkowo firmie płacić i ma ona MONOPOL na te działania.

  • avatar

    wolny.kan.gur

    Oceniono 5 razy 3

    Każdą osobę (dotyczy zarówno urzędników jak i prezesów prywatnych firm) w tym kraju która podpisała się na publicznym kontrakcie wartym co najmniej 10 mln zł można spokojnie podstawić pod ścianą i rozstrzelać bo 100% takich kontraktów na naszej zielonej wyspie to mega przekręty i łapówy.

  • avatar

    honkers

    Oceniono 2 razy 2

    Kochani, nie znam firmy, która w beztroski i głupawy sposób sprzedaję know-how, jak chcą urzędasy. Urzędnicy myślą, że system IT to za przeproszeniem coś co się robi w tydzień a potem oddaje się za darmo urzędnikom bo oni mają takie widzi mi się. To tak jakby autor powieści sprzedał na targowisku swój rękopis i zapewnił, że od dzisiaj ty masz wszelkie prawa do tego dzieła a ja nie.

  • avatar

    ali55

    Oceniono 4 razy 0

    firmy informatyczne i sprzedające usługi "autorskie" to jedna wielka mafia dojąca kasę za wciskanie kitu.
    nawet zamówisz proste oprogramowanie, to zrobią je tak że nie możesz sam nic zmienić , a za każdą pseudo aktualizację każą bulić.

  • avatar

    fo.xy

    Oceniono 2 razy 2

    Prawa autorskie do kodu zrodlowego a zawartosc bazy danych (czyli informacje trzymane w systemie) to zdaje sie dwie rozne sprawy...
    Normalna rzecz, ze jesli napisze program, to mam prawa autorskie do niego, ale nie mam zadnych praw do danych, ktore sa przetwarzane tym programem. Nie moge "sprzedac" tych danych, czy ich udostepnic, wiec kompletnie nie rozumiem, o co chodzi w artykule.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najczęściej czytane