Bazar w Brukseli - zwrotnica ku równi pochyłej

31 godzin trwał ostatni maraton w Brukseli. Zwołano go, by zapobiec niepożądanemu z perspektywy państw unijnych wyjściu Wielkiej Brytanii ze wspólnoty. Szczyt tymczasem zakończył się serią ustaleń, które stanowią odwrót od samej idei UE.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas

Możliwe więc, że tak jak historycy nie mogą wskazać jednego przesądzającego wydarzenia dla upadku Imperium Rzymskiego, tylko przytaczają serię zazębiających się o siebie incydentów, prowadzących prosto do zawalenia się Imperium Romanum. Tak i teraz w przypadku UE ostatni jej szczyt w Brukseli ma rangę jednej z tych zwrotnic, które wspólnotę kierują ku równi pochyłej.

Obrady zaczęły się od przedłożenia katalogu żądań, od których spełnienia premier Cameron uzależniał opcję, zawierającą szansę przekonania Brytyjczyków do opowiedzenia się w referendum za pozostaniem w Unii. Najważniejsze z żądań: redukcja świadczeń socjalnych dla obywateli unijnych, pracujących na Wyspach, prawo weta wobec postanowień euro- grupy, pomimo że wielka Brytania nie jest jej członkiem.

Ale swoją zgodę na potencjalne koncesje dla Londynu grecki premier Cipras uzależnił od uzyskania specjalnych gwarancji dla swojego kraju. Bo skoro kraje trójkąta wyszechradzkiego oraz Austria fale migrantów chcą powstrzymać zamknięciem granicy z Macedonią, to w efekcie przybywający do Hellady migranci zostaną na zawsze uwięzieni w kotle greckim.

Austria rzeczywiście tuż przed szczytem wyznaczyła limit dzienny przyjęcia migrantów na 90 osób, co w efekcie domina dla ostatniej w nim kostki - Grecji - oznacza prawdziwy wyrok. Cipras kategorycznie zażądał niezamykania granicy. W ten sposób kwestia Brexitu zmieszała się na szczycie ze sprawą uchodźczą, tworząc eksplozywną mieszankę.

Kanclerz Merkel próbowała ją rozbroić, cały kompleks zagadnień związanych z kwestią migrantów na kolejny szczyt UE na początku marca. Wykorzystała nieobecność tureckiego premiera, który w Brukseli nie zjawił się z powodu zamachów, do jakich dzień wcześniej doszło w Stambule. Cipras jednak nie zrezygnował z szantażu, mając w ręku odbezpieczony granat - zgodę Grecji na brytyjskie żądania.

A te Cameron już przy brukselskim stole jeszcze podbił. Nie przez pierwsze cztery, jak pierwotnie, ale przez całych 13 lat obywatele unijni przybyli na Wyspy za pracą mieliby pozostać bez świadczeń socjalnych. Na to oburzyły się kraje wschodnio-europejskie, których obywatele pracują i mieszkają na wyspach. W przypadku zasiłku na 30 000 dzieci, których rodzice pracują w Wielkiej Brytanii, roczne oszczędności w budżecie opiewałyby na sumę 25 mln funtów. Tyle, ile wynosi transfer dobrego piłkarza do Arsenalu czy Liverpoolu.

Takie postawienie sprawy ośmieliło jednak większość bogatych krajów unijnych, by w podobny sposób na agendzie rozmów postawić kwestię zasiłków na dzieci przybyszów z biedniejszych krajów członkowskich Unii. Z kolei Francja i Belgia ostro sprzeciwiły się przyznaniu Cameronowi specjalnych uprawnień, zwalniających brytyjskie banki spod unijnej kontroli.

"To narusza DNA wspólnoty"

Ostatecznie bazar życzeń zakończyło przedłożenie Cameronowi projektu kompromisowego. Zawierał on 7-letni okres bez zasiłków, ale także, co ważniejsze, wyjęcie Wielkiej Brytanii zgodnie z jej życzeniem spod klauzuli "Ever closer Union" (coraz bardziej zacieśniającej się unii). Co narusza jednak samo DNA wspólnoty.

Zapis "Ever closer Union" zawarty jest na kartach traktatów unijnych od samego początku, gdy na mocy pierwszego z nich, Traktatu Rzymskiego 1957, utworzono europejską wspólnotę. Jeśli rzeczone sformułowanie nie urosło jeszcze do rangi bieżącej dyrektywy, to pozostawało docelowym sensem wspólnoty, jej ontologicznym horyzontem. Dokonany na ostatnim szczycie precedens, wspaniałomyślnie zezwalający Wielkiej Brytanii na odstępstwa przy ewentualnych przyszłych próbach integracji politycznej, gospodarczej, ekonomicznej, jest zwrotnicą kierującą Unię niechybnie w kierunku słabej wspólnoty.

Bo w każdej chwili kolejny kraj, gdy uzna, że jego "narodowy" interes skrzeczy z ogólno-unijnym, może pójść w brytyjskie ślady.

"Nacjonalistyczne i populistyczne impulsy"

Ale nie tylko Wielka Brytania nadwątla unijne fundamenty. Kruszy je większość członków, nie mogąc zgodzić się na wspólną politykę migracyjną, niezbędną dla opanowania największej w dziejach współczesnej Europy fali migracyjnej z Afryki, Bliskiego i Dalekiego Wschodu. Co niemniej dotkliwie obnażył brukselski szczyt. Przy czym brak jedności działania w zakresie zarządzania kryzysem migracyjnym wynika ostatecznie nie z różnicy metod, podejmowanych przez rządy krajów UE, lecz z przemian kulturowych, jakie zachodzą w samym sercu społeczeństw unijnych.

Szantaż Camerona w Brukseli i kakofonia poczynań w zakresie opanowania kryzysu migracyjnego na agendzie UE wyrastają z tego samego pnia - nacjonalistycznych i populistycznych impulsów, jakie przenikają przez środek europejskich społeczeństw.

Stąd nic dziwnego, że ich reprezentanci w Brukseli kierowali się interesami wyłącznie narodowymi. I to nawet nie formie ekstremalnej.

Na Camerona po powrocie ze szczytu czekał w Londynie Nigel Farage, stojący na czele falangi brytyjskich eurosceptyków, i gotowy podeptać brukselski kompromis. Na prezydenta Hollanda euro-inkwizycja spod znaku Marine Le Pen, a na kanclerz Merkel analogicznie zorientowany ruch społeczny "Pegidy" i partia "AfD", by pozostać tylko przy największej trójce państw unijnych.

Europa bowiem nie jest silna wolą swoich przywódców, lecz tym, na co zezwolą im ich narody.

Pro-unijne Niemcy

W przeciwieństwie do Camerona, którego politycznie uśmiercić pragnie antyunijna konkurencja we własnej partii, i Hollande'a, którego za rok w Pałacu Elizejskim zastąpić może Le Pen, Angela Merkel, niesiona głosami większości pro-unijnych Niemców - reprezentuje rzadką w Unii linię, kierującą się interesem wspólnotowej większości.

Właśnie ta rozbieżność społeczeństw niemieckiego i francuskiego decyduje o braku istnienia osi Berlin-Paryż, przez dekady konstytutywnej dla UE. Społeczeństwo francuskie, inaczej niż niemieckie, już na kwestię zadłużenia państwa patrzy z właściwą mu krotochwilnością. A dławione wysokim bezrobociem i zastraszone po zamachach, jest introwertyczne, skupione na sobie.

Pro-unijne nastroje w niemieckim społeczeństwie tłumaczą management Angeli Merkel w polityce uchodźczej. Bo jeśli, jak brzmi popularny zarzut, Niemcy akurat z powodu polityki wobec imigrantów, wyizolowały się w Europie, to wolno przecież zapytać: Niby z kim miałby się sprzymierzyć?

Z Wielką Brytanią, która dyszy alienacyjnym żarem? Z krajami grupy wyszechradzkiej, które na tym samym szczycie chciałby skazać Grecję na udławienie się przybyszami? Z Austrią, która wprowadziła dzienny limit przyjęć migrantów? Z Francją, która w ub. roku przyjęła 97 migrantów?

Jeżeli w świeżej pamięci ma się jeszcze wydarzenia z ubiegłego lata, związane z potencjalnym Grexitem, w tym noszone na demonstracjach w Atenach zdjęcia kanclerz Merkel z twarzą Hitlera, to okoliczność, że na ostatnim szczycie akurat niemiecka szef rządu, solidaryzując się ze słabą Grecją, forsowała rozwiązania ogólno-unijne - Niemcy nie zamkną swoich granic i tego samego domagają się od innych członków UE - urasta do wyjątkowego kaprysu historii.

Mniejsze zło

Przyjęty na ostatnim brukselskim szczycie kompromis, (tylko wobec Brexitu), wynikł jednak nie z przekonań, lecz z konieczności wyboru mniejszego zła. Był efektem unijnej solidarności na trywialnym poziomie.

Skoro więc przywódcom wspólnoty coraz trudniej przychodzi negocjować z pozycji dobra Unii, skoro nie potrafią oni do swoich projektów przekonać społeczeństw, to zgodnie z precedensem, dokonanym na ostatnim szczycie, należy rozstać się z zasadą "Ever closer Union". Byłaby to jednak moment zwrotny dla powstania unii, złączonej rachitycznymi powiązaniami. Już bez wspólnej armii, bez Schengen, z może i bez wspólnej waluty.

Unii, będącej jak futbol bez bramek, a świątynia bez Boga. Za to byt określonym wolą narodowych społeczeństw. Taka UE nie przetrwa jednak nawet roku. Wyodrębni się z niej jądro, o wytęsknionym federalnym charakterze, z centralnym rządem, parlamentem, walutą, armią, drugim językiem urzędowym. Tyle że bez krajów basenu Morza Śródziemnego, Europy Wschodniej, w tym oczywiście bez Polski.

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny

Komentarze (11)
Bazar w Brukseli - zwrotnica ku równi pochyłej
Zaloguj się
  • checho-fil

    Oceniono 8 razy 2

    Skoro Polacy nie chcą "euro-kołchozu" to będą mieli "ruski kołchoz" - bo ciemny lud nie zasługuje na nic więcej.

  • janpe1

    Oceniono 3 razy -1

    Jesli Bruksela wpiernicza sie w to czy mozemy wykopac kanal mierzejski i w tysiace innych spraw suwerennych panstw, to ja piernicze taka UE.

  • aaron.goldstein

    Oceniono 9 razy -5

    Lewactwo jest chore z nienawiści i nie chce sobie uzmysłowić, że ludzie są różni i nie jest możliwe stworzenie scentralizowanego komunistycznego tworu, gdzie oligarchia urzednicza będzie decydowała o wolności i wyborach każdego człowieka. Całe zło Unii polega na tym, że jest to terror I totalitaryzm w białych rekawiczkach I przy pomocy usłużnych mediów. Gdzie wolnośc wypowiedzi nie istnieje, a prawa jednostki są mniejsze niż w stalinowskiej Rosji. Bo w Unii wystarczy wypowiedzenie jednego zdania niezgodnego z polityczna poprawnością, by człowieka usunąc na margines I zgnieść jak pluskwę. Unia to wcielenie tego wszystkiego, o czym pisał Orwell.

  • solussolius

    Oceniono 7 razy -5

    Było jasne od lat, że kiedyś nadejdzie upadek eurokołchozu. Ale spokojnie, zamiast eurokołchozu będą umowy w rodzaju TTIP i innych potworności, których przyjęcie spowoduje zjednoczenie wszystkiego pod rządem światowym.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX