Dom Dziecka lepszy niż rodzina: decyzja sądu w Lublinie

11-letni Sebastian nie wrócił w piątek ze szkoły do domu. Panie z opieki społecznej wkroczyły na lekcję z nakazem sądu i zabrały chłopca wprost do domu dziecka w Lublinie. Bo w domu brudno, nie ma ciepłej wody, matka ma depresję, a ojciec leży w szpitalu. Po naszym tekście ruszyła lawina pomocy. Jest szansa, że rodzinie się uda.
Komentarz: Wszystkie służby zawiodły na całej linii

Piątek 12 lutego, był ostatnim dniem nauki przed feriami. Jeszcze rano pedagog szkolny Agnieszka Hałabis-Ożga widziała się z Sebastianem. - Rozmawialiśmy o tym, że będzie musiał pomóc mamie np. w sprzątaniu. Nie zdążył... - mówi.

Tego samego dnia chłopiec dostał też ze szkolnej biblioteki na ferie dwie siatki książek. - Bo on bardzo dużo czyta. Ma olbrzymią wiedzę, zwłaszcza z przyrody i z historii. Nawet z gimnazjalistami dyskutował o wojnie - podkreśla dyrektor szkoły w Bystrzycy Starej, Małgorzata Wzorek - Saran.

- Sebastian bardzo się z książek ucieszył. I powiedział nam, że mama będzie mu wieczorami czytać - mówi szkolna pedagog. Nauczyciele podkreślają, że chłopca z mamą łączy olbrzymia więź.

Gdy pomoc społeczna zabierała Sebastiana ze szkoły do domu dziecka nie płakał, był spokojny. - Jest bardzo dojrzały jak na swój wiek. Można powiedzieć, że bardzo dojrzale zareagował. Całą niemoc czy żal zostawił w środku. Za to nauczycielki płakały - mówi dyrektorka szkoły. Jest zaskoczona decyzją sądu: - Tam jest ogromna miłość. Nie tylko do matki, ale też do ojca i do mieszkającego z nimi dziadka. To widać na każdym kroku - mówi.

Żadnej patologii, tylko choroby i bieda

Bystrzyca Nowa to mała wieś w gminie Strzyżewice, ok. 25 km od Lublina. Nieco na uboczu stoi murowany dom. W dwóch oknach - dykty. To dlatego, że w środku wykończony jest tylko jeden pokój i kuchnia. Mógłby być też drugi pokój i łazienka - pomieszczenia są, ale nie było za co ich wyremontować. W domu nie ma więc bieżącej wody, łazienki i toalety.

Te braki to główne powody zabrania Sebastiana do domu dziecka.

- Do tej pory nikomu to nie przeszkadzało. A chłopak przecież miał bardzo dobrą opiekę. Krzywdy w domu nie miał - proboszcz miejscowej parafii, ks. Andrzej Jurczyszyn dziwi się decyzji sądu. Podkreśla, że nie ma mowy o żadnej patologii.

Długo się będzie bał, że znów po niego przyjdą

Pani Jolanta, mama Sebastiana od jakiegoś czasu ma depresję. Pan Dariusz, ojciec, dorywczo pracował, ostatnio kilka tygodni leżał w szpitalu. Rodzina żyje z renty dziadka i z zasiłków z opieki społecznej. Pomagała szkoła, pomagał ksiądz. - Woziłem im dary z Caritasu - mówi proboszcz.

MOPS, który wystąpił do sądu o zajęcie się sprawą twierdzi, że robił co mógł. - Rodzina praktycznie co miesiąc dostawała zasiłek - mówi kierowniczka ośrodka, Urszula Sawecka.

Podkreśla, że matka jest niezaradna życiowo: w domu jest brudno, panuje bałagan. - Ten stan zdrowia, który się pogorszył spowodował to, że ta nieporadność, może po części lenistwo, spowodowało, że to się pogłębia - tak kierowniczka MOPS diagnozuje stan zdrowia pani Jolanty. Uważa też, że Sebastian "dzięki pobytowi w domu dziecka zobaczy trochę innego życia, inaczej zacznie funkcjonować, innych nawyków nabierze".

- To nie jest najważniejsze - odpowiada psycholog, dr Małgorzata Sitarczyk z Instytutu Psychologii UMCS. Jej zdaniem, Sebastian stracił poczucie bezpieczeństwa. I jeśli wróci do domu, trudno będzie to odbudować. - Na to, żeby znowu poczuł się bezpiecznie, żeby się nie bał, że znów po niego przyjadą potrzeba będzie dużo więcej wysiłku niż kosztowało to przygotowanie decyzji o jego zabraniu - dodaje psycholog.

Kierowniczka MOPS: My zasiłek dawaliśmy

Kilka lat wcześniej rodzina miała już nadzór kuratora - też były zastrzeżenia do czystości w domu, do bałaganu, do warunków socjalnych. Wtedy w domu nie było lodówki czy kuchenki. Rodzina kupiła te rzeczy na raty. Nadzór kuratora został zdjęty.

Pracownice opieki społecznej odwiedzały jednak rodzinę: kazały posprzątać, umyć brudny czajnik, poukładać ubrania w szafie, dosypać węgla do pieca. - Finansowo rodzina dobrze funkcjonuje - podkreśla kierownik Sawecka z MOPS. Chodzi o zasiłki rzędu 300-400 zł miesięcznie.

Gdy zwracam uwagę, że ta kobieta potrzebowała też wsparcia życiowego, bardzo konkretnego, Sawecka przyznaje, że już po zabraniu chłopca rozważają wysłanie do tego domu opiekunki społecznej na choćby godzinę dziennie. By pomogła w sprzątaniu czy gotowaniu.

Miał mnie odwiedzić w szpitalu, a oni go zabrali

Problemy rodziny nasiliły się w grudniu, gdy okazało się, że chory na cukrzycę pan Dariusz, tata Sebastiana musi mieć amputowaną nogę. Trafił do szpitala. Potem konieczna była druga operacja, i znów szpital. Wtedy MOPS uznał, że matka sobie z Sebastianem nie poradzi.

Pan Dariusz w szpitalu dowiedział się, że syn jest w domu dziecka. - To był szok. Sebastian miał do mnie przyjść z matką w niedzielę (14 lutego), w swoje urodziny. Miałem dla niego banana i pomarańczę. Ale nie przyszedł. Wtedy dowiedziałem się, że go zabrali. Jak tak można? - mówi przez łzy pan Dariusz.

Dobro dziecka, czyli co?

Nakaz umieszczenia Sebastiana w domu dziecka wydał Sąd Rejonowy w Lublinie, VI Wydział Rodzinny i Nieletnich. Rzecznik sądu odmawia uzasadnienia tej decyzji. Mówi tylko, że zapadła na posiedzeniu niejawnym i ma na celu "dobro dziecka".

Nakaz dotarł do matki Sebastiana, gdy go zabrali do domu dziecka. Natychmiast sama napisała odwołanie.

"Matka nie interesuje się sytuacją syna, nie zaspokaja jego podstawowych potrzeb takich jak przygotowywanie posiłków, utrzymanie porządku w domu czy pomoc przy lekcjach" - czytamy w uzasadnieniu.

Pani Jolanta ze łzami przyznaje, że z tym bałaganem i brudem to się zgadza, ale z tymi posiłkami to nieprawda.

Potwierdza to nawet kierowniczka MOPS: - Nigdy nie mieliśmy zastrzeżeń co do wyposażenia mieszkania w żywność. Nawet gdy byliśmy w domu z panią kurator, to oprócz tego, że lodówka była brudna, to była pełna żywności - mówi.

A szkoła stanowczo zaprzecza, że matka "nie interesuje się synem". Rodzice odrabiali z synem lekcje, byli w szkole na każde wezwanie. - Na zebrania z reguły przychodził tata. Gdy się rozchorował, w szkole zawsze był mama - mówi dyrektor Małgorzata Wzorek - Saran.

O ojcu z decyzji sądu: "Choć wymieniony nie nadużywa alkoholu i w stopniu większym niż uczestniczka wykazuje zainteresowanie potrzebami syna, to ze względu na amputację kończyny dolnej oraz związane z tym kalectwo nie jest w stanie zapewnić małoletniemu właściwych dla potrzeb dziecka warunków mieszkaniowych".

- To, że nie mam nogi nie znaczy, że sobie nie poradzę - mówi pan Darek. - Będę o dziecko walczył, jak się da.

Tato, kiedy wrócę do domu?

Dzień po tym, jak Sebastian został zabrany do placówki opiekuńczej, w jego szkole odbywał się bal. Wychowawczyni z domu dziecka zawiozła go na tę zabawę. - Ale on się nie bawił. Cały ten czas przesiedział z mamą. Mocno trzymali się za ręce - opowiadają nauczyciele.

W pierwszym tygodniu jego pobytu w domu dziecka, mama i dziadek byli u niego w Lublinie trzykrotnie.

Chłopiec razem z panią z domu dziecka odwiedził też w szpitalu tatę. - Bardzo się przytulał i pytał, kiedy wróci do domu - mówi pan Darek.

Na razie Sebastian ma przebywać w domu dziecka trzy miesiące. Niejawna rozprawa na której zapadła decyzja o umieszczeniu chłopca w placówce odbyła się 1 lutego. - Gdybym wiedziała, mogłabym się stawić w sądzie, to może by do tego nie doszło. Nie mogę się pogodzić z tym co się stało - mówi przygnębiona matka. Jest wezwana do sądu na przesłuchanie, jako świadek, dopiero na początek marca.

Jak można pomóc rodzinie?>>

Pieniądze dla rodziny Sebastiana można wpłacać na konto lubelskiego Caritasu. Nr konta: 79 1500 1520 1215 2000 9121 0000. Koniecznie z dopiskiem "Pomoc dla rodziny Kitów". Caritas Archidiecezji Lubelskiej ul. Prym S. Wyszyńskiego, 2 20-950 Lublin.

Czy można odebrać dziecko rodzicom z powodu biedy?
Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny