"Jak za Gomułki". Państwo odbiera, bo musi?

Czy państwo może odebrać prawowitemu właścicielowi nieruchomość, jeśli wcześniej pomyłkowo wypłacono odszkodowanie za nią innej osobie? Może. I właśnie tak robi wobec właścicielki dwóch kamienic w Łodzi. - Krzyczeć, że to skandal czy obśmiać - bo kretynizm? - pyta prawnik właścicielki. Nie mieliśmy wyboru i musieliśmy podjąć taką decyzję - tłumaczą urzędnicy.
Początek października. Do Kancelarii Piotra Paduszyńskiego w Łodzi przychodzi decyzja z Ministerstwa Finansów: "(...) Stwierdza się przejście na rzecz Skarbu Państwa udziału w wysokości 80 proc. części w prawie własności nieruchomości" przy ul. Pomorskiej i ul. Próchnika w Łodzi.

Spadkobiercy kontra państwo

Historia obu kamienic jest skomplikowana: przed wojną ich właścicielami byli łódzcy Żydzi - Sura Jatka i jej dwóch synów. Cała rodzina zginęła w czasie Holokaustu. Ich jedynym ocalałym spadkobiercą był mąż wnuczki Sury, Litman Grynbaum, który koniec wojny spędził na Wschodzie i po powrocie postanowił odzyskać kamienice. W wyniku postępowania spadkowego w 1956 został uznany za jedynego spadkobiercę przedwojennych właścicieli.

Rok później - wraz z drugą żoną Anną - wyjechał do Izraela. W 1991 roku zmarł, a Anna Grynbaum zainteresowała się obiema kamienicami, które - jak sądziła - są jej własnością. Musiała przejść batalię sądową, bo już rok po ich wyjeździe kamienice przejęło państwo powołując się na przepis o zasiedzeniu. Ostatecznie w 2005 Sąd Okręgowy w Łodzi potwierdził prawa wdowy do obu kamienic i wydawałoby się, że sytuacja jest jasna.

Trzeci gracz, o którym dowiedzieli się po 40 latach

Skąd zatem tegoroczna decyzja Ministerstwa Finansów? W latach 60. roszczenia do obu kamienic zgłosił także obywatel USA. Ale nie w Polsce - w Ameryce. Specjalna Komisja Stanów Zjednoczonych ds. Uregulowania Roszczeń Zagranicznych przyznała mu wtedy odszkodowanie na mocy umowy indemnizacyjnej między Stanami a PRL, określającej sposób uregulowania po wojnie roszczeń obywateli USA do nieruchomości w Polsce. Kim był? Anna Grynbaum nie wie: też zgłosił się do postępowania spadkowego przed polskim sądem, ale ten jako spadkobiercę przedwojennych właścicieli uznał tylko jej zmarłego już męża.

Zgodnie z umową indemnizacyjną wypłacenie odszkodowania oznaczało przejście udziału w prawie do nieruchomości na rzecz Skarbu Państwa. Ale - choć odszkodowanie w latach 60. wypłacono - papiery od Amerykanów zamknięto w ministerialnej szafie i o sprawie zapomniano. Na kilkadziesiąt lat. W tym czasie sądy w Łodzi zdążyły podjąć kilka decyzji ws. obu kamienic, w Izraelu zmarł Grynbaum i - zgodnie z ostatnim orzeczeniem z 2005 roku - kamienice ostatecznie przeszły na własność wdowy.

"Jak za Gomułki. Skandal czy śmiech?"

W tym roku urzędnicy Ministerstwa Finansów otworzyli w końcu stare szafy, zaczęli przeglądać papiery i stwierdzili, że Skarb Państwa ma prawa do obu łódzkich kamienic. Przesłali swoje postanowienie do pełnomocnika właścicielki, a także - do łódzkiego magistratu, by ten dopilnował wpisania Skarbu Państwa do ksiąg wieczystych.

Pełnomocnik właścicielki... trochę się zdenerwował. - 40 lat po wypłacie tego odszkodowania rząd polski się obudził, wyciągnął z szafy stare papiery od Amerykanów i podjął decyzję, że zabiera nieruchomość, bo jakiejś zupełnie innej osobie wypłacono odszkodowanie. Na zasadzie: osoba trzecia wypłaciła osobie czwartej jakieś pieniądze i mi zabierają dom. Mam wrażenie, jakbyśmy się znaleźli za czasów Gomułki - mówi adwokat Piotr Paduszyński.

Adwokat: Prawdopodobnie ktoś oszukał rząd USA | wideo


Sprawa trafi do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie.

Umowy indemnizacyjne - o co chodzi?

By wydać taką a nie inną decyzję, ministerstwo musiało mieć podstawę prawną. Jest nią ustawa z 1968 roku o dokonywaniu w księgach wieczystych wpisów na rzecz Skarbu Państwa, która legalizuje skutki umów indemnizacyjnych PRL z innymi państwami.

Tzw. układy indemnizacyjne PRL zawarła nie tylko ze Stanami Zjednoczonymi (w 1960), ale i z kilkoma innymi państwami, których obywatele mogli zgłaszać po wojnie roszczenia dotyczące nieruchomości na terenie Polski. Same umowy nie były publikowane i nie mogły być samodzielnie podstawami działań prawnych, stąd ustawa z 1968.

Układy te były dla PRL wygodnym sposobem załatwienia spraw roszczeń: władze polskie wpłacały drugiej stronie umowy określoną ilość pieniędzy na rekompensaty i pozostawiały jej ich rozdzielanie. W praktyce więc to inne państwa decydowały, czy zgłaszający roszczenia mają prawo do rekompensat. A Skarb Państwa po otrzymaniu z zagranicy dowodu jej wypłacenia stawał się właścicielem określonych nieruchomości. Stawał się - ale tylko zgodnie z ustawą i umowami.

Często bowiem komunistyczne władze nie dbały o to, by uzupełnić księgi wieczyste. Papiery z zagranicy chowano do archiwów, o sprawach zapominano i dopiero teraz Ministerstwo Finansów zaczęło je odgrzebywać, by zabezpieczyć prawa Skarbu Państwa. I przy okazji wyszedł kwiatek - łódzkie kamienice przy Pomorskiej i Próchnika. Co teraz?

Urzędnicy: Nie mogliśmy inaczej

Właścicielka i jej pełnomocnik są słusznie oburzeni: państwo chce wywłaszczyć ją ze spadku, o który - na dodatek - i tak musiała już walczyć. Ministerstwo broni się, twierdząc, że decyzja ma "charakter deklaratoryjny".

Oznacza to, że potwierdza jedynie to, co i tak wynika z innych aktów prawnych (tutaj - z w ustawy z 1968 roku), a nie sama wprowadza taki stan. Twierdzi też, że jeśli odkryto przesłanki do jej podjęcia, minister finansów nie mógł tego unikać, gdyż działałby wtedy niezgodnie z prawem. - Minister jest zobligowany do wydawania decyzji deklaratoryjnych niezależnie od upływu czasu i od stanu prawnego ujawnionego w księgach wieczystych. Potwierdziła to opinia Prokuratorii Generalnej - twierdzi Przemysław Szelerski, urzędnik z Ministerstwa Finansów, który podpisał decyzję ws. Pomorskiej i Próchnika.



Przesłanką do przejęcia przez Skarb Państwa kamienic jest w tym przypadku samo wypłacenie rekompensaty - o czym mówi ustawa. Zgodnie z nią, ministerstwo ma nie zajmować się stanem faktycznym, czyli - w tym przypadku - tym, że ktoś mógł odszkodowanie wyłudzić. Wygodne dla władz ludowych prawo stało się więc dla urzędników wolnej Polski twardym orzechem do zgryzienia, bo decyzję, choć jest bezsensowna, wydać muszą. Nawet jeśli podważy ją sąd, czego sami nie wykluczają.

Próchnika i Pomorska to skrawek problemu

Problem z dwiema łódzkimi kamienicami ma więc dwie strony: 1. ktoś wyłudził odszkodowanie i obecna ustawa pozwala na tej podstawie odebrać właścicielce budynki, 2. wszystko można by załatwić sądownie dawno temu, gdyby władze ludowe pilnowały sprawy i wpisów w księgach.

Jak mówi Szelerski, takich spraw może wyjść jeszcze wiele - ministerstwo jest w trakcie porządkowania papierów.



Wskazuje też na inne problemy wynikające z zapisów umów indemnizacyjnych i bałaganu w księgach wieczystych.



Najbardziej znaną sprawą odzyskania budynku, za który wypłacono już odszkodowanie na podstawie umowy indemnizacyjnej jest przypadek pałacu Heinzlów, w którym obecnie mieści się łódzki magistrat. Mimo otrzymania rekompensaty spadkobierczyni przedwojennych właścicieli - obywatelka Wielkiej Brytanii wygrała w 2004 roku postępowanie sądowe i odzyskała budynek. Powód: władze PRL nie pofatygowały się, by wpisać Skarb Państwa do księgi wieczystej. Gminy, zresztą, nie poinformowano nawet o wypłaceniu odszkodowania.

O sprawie słuchaj też w Radiu TOK FM

APLIKACJA TOK FM

Serwis informacyjny