Południowy Sudan oddzieli się od Północy? Referendum trwa

Mieszkańcy autonomicznej republiki w południowym Sudanie zdecydują dziś w referendum niepodległościowym, czy ostatecznie oddzielić się od północy i stworzyć nowe, niezależne państwo. Głosowanie trwa, a Północ zapewnia, że uzna jego wynik.
O podział zabiegają od wielu lat południowo-sudańscy politycy, w tym urzędujący z ramienia Sudańskiego Ludowego Ruchu Wyzwolenia (SPLM) prezydent regionu, Salva Kiir. Możliwość podjęcia decyzji o podziale na dwa państwa została wpisana w porozumienie pokojowe z 2005 roku, które zakończyło 21-letnią krwawą wojnę domową między północą a południem. Ratyfikowali je ówczesny lider SPLM John Garang i prezydent Sudanu Omar al-Bashir.

Sudan uzna niepodległość południa?

Podczas swojego wystąpienia 31 grudnia, w dzień Narodowego Święta Niepodległości, al-Bashir zapewnił, że uzna wynik referendum za wiążący. - Pozwólmy, żeby w wyznaczony dzień referendum odbyło się zgodnie z wolą bożą i zaakceptujmy jego wynik, który będzie wyrazem woli obywateli - apelował. Ku zaskoczeniu Sudańczyków z południa, prezydent odwiedził we wtorek Dżubę - stolicę autonomicznego regionu. Tam podkreślił, że "będzie pierwszą osobą, która pogratuluje mieszkańcom Południowego Sudanu, jeśli ci zagłosują za podziałem".

Rząd Południa: wierzymy prezydentowi

Chuang Aluong, minister z ramienia Sudańskiego Ludowego Ruchu Wyzwolenia zajmujący się sprawami bezpieczeństwa południa, zdaje się wierzyć w zapewnienia prezydenta: - Fakt, że al-Bashir powiedział (publicznie), że uszanuje decyzję mieszkańców południa, jest dla nas wystarczającą gwarancją - powiedział Aluong - Chcemy, aby referendum było wolne i sprawiedliwe, ponieważ od jego wyniku zależy nasza przyszłość - dodał.

Sprawa nie jest jednak przesądzona. Rządząca na północy Partia Kongresu Narodowego (NCP) opowiada się za jednością. Wielu jej członków domagało się odłożenia w czasie daty referendum do momentu rozwiązania kwestii spornych miedzy północą a południem. Południowy Sudan zdecydował jednak, że referendum powinno odbyć się zgodnie z planem, podejrzewając północ (NCP) o grę na zwłokę.

- 9 stycznia stał się (dla południa) świętą datą - tłumaczy Badru Mulumba, dziennikarz polityczny i konsultant ds. mediów w Południowym Sudanie. - To, że referendum odbędzie się zgodnie z planem, jest wolą i prawem władz południa, niezależnie od okoliczności.

Wielkie koszty wyborów. Większość płaci jedna strona Na samą logistykę referendum i szkolenia pracowników Komisja Wyborcza wydała blisko 20 milionów dolarów - łączny koszt przeprowadzenia wyborów wyniósł 180 mln. Mimo, że odpowiedzialność finansową podzielono pomiędzy rządy Północy i Południa, to większość tej sumy pochodziła od rządu Południowego Sudanu. Do głosowania zarejestrowało się 3,930,816 osób. Aby referendum uznano za wiążące, głos musi oddać co najmniej 60 proc. zarejestrowanych. Według badania opinii publicznej z października 2010 roku, przeprowadzonego przez agencję południowosudańskich mediów, Agency for Independent Media (AIM), za podziałem opowiada się ponad 85 proc. głosujących. Respondenci podkreślali, że ich życie znacznie się zmieniło, odkąd podpisano traktat pokojowy.

Muzułmańska Północ, chrześcijańskie Południe

Północ Sudanu zamieszkiwana jest głównie przez posługujących się językiem arabskim Muzułmanów. Na Południu w przeważającej większości żyją chrześcijanie lub wyznawcy religii tradycyjnych. Ponad 80 proc. ludności Południa żyje w skrajnej biedzie i nie może pozwolić sobie na trzy pełne posiłki dziennie. Służba zdrowia działa w dużej mierze dzięki pomocy organizacji humanitarnych i kościołów. Prawie wszystkie produkty, które można kupić w Dżubie, są przywożone ciężarówkami z odległych o setki kilometrów Ugandy i Kenii, przy zachowaniu tamtejszych cen. Mimo to Dżuba jest uznawana za miejsce, w którym żyje się stosunkowo łatwo. Już kilka kilometrów od stolicy wszystkie ślady cywilizacji znikają w zaroślach i polach.

Karty do głosowania dotarły wszędzie

Południowy Sudan jest trudno dostępnym regionem, gdzie dominują tereny wiejskie. Komisja Wyborcza przekonuje jednak, że wszystkie lokale wyborcze otrzymały materiały niezbędne mieszkańcom do oddania głosów w referendum. Przewodniczący Komisji, Chan Reec Madut, zapewnił, że Misja ONZ w Sudanie (UNMIS) dostarczyła karty do głosowania drogą powietrzną nawet do stanów Jonglei i Ekwatoria Wschodnia.

Torit - stolica Ekwatorii Wschodniej, leżąca w odległości 190 km od południowo-wschodnich obrzeży Dżuby - to miasto-ulica, bez jednego centymetra bruku. Niegdyś miasto garnizonowe, Torit do tej pory boryka się z problemami związanymi z odbudową zniszczeń, powstałych w wyniku długoletniego konfliktu. Mieszkańcy nie mają dostępu do bieżącej wody i muszą kupować ją od lokalnych sprzedawców. Wielu Sudańczyków widzi w uzyskaniu niepodległości początek nowej ery. 35-letnia Achieng Apio jest właścicielką kiosku na targowisku w Torit. Straciła męża w czasie wojny. Wiele lat mieszkała w obozie dla uchodźców. - Każdy mieszkaniec Południowego Sudanu wie, że wkrótce spotkamy nasze przeznaczenie, ludzie nie mogą się już doczekać tego dnia - mówi. Wagę referendum podkreśla też Magdaline Biato Atiol, południowo-sudańska Minister ds. Opieki Społecznej, Płci i Religii: - Dla nas na południu, podział oznacza wolność i niezależność. Na tym właśnie zależy Sudańskiemu Ludowemu Ruchowi Wyzwolenia. Chcemy wykorzystać tą szansę. Kości zostały rzucone - taka możliwość zdarza się tylko raz w życiu - mówi minister.

Podział zmieni jakość rządów?

Są też tacy, którzy widzą sytuację nieco inaczej. James Okech Ojwa, dziennikarz dwutygodnika Juba Post, przyznaje że większość jego przyjaciół nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego popiera niepodległość, inaczej, niż powołując się na politykę SPLM.

- Ludzie powinni spojrzeć na tę debatę ponad podziałami politycznymi. Muszą najpierw zrozumieć znaczenie głosowania. Możemy domagać się podziału, ale on niekoniecznie oznacza zmianę jakości rządów. Różnica może być niewielka - wyjaśnia Ojwa.

Niepodległość po latach brytyjskiego kolonializmu zastała Sudan jako unię wielu regionów o licznych odrębnościach. W 1983 roku Ludowa Armia Wyzwolenia Sudanu, prekursor Sudańskiego Ludowego Ruchu Wyzwolenia, wystąpiła przeciwko rządowi, oskarżając go o traktowanie mieszkańców południa jako obywateli drugiej kategorii.

Spór o ropę

Prawie sześć lat po podpisaniu pokoju, który zakończył wojnę domową, wiele kwestii spornych pomiędzy północą a południem nadal zostaje nierozwiązanych. Północ i Południe kłócą się m.in. o przynależność bogatego w ropę regionu Abyei, który leży na przyszłej granicy pomiędzy Sudanem a Sudanem Południowym. To tu wydobywa się aż 25 proc. sudańskiej ropy. Częściowo autonomiczny rząd południa oskarża wciąż północ o nieszczerość przy podziale złóż. Według ustaleń pokojowych z 2005 roku, powinien on opierać się o zasadę 50:50. Południowy Sudan zgłaszał wielokrotnie zastrzeżenia dotyczące dostępu do swojej części, zarzucając północy brak przejrzystości w działaniach. Dodatkowo do tej pory udało się wytyczyć jedynie 8 proc. granicy.



Według ustaleń pokojowych z 2005 roku, jeśli Południowy Sudan zagłosuje za podziałem, nowe państwo zostanie utworzone po sześciu miesiącach okresu przejściowego. Przebiegowi referendum będą przyglądać się niezależni obserwatorzy m.in. z Unii Europejskiej, USA i Chin. Oficjalne rezultaty zostaną podane po 30 dniach od daty głosowania.

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny