"Cały czas myślisz, z której strony przyjdzie atak." O życiu w domu dziecka

Andrzej

Andrzej (Fot. AG/ Anna Wacławik-Orpik)

KOSZMAR DOMÓW DZIECKA. 9-letni Andrzej czuwał, żeby nikt się nie dobierał do jego 6-letniej siostry, bo byli zamykani na noc razem z nastoletnimi chłopcami. Wieczorem wychowawcy stawiali w sali wiadro, żeby nikt nie chodził do toalety. Nie interesowało ich, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami. - Jesteś, jak zwierzę przyparte do muru - mówi o wychowaniu w domach dziecka Andrzej, który spędził w placówkach dziesięć lat. - Przemoc, upokorzenia, osamotnienie i bezsilność.

W polskich placówkach opiekuńczo-wychowawczych przebywa ok. 25 tys. dzieci. Nie trafiły tam za karę. ale dlatego, że w domach rodzinnych były krzywdzone lub niechciane. Inne zostały zabrane rodzicom z powodu ich ubóstwa, bądź tzw. nieporadności życiowej. Umieszczono je w domach dziecka, by było im lepiej niż w ich własnych domach. Są tam wychowywane za nasze pieniądze. Miesięczny koszt utrzymania jednego dziecka w takiej placówce to 2,5 - 6,5 tys. zł.



Anna Wacławik-Orpik: Ile miałeś lat, gdy trafiłeś do placówki?

Andrzej, wychowanek domu dziecka: - Dziewięć. W nocy przyjechała policja i zabrała całą rodzinę. Nas czworo. Mnie, siostrę i dwóch braci. Rozdzielili nas. Młodszy - niemowlę, trafił do domu dziecka, starszy brat do internatu, w którym był już wcześniej. Mnie i moją sześcioletnią siostrę zabrali do pogotowia opiekuńczego na Bońka [pogotowie opiekuńcze przy ul. Bonifacego w Warszawie - red.]

Z jakiego powodu was zabrali?

- Z powodu braku opieki rodziców przez trzy miesiące. Poszli w Polskę.

Kto się wami opiekował przez ten czas?

- Nikt. Sami. Pomoc społeczna dowiedziała się pewnie od sąsiadów, może szkoła dała znać, bo większość z nas nie chodziła do szkoły. Ja wtedy byłem uczniem podstawówki.

Ile czasu spędziłeś w pogotowiu opiekuńczym?

- Jakieś dwa miesiące.

Miałeś kontakt z rodzeństwem, wiedziałeś co się z nimi dzieje?

- Nie, nic nie wiedziałem, ale i nie myślałem o tym. Raczej próbowałem się tam odnaleźć.

Dużo dzieci było w pogotowiu?

- W pogotowiu około dwudziestu pięciu. Ale w całym ośrodku dużo więcej. Z nimi nie mieliśmy kontaktu, byliśmy na samej górze, na oddziale zamkniętym. Takie były podobno procedury.

Byliście zamknięci koedukacyjnie? W jakim wieku były dzieci?

- Była tam jedna starsza dziewczyna i moja mała siostra. Najstarsze dzieciaki miały 17 -18 lat. My z siostrą mieliśmy "własną" salę z pięciorgiem innych chłopaków.

Z jakich środowisk były te dzieci?

- Głównie młodzież z tzw. marginesu, centralnie z ulicy. Dzieciaki już wchodzące na drogę przestępczości.

ŻYCIE CODZIENNE: RADŹCIE SOBIE SAMI

Jak wyglądało tam wasze codzienne życie?

- Wstawaliśmy o 7.00 rano. Poranna toaleta w łazience i szliśmy do świetlicy w jednym pokoju. Nie wolno było wracać do sal, były zamykane na dzień. Tam były prowadzone jakieś "lekcje". One oczywiście nie miały nic wspólnego z żadnymi szkolnymi lekcjami. Po prostu przychodził ktoś, coś opowiadał, a my musieliśmy wypełniać jakieś zadania. Nie było podziału na grupy.

Siedemnastolatki z sześciolatkami?

- Tak. Wszyscy to samo. Aha, mojej siostrze dali coś do rysowania, kredki i kartkę. Potem był obiad, przynoszony ze stołówki dla nas. A po obiedzie znów siedzieliśmy w świetlicy. Po jakimś miesiącu skończyła się nasza kara i mogliśmy wychodzić na dwór. Bo siedzieliśmy zamknięci za karę. Ktoś stamtąd uciekł. Jak kara się skończyła...

....trafiłeś do placówki w trakcie, kiedy była kara nałożona na wszystkich, za to że ktoś uciekł? Miałeś coś wspólnego z tą ucieczką?

- Nie, skąd. Tam nie ma jednostek. Jest tylko grupa, którą należało ukarać za jedną osobę. Ale wyjścia na dwór też nie były codziennie. Wychodziliśmy w zależności od humoru wychowawców. Dobry humor - i wychodzimy.

Miałeś tam jakieś swoje rzeczy?

- Nie można było mieć swoich rzeczy. Wszystko było w magazynie w worku. W tej naszej sali było 10 łóżek polowych i to wszystko. A na noc wiadro.

Wiadro...?!

- W celu wiadomym. Żeby nie było potrzeby chodzenia nocą do toalety. Stało na końcu w pokoju na wprost drzwi, niczym nie przykryte.

I każdy, chłopak czy dziewczyna, jak chciała siku...

- ...to zazwyczaj staraliśmy się czekać do rana, aż ktoś otworzy kratę. Ale zdarzało się, że ktoś nie wytrzymywał i musiał się załatwiać przy wszystkich.

Jakie jeszcze były kary?

- Nie było zbyt wielu kar nakładanych przez wychowawców. Oni po prostu dali nam do zrozumienia, że oni tu rządzą. A poza tym mamy żyć własnym życiem i załatwiać sprawy sami, między sobą. Oni nie ingerują w nasze życie, my nie ingerujemy za bardzo w ich: "możecie sobie łobuzować, jak jest krata zamknięta, i po cichu". W każdej placówce jest drugie życie. To norma.

DRUGIE ŻYCIE: FALA, BICIE, MOLESTOWANIE

Na czym polega to drugie życie?

- W domu dziecka na przykład, na bajerowaniu wychowawców. Domy dziecka są z reguły otwarte. Nie ma żadnych krat, ani przymusu siedzenia w pokoju, można wychodzić na dwór, można chodzić po terenie. Można nawiązać kontakt z wychowawcą, jeśli czegoś się od niego chce: na przepustkę jechać, czy wyjść za teren. To wtedy się go bajeruje. Manipuluje się nim. Uśmiechamy się do niego przy nim, mówimy, że nigdy byśmy nie zrobili nic złego, o co on nas podejrzewa. A po jego wyjściu, po 21., jest fala w takich placówkach.

Jak wygląda fala w domu dziecka? Co się działo po 21?

- Każdy chce pokazać jaki jest silny. Odnaleźć sobie słabszą osobę, na której będzie mógł pokazać reszcie grupie, że on tutaj musi coś znaczyć, że jest kimś ważnym, kimś silnym, do którego nie wolno nawet podchodzić. Większość robi to ze strachu. Atakuje słabszą jednostkę, pokazując, że on jest tutaj "zwierzak".

W jaki sposób?

- Fizycznie. Bije. To się zaczyna od zaczepki słownej. Jeśli jest z drugiej strony reakcja, trzeba się zastanowić, czy na pewno ta osoba jest taka słaba, jak mu się wydaje. Ale już musi iść za ciosem i dochodzi do starcia.

Ten rodzaj fali daje szanse wszystkim. Prawo dżungli, silniejszy wygrywa. Nie ma dostosowywania się na przymus, że wchodzisz w jakieś środowisko i musisz się dostosować. To twoje ryzyko. Jeśli nie chcesz się dostosować, musisz zawalczyć o to z najsilniejszym. Albo przegrasz, albo wygrasz.

Albo się dogadacie...

- Nie, bo to padło na forum i nie można okazać się słabszym na forum.

Miałeś 9 lat, to chyba miałeś marne szanse.

- Marne, ale na szczęście na mojej sali byli ludzie, którzy mieli 12-14 lat a nie 17-18, więc jednak jakieś miałem. W tym gronie używałem przemocy, tylko kiedy musiałem bronić siebie lub mojej siostry.

Bronić przed czym?

- Przed próbami dobierania się, molestowania.

Molestowania seksualnego?

- Tak.

Spałeś w nocy?

- Trudno jest zasnąć. Na początku jest bardzo trudno. Wszystkie sale były zamknięte na noc. W nocy jest dużo różnych pomysłów.

Jaką funkcję ma seks w domu dziecka?

- Chodzi o zaspokojenie swoich dzikich potrzeb. Chłopaków testosteron rozwala, jedyne miejsce, gdzie widzieli nagą kobietę, to jakieś pisemko. Bardzo dużo czasu spędzają w toalecie, więc kiedy wchodzi kobieta, to trzeba to jakoś wykorzystać. W męskim środowisku jest tak, że oni się napędzają. Jest adrenalina, stres, że nagle straci swoją pozycję, że jego sytuacja nie będzie już taka pewna. Muszą się cały czas pokazywać. A jakby dorwał jakąś kobietę, to miałby szansę się pokazać.

Wobec chłopaków również występuje molestowanie seksualne?

- Tak.

Wobec ciebie?

- Nie. Mnie na szczęście nie.

Byłeś świadkiem tego, że kogoś nadużyto seksualnie?

- Tak podejrzewam...kiedyś byłem w łazience... Toaleta wieczorna, rzadko tam wchodziłem pod prysznic. Kiedyś przyszedł nowy chłopak, najpierw był dla grupy ok, bo grupa go wykorzystywała. Przychodziła do niego jakaś rodzina, znajomi, przynosili mu papierosy, słodycze, pieniądze. Kiedy można było z niego coś wyciągnąć, to go wykorzystywali w taki miły sposób; ale po dwóch tygodniach, nie było już źródła papierosów i wyszło, że oni go naprawdę nie lubią. Jemu się wydawało, że jest kimś ważnym. Wszedł do łazienki wieczorem, wpadło trzech gości, to byli najstarsi, mieli po 15 lat, i bardzo dotkliwie go pobili pod prysznicem. Dalej już nie widziałem, ale .....były pogłoski, że wykorzystali go kijem od szczotki.

JESTEŚ JAK ZWIERZĘ PRZYPARTE DO MURU. I ZNIKĄD POMOCY

Czy ten chłopak zwrócił się o pomoc do wychowawcy?

- Nie. Jemu nawet nie przyszło to do głowy, bo wychowawca nie życzy sobie takich problemów. Gdyby to zrobił, wychowawca przekazałby to dalej - tym starszym, że on się skarży.

Znikąd pomocy?

- Nie. Tam broń się sam.

Nie było szansy, że zostanie odizolowany, przeniesiony, że go zabiorą stamtąd, że ktoś go będzie chciał ochronić?

- Nie spotkałem się z czymś takim, żeby ktoś kogoś odizolował z tego powodu. Ochronić? Musiałby 24 godziny na dobę z nim być, żeby go odizolować od grupy. Odizolować można kogoś na tydzień, na dwa tygodnie, ale w końcu musi wrócić. Mógłby wrócić do lżejszej grupy, otwartej, ale tam też w końcu dotrze informacja, że jest frajerem i sprzedał i tam też by go doszli.

Byłeś ostrym dzieckiem?

- Musiałem dorosnąć do sytuacji w danym momencie. Dorosłem już wcześniej, na ulicy, więc byłem wdrożony w temat. Na ulicy jest łatwiej, bo na ulicy uciekniesz przed sytuacją, która cię przerasta. Uciekniesz silniejszemu, jeśli jest taka potrzeba, a za zamkniętymi drzwiami nie. Jesteś jak zwierzę przyparte do muru. Zawsze będzie się broniło, nawet jeśli jest bardzo słabe.

Wiedziałeś, że musisz bronić siostry

- Tak, to było tam głównym celem. Często potrafiłem wyprzedzić sytuację, jak coś się działo na świetlicy, ktoś próbował kogoś wkręcić, oszukać.... To jest psychologia takich placówek, że w stadzie jeden na drugiego coś powie, jakąś plotkę walnie, albo go w coś wkręci...Chodzi o to, żeby człowieka wmanipulować w coś, co nie miało miejsca. Jeśli on źle zareaguje, może mieć tego konsekwencje, bo już wtedy nie tylko jednostka, ale i grupa może się na niego rzucić i ładnie go oprawić.

Jak się typuje ofiarę w grupie?

- Nie daj Boże, żeby się ktoś w czymś zawahał. Wystarczy jeden dzień słabości, którą reszta zauważy, i już będą tego konsekwencje.

W rankingu przemocy jakiej doznają wychowankowie domów dziecka, bardzo wysoko są kradzieże, niszczenie własności. Dzieci nie bardzo mogą mieć coś własnego, do czegoś się przywiązać.

- To jest na porządku dziennym, ale to najlżejsze ze złych rzeczy, które się tam dzieją. To normalne, że starszy przyjdzie do młodszego i będzie próbował zabrać mu to, co mu się podoba. Dalej sytuacja zależy od tego, jak się młodszy zachowa. Jeśli mu to da, będzie oficjalnym przysłowiowym lamusem, takim frajerem, którego się doi i który tam nic nie znaczy. Jeśli zaprotestuje, będzie musiał z nim walczyć. Wiadomo, że przegra, bo jest młodszy, mniejszy i słabszy, ale w oczach grupy zyska, bo się postawił i nie jest frajerem. Nie ma znaczenia czy przegra, tylko jak się zachowa, czy przyjmie te ciosy na siebie, posiadając dalej tzw. honor.

Chodzi o dominację, o władzę?

- Tak jak w środowisku zwierzęcym. Aby przetrwać, robią rzeczy, do których muszą się dostosować w tym miejscu.

WSZYSTKO, CO POWIESZ WYCHOWAWCY MOŻE BYĆ UŻYTE PRZECIWKO TOBIE

Czego się nauczyłeś w tych placówkach?

- Chyba tych wkrętów...że się kogoś w coś wrabia i musi sobie radzić. Wcześniej tego nie znałem. W normalnym świecie ludzie poznają się przez podanie sobie ręki, spojrzenie w oczy i jakąś rozmowę. W placówce ludzie poznają się w ekstremalnych warunkach: szybciej, mocniej. Jak ktoś nie rozumie, co druga osoba do niego mówi, to dostaje w mordę. Bo ta druga osoba myśli, że go obraził, albo go wkręca.

Ty też byłeś wkręcany?

- Tak. Reagowałem najprościej. Żeby ktoś się delikatnie mówiąc...odwalił. I albo była bójka, albo rozumiał i się odwalał.

Byłeś wysoko w hierarchii?

- Nie. Ja byłem takim neutralnym gościem, do którego niewiele osób chciało coś mieć. I ja starałem się nikomu nie szkodzić. A młodsi, którzy próbowali się jakoś wybić moim kosztem, to im się nie udało. Gdybym ja był tam sam, to mógłbym się nie obronić. Bo na mnie mi nie zależało. Ale ponieważ była ze mną moja siostra, wiedziałem, że muszę wszystko robić na maksa. Na maksa bronić siebie, bronić jej, bo jeśli coś mi się stanie, pójdę do szpitala, to ona zostanie w domu dziecka sama.

Jak się tam czułeś?

- Czułem się tam bardzo źle, bardzo osamotniony, bardzo słaby, bezsilny. Będąc tam sam, nie wiedziałem, jak się zachować, z kim gadać, kto nie będzie oszukiwać lub wykorzystywać. Trzymaliśmy się razem z siostrą. Musieliśmy.

Była tam jakaś osoba, jakiś psycholog, ktoś, kto by wam poświęcał czas, próbował nawiązać jakąś relację?

- Nie. Nie było tam takiej osoby, bo wychowawcom się nie ufa. Wszystko co powiedziałeś wychowawcy miało swoje konsekwencje, mogło być użyte przeciwko nam.

Po pobycie w pogotowiu opiekuńczym umieścili was w domu dziecka?

- Trafiliśmy do pseudonajlepszego domu dziecka w Warszawie, który okazał się jednym z najgorszych. Był "najlepszy", bo najbogatszy. Meble sosnowe, podłogi drewniane, kolorowe ściany, łóżka piętrowe na wypasie, ale jeśli chodzi o kadrę, był najgorszy.

Kadra gorsza od tej w pogotowiu?

- Chyba nie, bo miałem gdzie uciec i się schować. Nie było takiego reżimu jak w pogotowiu, że robisz rzeczy od godziny do godziny, a potem zamyka się krata i dzieje się, co się chce. Tu wychowawcy przychodzili głównie wypić kawę z koleżanką z grupy. Opieka czy jakakolwiek praca z wychowankiem nie istniała. Dziecko ma się ubrać, odrobić lekcje i zjeść posiłek. I to wszystko. Wychowankowie dalej mieli zajmować się swoim życiem.

PO PIERWSZE - NIE PRZESZKADZAĆ. WYCHOWAWCA CHCE MIEĆ SPOKÓJ

Ilu wychowawców miałeś?

- U mnie w grupie było troje. Dwie kobiety, jeden facet. Wychowawca próbował bardziej niż inni ingerować w nasze życie. Ale w ich środowisku jest tak, że taka jednostka również będzie szybko stłamszona, ponieważ jest tam polityka "nie przeszkadzać". "Jeśli będziesz się za bardzo zajmować, interesować i będziesz to mówił dyrekcji, to narobisz nam roboty. Po prostu bądź z nami solidarny i...daruj sobie".

We wspomnieniach byłych wychowanków domów dziecka pojawiają się dwa typy złych wychowawców: typ "służbista" i "pozorant", czyli człowiek niezaangażowany, to ta kategoria, o której mówisz. W raporcie Fundacji Dzieci Niczyje jest też "ranking kar". Według dzieci najbardziej dotkliwa, to odebranie możliwości pojechania do domu.

- Przepustki anulowane do odwołania, to podstawowa kara. Taki regulamin obowiązywał w obydwu domach dziecka, w których byłem. Najbardziej dotkliwa dla dzieci, których rodzice nie mieli odebranych praw rodzicielskich . Mnie to nie dotyczyło, bo moi rodzice nie mieli praw, więc nie miałem przepustek. Ja za karę nie mogłem wychodzić na dwór, na plac zabaw. Wtedy uciekałem na miasto, bo do domu nie mogłem.

Wymienione były też inne kary, na przykład zabranie kieszonkowego.

- Tej kary nikt się nie bał. Mieliśmy jakieś 30 złotych kieszonkowego na miesiąc. Te 30 złotych mogłem zarobić w ciągu dnia, coś ukraść.

A kiedy uciekałeś na te parę godzin, ktoś się orientował, że ciebie nie ma?

- Rzadko. Raz się zorientowali, bo uciekłem w porze obiadowej.

A kara polegająca na zabraniu obiadu? Znam taki przypadek ze Śląska, lekko opóźniony w rozwoju dziesięciolatek spóźnił się na stołówkę. Za karę został z niej wywalony.

- Wydaje mi się, że im dalej od Warszawy, tym ten repertuar jest bardziej bujny.

Dalej nie miałeś kontaktu z rodziną?

- Z rodzeństwem nie, zresztą nie zabiegałem o to. Matka rzadko przychodziła, częściej pijany ojciec. Wstydziłem się, że pijany przychodził i denaturatem śmierdzi, wiec brałem go na tył domu i tam siedzieliśmy pół dnia, aż przybiegł ktoś i zawołał na obiad. Ojciec był już wtedy bezdomny, bo matka go wypędziła z domu.

NIC OD CIEBIE NIE ZALEŻY. I JEDNA MYŚL: Z KTÓREJ STRONY PRZYJDZIE ATAK

Ile czasu byłeś w drugim domu dziecka? Czy tam też było drugie życie?

- Trzy-cztery lata. Oczywiście tam też było drugie życie i miałem te same problemy. Siostra była w pokoju z dziećmi w jej wieku, z dziewczynami i chłopcami. Jeśli chodzi o molestowanie seksualne, to tego jeszcze nie robili, raczej chcieli ją bić. Ale ona już się nauczyła...od szóstego roku życia w domu dziecka, była weteranem, umiała się już bardzo dobrze bić, nie dawała sobie w kaszę dmuchać.

Ja byłem w pokoju z człowiekiem, który był moim prześladowcą w domu dziecka. Był starszy i uważał, że pokój w którym mieszkaliśmy, należy do niego. Rok mnie prześladował, ale się zorientował, że robi sobie obciach, bo czego by ze mną nie zrobił, to ja i tak się na niego rzucę. Wiadomo było, jaki będzie finał, że tak mocno dostanę, że już nie wstanę, ale to był duży obciach, kiedy odpycha się dziecko, uderza w twarz, a ono leży na ziemi i jeszcze gryzie po kostkach. Próbował mnie okradać, bo przychodzili do mnie i do siostry ludzie z fundacji, którzy się nami opiekowali. Po ich wizycie zawsze grzebał w moich rzeczach. To się kończyło bijatyką. Ostatnio go spotkałem na dworcu centralnym, poprosił mnie o papierosa, był kompletnie naćpany. Zapytałem, czy mnie pamięta, bo wtedy w domu dziecka obiecałem sobie, że jak dorosnę, to go zabiję. Kiedy go spotkałem, żył z kradzieży. Uznałem, że los go rozliczył i agresja mi przeszła.

Dużo się też działo na stołówce, bo tam był telewizor i tam bardzo dużo było zajść, jeśli chodzi o przemoc fizyczną. Pamiętam sytuację, kiedy rzuciłem się na psychicznie chorego "kulturystę". To był największy facet w placówce, jako jedyny miał swój pokój, nikt z nim nie mieszkał. Moja siostra kiedyś usiadła na jego krześle, bo nie wiedziała, że to jego miejsce. Przyszedł i zrobił jej tzw. stereo, czyli z całej siły stojąc za nią uderzył w uszy dwiema rękami. To jest bardzo bolesne. Siedziałem za nim i nie wiedziałem, jak się za niego zabrać, bo on był naprawdę wielki. Ale mieliśmy takie ciężkie drewniane krzesła, ledwo je udźwignąłem i zdzieliłem go w plecy, z całej siły. Przeniósł uwagę z mojej siostry na mnie i wtedy latałem po ścianach. Dosłownie. Ale sprawa siostry została załatwiona i z nim też jako tako żyłem. Później kazał mi ze sobą chodzić na siłownię...

Szanował cię.

- To był swego rodzaju szacunek, bo już bez powodu mnie nie atakował. To miało jeszcze jedną dobrą stronę - można było go poprosić o pomoc, jak miał dobry dzień.

A wychowawcy nie reagowali?

- Wychowawcy byli zajęci swoimi sprawami.

No ale jak się ktoś z kimś bił, to chyba ktoś reagował...

- ...ale mogli przecież nie usłyszeć, być na końcu domu (śmiech).

Tu też była przemoc seksualna?

- Tak, kiedyś na wyjeździe w pokoju...to nie było fizyczne przymuszenie, ale takie niby "dla żartów". Inne chłopaki wykorzystały chłopca. Namówili go, w 3-4 osoby : "chodź, weźmiesz w usta, do ręki". Wszyscy z pokoju wykorzystali tego jednego chłopaka. Ale takiego ostrego gwałtu chyba nie było. Za to wielka przemoc fizyczna, dotkliwe pobicia, krew się lała.

Co wtedy robili wychowawcy? Przecież trzeba zawiadomić policję, prokuraturę...

- Policja, prokuratura ...? (śmiech). Za takie rzeczy, to dzieci do biduli zabierają. Ale w drugą stronę to już nie działa. Sprawy załatwiało się hermetycznie, w środku, "na miejscu".

WYCHOWAWCA NAM POŻYCZAŁ NA NARKOTYKI

Z raportu Fundacji Dzieci Niczyje płynie wniosek: świat wychowawców i wychowanków to dwa różne światy. Na przykład wychowawcy mówią, że "zawsze interweniują", a wychowankowie mówią, że w bidulu są równie często ofiarami przemocy, jak w rodzinnych domach.

- Wychowawcy mówią to w swojej obronie. A z domu rodzinnego można uciec. W mojej rodzinie radziłem sobie jakoś, przy pomocy zaprzyjaźnionej fundacji, która działała na moim terenie. Od tych ludzi uczyłem się jakiegoś życia w społeczeństwie, to była chwila spokoju, odpoczynku, kiedy spotykaliśmy się na organizowanych przez nich obozach lub wycieczkach.

Czy jak byłeś w domu dziecka miałeś poczucie, że coś od ciebie zależy?

- Nie, kompletnie nie. W tym drugim domu dziecka było mi już wszystko jedno. Miałem myśli samobójcze, miałem już wszystko gdzieś. Cały czas myślisz, z której strony przyjdzie atak. Trzeba było pozbyć się ludzkich odruchów, trzeba było się zatracić, żeby popłynąć z tą samą falą. Nic nie było zależne od jednostki.

Nie było tam nikogo, komu by na was zależało?

- Nikogo w środku. Do mnie i siostry przyjeżdżała kobieta z fundacji, która okazywała nam zainteresowanie. Pamiętam, że miałem sny, że zabiera mnie na weekend do domu. I rzeczywiście - zabierała nas najpierw na jakieś wyjścia na miasto, a później na całe weekendy.

Następna placówka też była zła?

- Drugi dom dziecka, w którym byliśmy, był pięciogwiazdkowym hotelem, w porównaniu z innymi placówkami. Jak tam trafiłem, to nie dowierzałem. Wystrój placówki był fatalny, trafiały tam najcięższe przypadki, na przykład chłopak, który był molestowany seksualnie przez rodziców. Ale opiekunowie z mojej grupy traktowali to miejsce jak drugi dom. Widać było duży nakład ich pracy, przychodzili naprawdę pracować, byli ambitni. Oczywiście podwójne życie było, bo wychowawcy wychodzili i wtedy radziliśmy sobie sami. Manipulowaliśmy nimi, okradaliśmy, wykorzystywaliśmy to, że w nas wierzą.

Dziękuję im za to, że dawali się oszukiwać, ale nadal wierzyli. Dawali nam szanse i teraz to procentuje. Nie mieszkam na dworcu, nie jestem bywalcem ulicy. Pamiętam jedno bardzo mądre, proste zdanie wychowawczyni. Kiedy wychodziłem z domu dziecka, to kradłem. To była tzw. "dziesiona", czyli "dawaj, bo jak nie, to wp...". Wychowawczyni po prostu zapytała "jak byś się poczuł, gdyby ciebie to spotkało?".

Chociaż i tam znalazła się czarna owca. Na troje wychowawców, którzy byli w mojej grupie, jeden był według nas bardzo fajny, bo niczego nie oczekiwał (śmiech). Przychodził, zamykał się w swoim pokoju, załatwiał jakieś sprawy telefoniczne. On był tą czarną owcą, nawet na narkotyki pieniądze pożyczał.

Pożyczał wam pieniądze na narkotyki?! Wiedział na co je wydacie?

- Oczywiście nikt mu tego wprost nie powiedział, ale wiedział. Żartował sobie - "masz tu trzy dychy, najaraj się i spadaj".

Skąd mieliście narkotyki?

- Zawsze się jakiś dealer kręci w pobliżu. Akurat ten dom dziecka był na osiedlu, więc nie było problemów, amfetamina była na porządku dziennym. Tam miałem taki okres, kiedy dość dużo tego brałem.

Miałeś szczęście, że nie trafiłeś do poprawczaka.

- Poprawczak był o włos. W ostatniej chwili skręciłem w tę drugą stronę.

TO ZEPSUTY SYSTEM, OD POCZĄTKU

Teraz pomagasz dzieciakom z domu dziecka.

- Jestem wolontariuszem, takim tłumaczem "z polskiego na nasze". Wychowawcy mówią językiem, którego dzieciaki nie rozumieją, a ja tłumaczę: "bądź w porządku, to ktoś inny też będzie w porządku".

Masz większy posłuch niż wychowawcy?

- Myślę, że tak.

Jaka jest twoja opinia o domach dziecka?

- Ten system jest zepsuty od początku. Opieka społeczna, szkoła idą na skróty i podejmują złe decyzje - chodzi o oddawanie dzieci do domów dziecka. Zamiast pomóc rodzinie, której da się pomóc, zabierają dzieci. A główną przyczyną problemów jest brak pieniędzy, brak wykształcenia rodziców, żeby mogli iść do pracy, z której zarobią na utrzymanie. Nie mówię o kokosach, tylko żeby mieli chleb, obiad w domu, chociaż z jednego dania. Gdyby system opierał się na pomocy, a nie na spychologii: "nie da się - do domu dziecka", w placówkach byłoby o połowę mniej dzieciaków.

Myślisz, że twojej rodzinie dałoby się pomóc?

- Moja rodzina była bardzo ciężka. Pamiętam takie przebłyski...moja mama często się załamywała, że czemuś nie podoła, alkohol tam rządził. Przy dużym nakładzie pomocy myślała o tym, żeby pójść do pracy. Nawet popracowała chwilę, dwa - trzy miesiące...To musiałaby być większa pomoc, nie tylko i wyłącznie zasiłki.

Twoi rodzice też byli w domach dziecka?

- Oboje byli w placówkach. Mama długo, ojciec krócej, potem go ktoś adoptował, więc miał trochę lepiej. Mama była niechcianym dzieckiem, jako jedyna z rodzeństwa została oddana do placówki. W domu dziecka ją zgwałcono, doznała wielu dotkliwych szkód. Kiedyś była pijana. Nie na tyle, żeby pójść spać, ale na tyle, żeby mi o tym opowiedzieć.

W naszym domu rządził alkohol, rządziła patologia. Rodzice byli nauczeni takiego życia, nie mieli nam w zasadzie nic do przekazania.

Ty idziesz już inną drogą.

- Idę zupełnie inną droga, ale są rzeczy, które się daje podświadomie. Nie wiem, ile z moich rodziców przyjąłem na siebie. Na pewno nie jestem człowiekiem, który nadmiernie pije. Mam duże poczucie sprawiedliwości, wiem co jest złe.

Sam kierujesz swoim życiem?

- Teraz już tak.

Andrzej ma dziś 24 lata. Jego rodzice i starszy brat są w więzieniu. Niemowlę, po rocznym pobycie w domu dziecka, zostało adoptowane. Andrzej nie ma z nim kontaktu, nie wie gdzie jest. Siostra została matką w wieku 17 lat, teraz jest na zasiłku pomocy społecznej. Andrzej skończył szkołę zawodową, później zdał maturę. Pracuje zawodowo, planuje studia - resocjalizację. Jako wolontariusz pomaga dzieciom w domu dziecka.

Imię bohatera i kilka szczegółów mogących ułatwić identyfikację Andrzeja, zostały zmienione.

Zobacz także
  • Michał, pedagog z domu dziecka, nie chciał pokazać swojej twarzy Pedagog z domu dziecka: Zasada nr 1 - tutaj dziecko się nie liczy
  • Siostra Małgorzata Chmielewska Ja się pytam: Kto tu popełnia przestępstwo?!
  • Kamila ma 15 lat, żyje w bidulu 15 lat, 160 cm wzrostu i ok. 40 kg. W bidulu leczyli ją gripexem
Komentarze (126)
"Cały czas myślisz, z której strony przyjdzie atak." O życiu w domu dziecka
Zaloguj się
  • rosa_de_vratislavia

    Oceniono 15 razy 15

    Trzymaj się Andrzeju! Gratulacje,że przy takim życiowym doświadczeniu chcesz się uczyć i że pomagasz innym. POWODZENIA!

  • ma7da

    Oceniono 13 razy 13

    Chylę czoła Andrzeju. Powodzenia, jesteś niesamowity.

  • bling.bling

    Oceniono 13 razy 13

    Dopiero dziś dyskusja o bezsensowności istnienia bidulów? Było Rodzić Po Ludzku były inne akcje ale instytucja Domu Dziecka to największa i najbardziej przerażająca spuścizna po komunie niegodna współczesnego społeczeństwa. No ale wielotysięczna kadra żyjąca z nieszczęścia dzieci nie odpuści łatwo

  • piniorekxx

    Oceniono 14 razy 12

    Najgorsze jest to, że podana wersja jest "miękką" wersja tego jak tam jest.
    Od pewnego czasu rozmawiam z chłopakiem z bidula którego zgwałcono w wieku 9 lat.
    Jest też tzw. ustawka, gdy chłopak cały dzień (wychowawca "nie zauważa") siedzi w ubikacji i obsługuje przychodzących kolegów.
    A kieszonkowe 30 zł/miesiąc skutkuje tym że kradną lub świadczą "komercyjne" usługi seksualne.
    Przez niego poznałem rożnych innych i włos stanął mi na głowie.
    To czego się dowiedziałem nie mieściło się w moim umyśle czy zdolności zrozumienia.
    A o tzw. "poprawkach" tj. zakładach poprawczych i istniejącym tam cw...eniu" lepiej nie wspominać, jeśli nie chce się wymiotować.
    Z jednej strony piękne hasła a z drugiej wstrząsająca rzeczywistość jak np. wychowawca uprzedza nowego wychowanka że będzie gwałcony i by go nie wzywał, "bo i tak nie przyjdzie". Mamy katolicki kraj bez chrześcijan.

  • hugow

    Oceniono 11 razy 11

    65oo zł na jedno dziecko z domu dziecka? To nie taniej pomóc rodzinie aby stanęła na nogi???

  • 123waz

    Oceniono 8 razy 8

    DOMY DZIECKA to wspaniała wyżerka dla tysięcy bezdusznych wychowawców,którzy odwalaja 8 godzin przy kawce z koleżanką i zostawiaja dzieciaki samym sobie. Oskarżam cały system,który dał na stracenie te tysiace bezbronnych dzieci, w szpony bezlitosnego systemu,bezlitosnych ludzi i zboczonych typów.

  • tajemniczy_don_pedro

    Oceniono 8 razy 8

    To nie jest "pójście na skróty i złe decyzje". To jest przemysł, wysysający z budżetu pieniądze na krzywdzie dzieciaków.

  • myszos

    Oceniono 8 razy 8

    przerażające...z drugiej strony takie horrendalne kwoty jak 2,5 -6,5 tys na dziecko w domu dziecka, gdzie ma jeszcze gorzej niż na ulicy??? to jest skandal

  • thegreatmongo

    Oceniono 7 razy 7

    Przerazajace... najgorsze, ze to wszystko wyglada na cos co mozna latwo rozwiazac....

    Naprawde nie mozna podzielic tych dzieci na male pokoje? Jakies kamery zainstalowac?

    Mam wrazenie, ze to bylo pisane z domu dziecka w afganistanie....

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny

Polecamy