Pedagog z domu dziecka: Zasada nr 1 - tutaj dziecko się nie liczy

Michał, pedagog z domu dziecka, nie chciał pokazać swojej twarzy

Michał, pedagog z domu dziecka, nie chciał pokazać swojej twarzy (Fot. Adam Burakowski)

- Przemoc psychiczna polega na ?ja ci udowodnię, kto tu ma moc?. Na znęcaniu się. Na naruszeniach sfery prywatności. W placówce to łatwe. Dzieci z domów dziecka swoje największe skarby trzymają w łóżkach. Pod pozorem przeprowadzki robi się kipisz w łóżku dziecka, bez jego zgody i wiedzy. Wraca i nie znajduje już swego kąta, łóżka, swoich skarbów. Ono w ogóle się nie liczy w tej sytuacji - mówi Michał, pedagog w domu dziecka.
Po publikacji poruszającej rozmowy z Andrzejem , wychowankiem domów dziecka, zgłosił się do nas Michał, od dwóch lat pracujący w domu dziecka na Pomorzu. Zdecydował opowiedzieć jak z jego perspektywy wygląda instytucjonalne wychowanie.

Anna Wacławik-Orpik: Co się dzieje z dzieckiem, które trafia do domu dziecka?

Michał, 32 lata, pedagog w domu dziecka na Pomorzu: - To potworne zaburzenie poczucia bezpieczeństwa. Czasami dziecko wyje w nocy, moczy się, woła matkę. Jest przerażone hałasem, tyloma nowymi osobami na raz. Dzieci często uciekają od dotyku, kontaktu, od jakiejkolwiek interakcji. Są takie, które mówią wprost "mam was w dupie", są agresywne albo bardzo przygnębione. Inne na początku łatwo wchodzą w grupę rówieśniczą. Dziecko bawi się, myśląc, że to takie kolonie. Dopiero po czasie zaczyna docierać do niego, że nikogo bliskiego tu nie ma, a kolonia się nie kończy. Są też dzieci, które bardzo potrzebują kontaktu, chcą się przytulać.
Ale najgorzej, jak dzieci przychodzą nie z domu, ale z pogotowia opiekuńczego. To katastrofa.

Dlaczego?

- Przychodzą przerażone. Wcześniej, w pogotowiu, pobite, dręczone, boją się, że tutaj też tak będzie. Od razu pytają z kim będą w pokoju i ile ta osoba ma lat. Są też inne, wytrenowane w życiu placówkowym. Uważają, że agresja, to jedyny sposób na życie, że dręczenie słabszych, okradanie, niszczenie, nie niesie za sobą konsekwencji. Wszyscy pytają jacy są wychowawcy.

Andrzej, chłopak, z którym rozmawiałam o jego wstrząsającym dorastaniu w warszawskich placówkach też mówił, że dzieci głównie interesowało, jaki wychowawca będzie na dyżurze, jaki na noc i o której wychodzi.

- To kluczowa rzecz. To tak jakbyś szła na imieniny do cioci, którą lubisz, albo której nie znosisz. Chodzi o wyczucie, jaki dziś będzie klimat na grupie, klimat w jakim spędzimy dzień. To wychowawca nadaje ton dnia, popołudnia, wieczoru. Czy to będzie dzień ciszy i chodzenia na baczność, czy to będzie taki normalny dzień kiedy można pobiegać, poszaleć, nawet się poszturchać, ale będzie można normalnie, głośno oddychać.

METODA WYCHOWAWCZA: DZIECI MUSZĄ SIĘ KOGOŚ BAĆ

Dzieci w placówkach dzielą kadrę na różne kategorie. Poza oczywistym podziałem na wychowawców dobrych i złych, są podgrupy. Ci źli dzielą się na obojętnych albo przemocowych, którzy zajmują się "musztrowaniem" wychowanków.

- Wychowawcy, którzy potrafią w domu dziecka wymusić ciszę i rygor są bardzo dobrze punktowani. To są tzw. wychowawcy wydolni wychowawczo.

Jakich metod używają, by osiągnąć efekt ciszy?

- Różnych. Głównie jest to przemoc psychiczna, bo na fizyczną nie ma już takiego przyzwolenia, więc nie posuwają się daleko. Ale w naszym domu dziecka są i tacy wychowawcy.

Biją w twarz?

- Nie, w twarz nie. "Karczycho", tyłek, szarpanie.

Mężczyźni czy kobiety?

- Bez różnicy. To kwestia osobowości, ich własnego wychowania, metod, jakie były stosowane w rodzinnym domu. Wiele osób w domu dziecka ma ze sobą duże problemy i sami powinni poszukać psychologicznej pomocy .

Starsze pokolenie czy młodsi pracownicy?

- Nie chodzi o to, kto kiedy się urodził, tylko o to, ile czasu pracuje w domu dziecka i co wyniósł z własnego domu.

Na mocy ustawy o przeciwdziałaniu przemocy

- ..gdyby ją zastosować, to z naszego domu dziecka dzieci powinny być pozabierane. Na ulicy już się nie bije dzieci, bo jeszcze ktoś się przyczepi. Ale potem wraca się do placówki i robi się parę strzałów "bo byłeś niegrzeczny i wybiegłeś na ulicę". Nie: "ja nie dopilnowałem, bo nie trzymałem cię za rękę", tylko "ty byłeś niegrzeczny bo masz 3 lata i śmiałeś wybiec na ulicę". To jest po prostu ukrywane.

Mówiłeś też o przemocy psychicznej. Na czym ona polega?

- Na "ja ci udowodnię, kto tu ma moc". Na znęcaniu się. Ciągłym udowadnianiu, że dziecko nie ma racji. Na naruszeniach sfery prywatności. W placówce to łatwe. Na przykład pod pozorem przeprowadzki robisz kipisz w łóżku dziecka. Nie wiem, czy wiesz, że dzieci z domów dziecka swoje największe skarby trzymają w łóżkach. Byłem świadkiem sytuacji, kiedy bez zgody i wiedzy wychowanka został on "przeprowadzony" do innego pokoju. Wrócił do placówki i nie znalazł już swojego kąta, swojego łóżka, swoich skarbów. On w ogóle nie istniał, nie liczył się w tej sytuacji. A kiedy interweniowałem, było jeszcze gorzej, bo zaczęła się niema wrogość. Do mnie i w stosunku do dziecka. Taki mobbing, za moją interwencję. To był mój podopieczny, z którym pracowałem, bo miał problemy ze szkołą. Ale kiedy poszedłem do dyrekcji usłyszałem, że "pani X jest bardzo dobrym wychowawcą, a chłopak po prostu miał bałagan". Takie cyniczne urabianie dzieciaka, że nie ma żadnego nadużycia, tylko pani chciała go ustawić, bo nie słuchał. Wszystkie te "działania" są jakoś uzasadnione. A tak naprawdę wszyscy wiedzą, co tu jest grane. Pani X należy do tej grupy wychowawców, która wyznaje zasadę "dzieci muszą się kogoś bać". To jest metoda wychowawcza.

WYCHOWAWCZY MIKS - ROZDZIELIĆ RODZEŃSTWO

A inne metody wychowawcze?

- W jednym pokoju mieszkało rodzeństwo chłopców. Bali się wszystkiego, nie chcieli spędzać czasu z innymi dziećmi. Mieszkali sobie razem i jakoś to szło. Tymczasem w starszej grupie, w innym pokoju, było dwóch chłopców, w tym jeden przemocowy, którzy zaczęli sprawiać problemy, uciekać itd. Więc zamieniono w pokojach te dzieci - jeden starszy zastąpił jednego młodszego, którego z kolei dokooptowano do pokoju drugiego ze starszych chłopaków. Przy okazji rozdzielono rodzeństwo. Taki "wychowawczy" miks. A wszyscy w placówce wiedzieli, że ten starszy chłopak znęca się nad młodszymi dziećmi. I mimo to trafił do pokoju z kilka lat młodszym maluchem, który bał się własnego cienia .

Czemu to ma służyć?

- To pokazuje temu dziecku, że ono nic nie znaczy, że nie ma nic do powiedzenia, nie ma nic swojego, nie ma nic stałego. Bo jest ktoś silny, kto mu powie co i jak ono ma robić, kiedy jeść, kiedy spać i jakie majtki ma dziś założyć. Takie łamanie dzieciaka. Rozumiem, że dzieci są trudne i trzeba sobie z nimi jakoś radzić, ale to są stricte przemocowe metody.
W domu dziecka często stosuje się różne roszady, przenosi się dzieci z pokoju do pokoju, z grupy do grupy. Są więc takie dzieciaki, które w ciągu paru miesięcy trzy, cztery razy zmieniły łóżko, pokój, bezpośrednich opiekunów. Niby drobiazg, ale to bardzo zaburza poczucie bezpieczeństwa. One muszą się ciągle od nowa adaptować: do nowych kolegów, do nowych pań. Są też wielokrotnie przenoszone do różnych placówek. Mam może jedno, albo dwójkę dzieci, które nie były wcześniej w innych placówkach.

Jak działają na dzieci takie metody?

- Jest z nimi spokój, to znaczy wychowawcy mają spokój, bo już inne dzieci nie. Takie dzieciaki, jak są 10, 12 lat w domu dziecka, wychodzą z niego tak strasznie przesterowane, że nie potrafią samodzielnie podjąć żadnej decyzji. Są zupełnie puste. Inne dzieci potrafią powiedzieć o czym marzą, kim chcą być. A te, złamane po wieloletnim pobycie w domach dziecka, nie potrafią nawet powiedzieć, czy chcą mieć w pokoju niebieskie czy zielone zasłonki. Nikt im nie daje możliwości podejmowania decyzji. Teoretycznie nikt w to nie ingeruje, ale przerzucanie za karę dziecka z pokoju do pokoju bo było niegrzeczne? Czy w domu tak jest? Czy za karę przerzucasz dziecko z pokoju do przedpokoju?

Czyli dzieci zabrane z domów rodzinnych z powodu panującej tam przemocy trafiają do domów dziecka, gdzie przemoc - psychiczna, czy fizyczna - jest metodą wychowawczą?!

- W placówkach dobro dziecka nie jest wartością nadrzędną. Dziecko "robi problemy", więc mówi się, że jest podłe, złe i kłamliwe. Nikt nie wnika, że ono z jakiegoś powodu takie się stało. Jak można obarczać je winą za to, jakie jest?
Tylko te dzieciaki, które są silne i mają swojego opiekuna, czyli kogoś, kogo ujęły na tyle, że się nimi zaopiekował, one mają coś stałego. Ale te, które są dłużej, są słabsze te są już spacyfikowane. Dla mnie to coś absolutnie szokującego, że obciąża się dziecko decyzją, czy chce być w placówce, czy w rodzinie adopcyjnej, zastępczej, a nie pozwala mu się decydować, w którym pokoju chce mieszkać i na kogo będzie patrzeć po obudzeniu się rano. To jest kuriozum.

DZIECI "ALKOHOL-PRZEMOC" I KŁOPOTLIWE NASTOLATKI

Czy w ogóle są dzieciaki, którym pobyt w takiej placówce służy

- Mamy dzieciaki starsze, które długo były w rodzinnym domu. Jeśli w domu było pole bitewne, to po pewnym czasie doceniają, że tu jest względny spokój. Przyzwyczajają się, potrafią z tego korzystać. Z domem utrzymują kontakt, ale swój kawałek kąta mają tu: "cudownie nie jest, ale dopóki chodzę tak jak trzeba, nic mi tu nie grozi". To bardzo adaptacyjne. To dzieci z grupy, którą umownie nazywam "alkohol-przemoc" i one zazwyczaj nie mają ochoty wracać do domu.
Ale jest też druga, duża grupa takich, które kończą osiemnastkę, i pierwsze co robią, to natychmiast jadą do domu. To zwykle dzieci, które trafiają do nas w wieku gimnazjalnym. Ich rodziców uznano za "niewydolnych", bo sobie nie radzili z dorastającym nastolatkiem. One zawsze jeżdżą na weekendy do domu, a tutaj pilnuje się, żeby chodziły do szkoły. Po prostu bidul pełni funkcję szkoły z internatem. Te od razu pakują się i jadą do tego "strasznego" domu, z którego podobno musiały być zabrane. Czasem nawet się nie żegnają.

To są dzieci z ubogich rodzin?

- Ubóstwo jest normą i w jednej i w drugiej grupie. Ale mamy też dzieci odebrane wyłącznie z biedy. Na przykład rodzeństwo - troje dzieci - już wróciło do domu . Mama jest trochę niezaradna, ale absolutnie niezagrażająca. Tata prowadził dom...Były u nas ponad rok.

Jak wyglądał ten rok?

Cały czas czekały na mamę. Mama zawsze przyjeżdżała na widzenie, zawsze zabierała je na weekendy do domu. Potem je odwoziła, a one siedziały w oknie i machały jej na do widzenia.

Jak to znosiłeś?

- Patrzenie na dziecko, które siedzi w oknie i próbuje jeszcze dojrzeć matkę za rogiem . To nie jest najlepszy widok na świecie. Chłopak, najstarszy, trzymał jakoś fason, ale te młodsze dziewczynki odliczały dni i godziny do każdych odwiedzin, do każdego weekendu. Pocieszały się nawzajem. Nigdy nie płakały w obecności innych dzieci. To niesamowite, jakie wsparcie te dzieci dostawały od rodziców. Ta rodzina mimo wszystko trzymała się razem.

Dlaczego to rodzeństwo w ogóle zostało zabrane rodzicom?

- Też nie rozumiem dlaczego takie dzieci trafiają do biduli. To absurd. One dostawały w rodzinnym domu wszystko, co było im potrzebne od rodziców - materialna strona była bez znaczenia.

Pamiętasz inne, trudne dla ciebie momenty?

- Jest ich dużo. Czasem mam dyżury wychowawcze w zastępstwie. Kiedyś miałem najmłodsze dzieci pod opieką i nagle dziecku wyrywa się do ciebie..."tato". To jest absolutnie koszmarne. Minimum troski, minimum poczucia bezpieczeństwa i jemu się coś takiego wymsknęło, mimo że nie ma mnie codziennie na grupie.

KARA: ZAKAZ KONTAKTÓW Z RODZINĄ

Jest różnica między dziećmi, które trafiają do was z innych placówek, a tymi, które są przywożone bezpośrednio z domów lub szkoły?

- Dzieci z rodzin, gdy wpadają w grupę rówieśniczą, są zaskoczone zasadami jakie tu panują, tzw. drugim życiem. To dla nich kompletnie obca rzeczywistość. Tu jest cały czas walka w grupie, jak w stadzie: musi się ustalić hierarchia, muszą zdobyć akceptację lidera, nawet jeśli lider ma lat 7. Można próbować te grupowe procesy rozbijać, ale nie da się tego uniknąć.

Jak sobie radzą: z przemocą, z regułami stada?

- Nie mogą wyjść na frajerów, donosicieli. Muszą sobie poradzić tak, żeby chronić siebie i żeby było im możliwie dobrze. Im młodsze, tym szybciej uczą się strategii. Nabywają umiejętności, typowych dla "placówkowych dzieciaków". Potrafią tak manipulować dorosłymi, kadrą, że zupełnie wymykają się z ram wychowawczych. Jeden wychowawca nie pozwala oglądać telewizji, to dziecko poczeka na drugiego i wymusi to, czego chce. Bo drugi nie przeczytał w zeszycie, albo uznał, że poprzednik głupio zrobił. Poza tym dzieci wszystko przekładają na rzeczy materialne. Robią coś, żeby dostać coś. To im zapewni pozycję w grupie, a ta z kolei pozwoli robić to, co chcą.

Wychowawcy wiedzą, że jest drugie życie, rozmawiają o tym, chcą coś z tym robić?

- Opowiem ci historię Wojtka z mojej placówki. Pewien siedmiolatek ciągle wędrował po grupach, bo ciągle były jakieś zmiany w pokojach. W końcu trafił do pokoju z 11-letnim Wojtkiem, chłopcem bardzo inteligentnym, mocnym w placówkowym życiu. Takie dzieci zazwyczaj aktywnie się bronią. Wojtek w swoim pokoju prowadził swoje rządy, było dla niego normalne, że ten mały ma robić to, co on chce. Mały się skarżył. Kadra rozwiązała problem w ten sposób, że do pokoju 17-letnich chłopaków wstawiła dodatkowe łóżko i przeniosła tam Wojtka. Usłyszałem, że jak tam trafi, to raz-dwa dostanie i szybko zacznie chodzić jak w zegarku. Nie miałem nic do powiedzenia.

A jak wyglądają kary jawne, te z regulaminu?

- Zależy za co. Są szlabany na wyjście w ciągu dnia, zabranie telefonu, kieszonkowego, zakaz pojechania do domu na weekend.

Ta kara jest uważana przez dzieci za najbardziej dotkliwą?

- Zgadza się. One w weekendy odpoczywają. Jeśli mają dom taki, który nie zagraża i czują się tam bezpiecznie, więź z rodziną jest pozytywna, to jadą po to, żeby naładować akumulatory na kolejny tydzień.

Prawnicy, z którymi rozmawiałam twierdzą, że ta kara jest łamaniem praw zarówno dzieci jak i rodziców, bo tylko sąd ma moc orzekania o kontaktach rodziców z dziećmi.

- Placówka informuje rodziców, że chce ukarać dziecko takim zakazem. Nie wiem, czy rodzice wiedzą, że mogą się sprzeciwić.

DRUGIE ŻYCIE KADRY - PORACHUNKI DOROSŁYCH ZA POMOCĄ DZIECI

Gdzie przebiega granica pomiędzy tym co nie jest możliwe do zrobienia a tym, czego się nie robi, bo jest wygodniej, bo się nie chce

- ...bo jest się wypalonym. Nawet jak zdarzają się w domach dziecka ludzie, którzy lubią dzieci, mają serce, to zazwyczaj ładują wysiłek w jakieś jedno konkretne dziecko. Zakasują rękawy i pracują z dzieciakiem jak się tylko da, poświęcają mu czas, uwagę. Przy tym, co oczywiste, zaniedbują inne, bo chcą uratować to jedno. A potem coś się dzieje, dziecko nie radzi sobie, nie wytrzymuje, ucieka i z nich schodzą te siły. Poza tym taka praca indywidualna nie jest premiowana. Nikt tych wysiłków nie wspiera. Tak jak w szkole - są premiowane oceny, wyniki. A nie wysiłek w materii, w której bardzo trudno o spektakularne sukcesy. Ludzie się wypalają z niemocy. System temu sprzyja.

Czytałam regulaminy domów dziecka, gdzie jest tyle napisane o prawach wychowanków, że można by je złotymi zgłoskami wybijać na siedzibie UNICEFU.

- Da się zrobić przyzwoitą placówkę. Mój znajomy ze studiów w takiej pracuje . Tam podejmuje się decyzje z szacunkiem dla wychowanków: bardzo dużo jest w ich rękach, wiele reguł ustalają sami. Wszystko zależy od tego, kto pracuje w placówce. U nas też jest samorząd, bo musi być ale co z tego.

Próbowałeś to zmieniać?

- Próbowałem.

I co?

- Dyrekcja lubi jak się przychodzi i opowiada, że ktoś się spóźnił, albo czytał książkę w pracy, ale interwencje merytoryczne są odczytywane przez dyrektora jako "uderzanie w placówkę".
Część kadry traktuje to jak donos, a część wspiera, mówiąc "fajnie że to zrobiłeś, bo my nie mamy odwagi". A wychowawczyni, której dotyczyła interwencja, zaczęła budować koalicję przeciwko mnie z innymi wychowawcami. To taki wymiar drugiego życia wśród kadry. Ale przede wszystkim czekano na to, aż dziecko, za którym się ująłem, się potknie. Czasem się takie potknięcie prowokuje.

To jest broń .?!

- Tak. Po to, by można było "udowodnić", że takie "liberalne" podejście do dziecka nie skutkuje. Wyczekano, aż chłopakowi się coś nie uda, co oczywiście nastąpiło. To jest uderzenie we mnie.

Miało cię oduczyć zajmowania się tym chłopakiem?

- Musiałem się zastanowić, jak bardzo mogę się angażować, żeby nie zaszkodzić. Żeby nie było tak, że mnie nie będzie w placówce, albo działania będą tak perfidne, że nie dam rady go ochronić. I jego i innych dzieci, które są pod moimi skrzydłami. Pracowałem z inną wychowanką, po jakimś czasie udało się nawiązać kontakt. To było pierwsze dziecko, które uderzyło mnie taką absolutną pustką. W niczym nie widziała sensu. Jak jej wychowawczyni zorientowała się, że ona przychodzi do mnie na regularne spotkania, jej sytuacja na grupie się pogorszyła. Taki sygnał: "trzymasz nie z tym z kim trzeba". Nagle, za drobną sprzeczkę z inną dziewczynką, odebrano jej przepustkę do domu. To było niewspółmierne do sytuacji i mocniejsze od kar, jakie zwykle dostawały inne dzieci.

To obrzydliwe.

- Ale skuteczne. Od tamtej pory nie przyszła do mnie na spotkanie ani razu. Ja nie mogę jej już pomagać, dziewczynka wypadła z kontaktu, przerwała to jej wychowawczyni. Oczywiście wszystko odbyło się w szarej strefie, bo oficjalnie nikt nikomu nie może niczego zarzucić.

Bardzo trudno walczyć z czymś takim.

- Rozgrywki dzieciakami to standard w placówkach. W sytuacjach konfliktowych nie ma starcia wprost. Wszystko odbywa się za plecami i rozgrywa na poziomie dzieci. Są używane do załatwiania porachunków między dorosłymi.

NAJWAŻNIEJSZY JEST ZESZYCIK. O EFEKTY NIKT NIE PYTA

Czy wasz zespół ma superwizje?

- Nie i to jest kuriozum. Próbowaliśmy z kilkoma wychowawcami zawalczyć o superwizję, ale "nie ma na to pieniędzy". W moim województwie koszt pobytu jednego wychowanka w placówce waha się od około 2800 do 4200 zł miesięcznie! Poza tym dom dziecka może napisać zapotrzebowanie na dofinansowanie superwizji. Dlaczego w wielu zawodach trzeba się cały czas szkolić, odnawiać uprawnienia, a tu nie ma obowiązku odbywania czegoś tak podstawowego jak superwizja! To chore. W moim mieście jest tylko jeden dom dziecka, którego personel się superwizuje.

Jak jest rozumiane "dobro dziecka"?

- Jak nie mamy co powiedzieć, to mówimy "dobro dziecka". Pytanie, na ile mówimy rzeczywiście o dziecku, a na ile o wygodzie. Wiesz, że dzieci muszą podpisywać rubryczki w zeszycie, że otrzymały gumkę i trzy ołówki, czapkę na zimę? Podpisują faktury, że dostały spodnie. Czego to ich uczy? Czemu to ma służyć? Są zeszyciki od kontaktów z rodzicami, ze szkołami, z innymi instytucjami. O której dzwoniłeś, do kogo, z kim rozmawiałeś, o czym. Wszystko zapisujesz. Tylko efektu nie zapisujesz. Bo go nie ma. A jak przychodzi kontrola do placówki, punkt ciężkości również ma gdzie indziej. Nikt nie sprawdza, jak tak naprawdę dzieje się dzieciom. Zamiast wejść na grupę, pobyć z nimi, popytać czy nie dostają "karczycha", czy nie są łamane ich prawa, kontrola oczekuje zeszycików.

Co jest najbardziej wyniszczające w pracy w domu dziecka?

- Gry dziećmi. To, co opowiedziałem o Wojtku i drugiej mojej podopiecznej. Walczysz o dziecko, próbujesz coś zmienić, ale inni wspierają "stare" i czekają aż się wyrżniesz ty i dzieci, byle tylko nic nie zmieniać. Bo łatwiej spacyfikować dzieciaka metodami przemocowymi, niż z nim pracować. Bo do takiej pracy trzeba mieć umiejętności, ochotę, czas i cały czas pracować nad sobą. Straszne jest to, że nie ma w środowisku przyzwolenia na zmianę metod pracy, na próbę podejścia indywidualnego. Nie ma jakiejś wspólnej mobilizacji.
A dla mnie prywatnie najgorsze jest to, że czuję jak spada mi zaangażowanie. Kiedy tylko wydaje mi się, że dzieje się coś pozytywnego, że udało mi się coś zdobyć dla dzieci, dostawałem baty. Okazywało się, że to co robię, jest nieważne.
Czuję niemoc, która wynika też z tego, że nie ma porozumienia z sądami, z kuratorami. Niszcząca jest cała beznadzieja tego sytemu.

A dobre momenty w domu dziecka?

- Są wtedy gdy dziecko opuszcza placówkę.

Michał ma 32 lata. Od niespełna dwóch jest zatrudniony w domu dziecka na Pomorzu jako pedagog. W placówce Michała jest prawie czterdzieścioro dzieci, od maluchów do osiemnastolatków. Drugie tyle jest personelu, ale z dziećmi pracuje mniej niż połowa ludzi zatrudnionych w placówce. Imiona bohaterów i niektóre szczegóły zostały zmienione.

Zobacz także
  • Andrzej "Cały czas myślisz, z której strony przyjdzie atak." O życiu w domu dziecka
  • Michał, pedagog z domu dziecka, nie chciał pokazać swojej twarzy Pedagog z domu dziecka: Zasada nr 1 - tutaj dziecko się nie liczy
  • Siostra Małgorzata Chmielewska Ja się pytam: Kto tu popełnia przestępstwo?!
Komentarze (170)
Pedagog z domu dziecka: Zasada nr 1 - tutaj dziecko się nie liczy
Zaloguj się
  • martuccia100

    Oceniono 8 razy 8

    Wielki szacunek i podziękowanie dla p. Anny - za zajęcie się i opisanie tego tematu oraz dla p. Michała za odwagę i wielką odpowiedzialność. To właśnie dzięki takim ludziom może zmienić się na lepsze. Powtarzam, tak jak pracownik w korporacji jest monitorowany na każdym kroku tak pracownicy w tych placówkach powinni być doszkalani, monitorowani, oceniani. Aha oczywiście zamiast wywalać kasę na kolejne fontanny ( za które płacimy z naszych podatków i ktorych wartość jest kilkakrotnie przewyższona ) lepiej dofinansujmy takie placówki jak domy dziecka. Ja się obejdę bez kolejnego pomnika itp. - to skierowane do władz miast i gmin

  • lukasz1209

    Oceniono 10 razy 6

    Szanowny Panie Michale - nie zgłaszając do prokuratury informacji o przemocy - tez Pan jest odpowiedzialny, że ona trwa.....

  • polskichomik

    Oceniono 20 razy 6

    "ja ci udowodnię, kto tu ma moc" - mieszkam w Polsce od dziesięciu lat i mam wrażenie, że całe społeczeństwo tak myśli...w domu, w szkole, w urzędzie, w pracy :(

  • alinaw1

    Oceniono 12 razy 6

    "zakaz pojechania do domu na weekend"- to największa kara. "One w weekendy odpoczywają. Jeśli mają dom taki, który nie zagraża i czują się tam bezpiecznie, więź z rodziną jest pozytywna, to jadą po to, żeby naładować akumulatory na kolejny tydzień". To po co dla tych dzieci dom dziecka?

  • naturelovers

    Oceniono 5 razy 5

    2800 do 4200 zl miesiecznie na dziecko. Teraz wyobrazmy sobie, ze opiekunowie zastepczy (czesto ludzie z pasja, pelni dobrej woli) dostaja takie pieniadze na kazde dziecko, ktorym sie opiekuja. Wystarczy i na zycie i na wakacje na Karaibach. A jak pokazuje doswiadczenie krajow, ktore nie maja domow dziecka, a wylacznie siec rodzin zastepczych ten system jest stukrotnie bardziej "wydolny wychowawczo".

  • obserwatorwlad

    Oceniono 5 razy 5

    Skąd się biorą te nieszczęśliws dzieći z patologicznych rodzin -rodziców alkoholików ,z rodzin niedorozwiniętych psychicznie , narkomanów rodzin gdzie od pokoleni dzieci są bite i biją swoje dzieći - czy takie rodziny muszą by ć wielodzietne - dlaczego o tym nie rozmawiamy

  • pawel.nn

    Oceniono 5 razy 5

    Podobne problemy zdarzaja się także w innych instytucjach pokrewnych. Dla mnie jest to typowa fala. Starsi lub o wyzszym statusie utrzymują porządek bo tak jest wygodniej wychowawcom. Dzieje się to wszędzie tam gdzie ludzie są wykluczeni i pozbawieni oparcia społeczeństwa: dzieci, młodzież w ośrodkach wychowawczych, osoby uzależnione ale i więźniowie.

  • pugilista

    Oceniono 13 razy 5

    Ludzie , zamykajmy takie palcówki, szukajmy rodzin zastępczych, wspierajmy rodzinne domy dziecka,tak nie może być, szkoda dzieci!

  • e.day

    Oceniono 13 razy 5

    Przeczytałam, ile kosztuje miesięczny pobyt dziecka w domu dziecka i porównałam koszt, jaki ponosimy jako państwo z jakością wychowania. Czy naprawdę nie byłoby słuszniej wesprzeć choćby połową tej kwoty "niezaradną" rodzinę czy rodzinę zastępczą? Z tego artykułu bije taka niemoc, taki marazm...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny

Polecamy