Jestem psychologiem ...: Złamane dziecko jest uległe. Jak pies

KOSZMAR DOMÓW DZIECKA. ?Wychowawcy oczekują dzieci czystych, spokojnych, bez problemów w nauce i gotowych sprawiać przyjemność im, wychowawcom. W razie problemów się je usuwa, przenosi - transfery między placówkami to taka gra. To nie są święte dzieciaki, sierotki. Bywają zbójami. Ale nie wybrały sobie takiego życia. Ktoś je w to wrobił? - pisze do nas psycholog o swojej pracy w domu dziecka.
Po publikacji rozmowy z Andrzejem, dorosłym dziś wychowankiem warszawskich domów dziecka oraz z Michałem, pedagogiem z placówki na Pomorzu, zgłaszają się do nas kolejne osoby pracujące w domach dziecka. Relacjonują, jak działa ten system, którego ofiarami są dzieci. Poniżej publikujemy list Roberta, psychologa (skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji):

"Jestem psychologiem w powiatowym domu dziecka. To ma znaczenie, bo różni się od miejskiego kulturą społeczności, jej składem. Ale w obydwu procesy są te same.
Wiele dzieci, w szczególności ofiary skrajnej przemocy domowej, trafia do placówki z własnej woli. Najczęściej z najbardziej podstawowego strachu. Wyczerpane, same zgłaszają się na policję, albo wyznają jakiemuś dorosłemu w szkole, że już do domu nie wrócą. Mówią, co im robiono i w takiej sytuacji interwencyjnie trafiają do domu dziecka. Tego samego dnia, tak jak stoją. I wpadają do dziury. Bo szybko się przekonują, że tu lepiej nie będzie. Jeśli fantazjowały o miejscu, gdzie będą bezpieczne i dorośli będą się o nie troszczyć, to dowiadują się, że to nie jest takie miejsce.

Wychowawca oczekuje dzieci czystych i spokojnych

Trzeba pamiętać, że dzieci, które postanawia się umieścić w domu dziecka, są dziećmi z ogromnymi problemami. Pochodzą z rodzin i środowisk, w których normy, sposoby traktowania dziecka i doświadczenia są silnie zaburzające. One rodzą się i wzrastają w takich środowiskach. To jest ich rzeczywistość. Jeśli zatem takie dziecko trafia do domu dziecka, to zachowuje się w jedyny sobie znany sposób. To pierwszy błąd. Wychowawcy oczekują dzieci czystych, spokojnych, bez problemów w nauce i gotowych sprawiać przyjemność im, tj. wychowawcom, wtedy, kiedy ci mają na to ochotę.

Pewien wstępny kapitał mają dzieci małe i takie, po których widać w momencie przybycia do placówki dotkliwe ślady ich przeżyć. Jeśli jednak dziecko moczy się w nocy, nie wie do czego służy toaleta, albo boi się wyjść z pokoju i robi kupę w majtki; jeśli nie je, albo odmawia pójścia do nowej szkoły - szybko traci wstępne fałszywe współczucie i staje się problemem.

"Jaka ona bierna..", "jaka ona agresywna..", "z nią już się nic nie da zrobić"

Problemy rozwiązuje się od początku opisywaną metodą: "ja ci pokażę kto tu ma władzę". Możesz fikać, ale pokażę ci, że to tylko gorzej dla ciebie, im szybciej zaczniesz robić to, czego ja chcę, tym szybciej dam ci spokój.
Niektórym wydaje się, że to jest właśnie wychowanie: dyscyplinowanie polegające na łamaniu woli wychowanka. Ale to nie jest takie jasne: w moim miejscu pracy, wychowawcy zwykle sami nie wiedzą, czego oczekują od dzieci, bo nie rozumieją sami siebie. W jednym miesiącu uległość dziewczynki jest objawem "adaptacji" i gratulują sobie sukcesu, w kolejnym miesiącu - to samo zachowanie staje się problemem, bo "ona jest bierna", albo "pasywnie agresywna".

Zmienność oczekiwań, ich nieprzewidywalność powoduje u dzieci brak aktywności, a związek pomiędzy inicjatywą własną i działaniem - zostaje zerwany. Jakiekolwiek podejmą działania może się okazać, że czeka je za nie przykrość. I stają się osowiałe - malowniczy widok dziecka wycierającego ściany, tzn. chodzącego po korytarzu w tę i z powrotem opierając się o ścianę, nie robiąc nic, nie reagując na nic. Wtedy okazuje się - w przekonaniu wychowawców - że z tym już nic nie da się zrobić. Wychowanek stawia opór, nie można z nim nawiązać kontaktu, trudno... Jedyne, co można jeszcze zrobić, to podejmować za niego decyzje bez jego udziału i prowadzić jak konia z zasłoniętymi oczami.

Złamane dziecko jest uległe. Jak pies

Pacyfikowanie wolnej woli dziecka, inicjatywy i aktywności jest podstawowym działaniem wychowawców wobec wychowanków. Złamane dziecko jest uległe. Jak pies. Niekiedy dzieci złamane reagują agresją. Wtedy się je usuwa. Przenosi do ośrodków wychowawczych, przenosi do innej placówki, by zmienił środowisko i być może tam "zaskoczy". Istnieje swoisty transfer pomiędzy placówkami. I jest to gra, której zasady są znane i nieujawnione. Motyw przeniesienia jest formułowany jako służący dziecku, a faktycznie jest to kara i kolejne doświadczenie pozbawiania poczucia wpływu i kontroli nad życiem.

Oby nie na moim dyżurze...

Niechęć do posiadania problemu wynikającego z zachowania dziecka jest spowodowana kulturą wewnętrzną, której ukrytym założeniem jest: przychodzę do pracy, spotkam się z koleżankami, kolegami, wypiję kawkę, zjem ciastko, jakoś do końca dyżuru dotrwam. Oby się nic nie stało, bo dziś mi się nie chce nic robić. Oby kłopot pojawił się na następnym dyżurze, nie moim, jakoś sobie poradzą. Z drugiej strony, kiedy już jest problem, dobrze żeby był duży. Wtedy wychowawca nic nie może zrobić i też ma spokój. "Bo co ja mogą zrobić? No proszę, powiedz mi!"

W wielu przypadkach, wychowawcy i inni pracownicy placówek sami nie mają ani wpływu na swoje życie ani poczucia kontroli nad nim. Swoje frustracje i nieumiejętności przenoszą na relacje z dziećmi. Tu dają ujść napięciu gromadzonemu poza miejscem pracy i temu, które zbierają w pracy. Bo i tu przecież nie ze wszystkimi się lubią. Każdy ma gorsze i lepsze dni, ale oni nie mają świadomości z czego ich złość, wybuchy i przykre komunikaty wynikają. Zawsze winne jest dziecko. W swoim przekonaniu i później, podczas rozmów pomiędzy sobą stwierdzają, że wychowawca nie mógł zrobić inaczej, albo że zrobił to, co powinno się było zrobić.
Kolejna sprawa, to doświadczenia wyniesione z własnego dzieciństwa i akceptacja przemocy jako sposobu wychowania. Często stosowane w domu, wobec własnych dzieci. O tym wszystkim się mówi w formie anegdot przy kawie.

Muszę przypodobać się wszystkim, by móc pracować z dzieckiem

W każdej instytucji zachodzą opisywane przez socjologów procesy. Tworzą się grupy, mają między sobą konflikty, interesy. Napięcia między pracownikami i grupami, do jakich należą, są kierowane ku dzieciom. To poprzez nie i przy ich pomocy są załatwiane konflikty, często obrzydliwe. Obrzydliwe, bo puste, głupie po prostu, na poziomie kiepskiej telenoweli. Źle jest nie należeć do żadnej frakcji. Ja tak robię. Ale wymaga to wielkiego wysiłku w dążeniu do przypodobania się wszystkim.
Po co to przypodobanie?
Jeśli pracuję z dzieckiem i potrzebuję dla niego pewnej przychylności lub jakichś działań muszę "kupić" tę przychylność, zbudować chwilową koalicję, i pilnować tej konstrukcji. Różnie się to robi: komplementami, przysługami, groźbami. Jakkolwiek, byle się udało. Bez takiej polityki można robić swoje, ale ta praca nie będzie miała żadnego efektu, bo kiedy się odwrócisz, ktoś i tak zrobi inaczej niż powinien: z niewiedzy, głupoty, albo intencjonalnie, bo tak chce, albo bo chce w ten sposób pokazać coś mi albo innemu wrogowi.
Trzeba szczególnie uważać, by swoją sympatią nie przysporzyć dziecku kłopotów ze strony niechętnej osoby. Przy czym ta niechęć zazwyczaj wynika z błahostek: nie zaproszono kogoś na urodzinową kawę, albo niezrozumiany żart został potraktowany jako wrogość, która już pozostaje w relacji pomiędzy "dorosłymi". Większość energii w placówce idzie na te społeczne gry.

Jak uczyć dzieci ich praw, skoro to dla nich szkodliwe

Dziećmi też się gra: odpowiedzialność zbiorowa; donosiciele, którzy są nagradzani, ale których los nigdy nie jest do końca pewny; przymykanie oka lub wręcz inspirowanie do samosądów i brutalnych porachunków.
Wychowawcy już wiedzą, że otwarcie dzieci bić nie wolno. Nie dlatego, że to szkodliwe dla nich, ale dlatego, że ktoś zobaczy i "będę się musiał/ musiała tłumaczyć". Co prawda nic im się nie stanie, bo sprawę rozmyją, bo związki zawodowe udzielą wsparcia pedagogowi - soli naszej ziemi, bo jak nie, to wszystko opowie o tym, jak tu jest. Stosuje się przemoc psychiczną, emocjonalną, finansową (decydowanie o zakupach odzieży) - te trudniej wykryć.

A najważniejsze, że dzieci nie wiedzą, że może być inaczej. W rodzinie nie poznały lepszego świata, a w placówce jest to samo - trzeba sobie radzić. Zatem nic i nigdzie nie zgłaszają. Dla nich taki jest świat. Uczyć dzieci ich praw, czego próbowałem, jest szkodliwe, ponieważ nie mogą być one stosowane w systemie, który je odrzuca, neguje, zaprzecza ich istnieniu. Wychowankowie mają swoje obowiązki, zazwyczaj dwa: posłuszeństwo (nazywane szacunkiem) i porządkowanie pokoju i budynku, bo porządek to cnota.

Wychowawczyni tłumaczy: mężczyzna jeśli chce, to bierze i że trzeba się z tym pogodzić

Najważniejsze żeby się zgadzało wszystko w papierach. Tworzymy fikcję, czasem przy wtórze śmiechów. Kontrole, nawet te najwnikliwsze, są przeprowadzane przez urzędników, którzy pojęcia nie mają o rozwoju, wychowaniu, przemocy, problematyce zaburzonego zachowania, osobowości i wszystkim tym, co jest treścią domu dziecka. Oni się znają na dokumentach. I jak im się w tabelkach zgadza, to jest dobrze. Ich praca jest rzetelna na pewno. I bezużyteczna. Marzę czasem o nie tyle o kontroli, co o interwencji konstruktywnej prowadzącej do polepszenia i tak już zepsutego życia tych dzieciaków. I by ta interwencja została przeprowadzona przez ludzi, którzy rozumieją ww. problemy.

W mojej placówce i w innych, w których bywam, wychowawcy są niedouczeni. Brak wiedzy jest zwykle połączony z niedojrzałością tych osób. Z kolei niedojrzałość wyraża się w braku refleksji i przekonaniu, że posiadana wizja rzeczywistości jest jedyną możliwą i nie podlega dyskusji. Groteskowe są czasem sytuacje, kiedy np. wychowawczyni, sama ofiara przemocy, tłumaczy wychowance: "taki jest świat, że mężczyzna jeśli chce, to bierze i trzeba się z tym pogodzić.

"To moje dziecko!"... na sześć godzin

Kolejnym zaburzeniem jakie obserwuję, jest chęć realizacji swoich sfrustrowanych "potrzeb macierzyńskich". Pewne dzieci stają się obiektem szczególnej uwagi i troski ze strony pewnych dorosłych. Przy czym ta relacja służy jedynie temu ostatniemu. Dziecko na niej traci, np. w sytuacji kiedy pojawia się rodzina zastępcza, to kontakty z tą rodziną, jej obraz są w dziecku psute, żeby dziecka nie wypuścić, bo "to jest moje dziecko". Przy czym taki wychowawca po sześciu godzinach dyżuru idzie do domu, a dziecko tu zostaje.

Niestety nie sam brak edukacji jest źródłem kłopotów. W mojej placówce pracuje wiele osób, które nie mają gotowości, by swoją wiedzę zwiększać. Te osoby, same kiepsko sobie radzące i nie mające pojęcia o tym, że sobie nie radzą, mają za zadanie kształtować pokiereszowane dzieci. To chyba najgorsze. W tej pracy potrzeba szczególnego profesjonalizmu i zespołowej pracy. Ja sam mam deficyty, które ujawniają się w moim wypaleniu. Brak wsparcia powoduje, że wypalenie jest kwestią czasu. Praca w nieustającym stresie i obawie, czy dziecku nie stanie się krzywda w tak nieprzychylnym środowisku (w którym trzeba zachować szczególną czujność, by utrzymać życzliwość wobec siebie i dla dzieci), szybko wyczerpuje.

To nie są aniołki, ale nie wybrały sobie takiego życia. Ktoś je w to wrobił

Ta wypowiedź nie wyczerpuje ani moich obserwacji i doświadczeń, ani problemu w ogóle. To skomplikowany system, dlatego jednolity opis jest trudny. Niech moje słowa będą jednym z głosów w tej dyskusji. Chciałbym, żeby przełożyła się ona na prawdziwe zmiany w sytuacji dzieci. One nie potrzebują akademickich debat, ale dorosłych, którzy potrafią i chcą zmienić ich życie w szczęśliwsze.

To nie są święte dzieciaki, sierotki. Bywają zbójami. Ale nie wybrały sobie takiego życia. Ktoś je w to wrobił. Dlaczego mają ponosić wszystkie konsekwencje nie swoich czynów. Warto im pokazać inny świat, i przekonać, że mogą wybrać."

Więcej o:

APLIKACJA TOK FM

Serwis informacyjny

Komentarze (59)
Jestem psychologiem ...: Złamane dziecko jest uległe. Jak pies
Zaloguj się
  • symulacrum

    Oceniono 6 razy 6

    w czasie studiów pracowałam w ośrodku socjoterapii przy jednym z domów dziecka jako wolontariuszka
    byłam w ciężkim szoku gdy zobaczyłam jak wygląda rzeczywistość "bidula"
    najchętniej zamknęłabym domy dziecka
    ten artykuł przeczytałam ze ściśniętym sercem
    zdarzają się osoby, które chcą lepiej, ale szybko są zgniatane przez tę machinę

    tylko rodzinne domy dziecka mają sens, tylko

    mam nadzieję, że dzieciaki z którymi miałam kontakt jakoś się wykaraskały
    zwłaszcza Michał...

  • gupek-wioskowy

    Oceniono 5 razy 5

    ileż w tym prawdy... i troski. To bardzo profesjonalne podejście. Odpowiedzialne.
    Kolejna próba przełamania bezsilności. Powoli zaczyna się udawać.
    Myślę, że wielu wychowawców podejmie tę próbę. W końcu to bardzo ciężka praca, a nie "pogaduszki przy herbatce".
    Ciekawi mnie, czy dzieci biorą udział w kupowaniu ubrań dla siebie, książek, w przygotowywaniu posiłków. Jak w normalnym domu. Czy wieczorami, jak rodzina, siedzą sobie i opowiadają o różnych rzeczach, słuchają wspólnie muzyki, majsterkują, wyklejają obrazki. To nie jest trudne. Wymaga trochę wyobraźni od pedagogów. Zaangażowania w ramach 8 godzin. Coś takiego jak tzw. komuna nie istnieje. Istnieją ludzie, którzy czy za czasów PRLu, czy dziś tworzyli rzeczy wielkie i ludzie, których destrukcyjne działanie zawsze niweczyło te starania. Burzyć jest bardzo łatwo, budować, niezmiernie trudno. Szczególnie w tak trudnych sprawach.
    I dobrze, że zaczynamy o tym mówić. Nazywać problemy. Może okazać się dzięki temu, że jest dość ludzi, którzy chcieliby zmienić coś w tych placówkach. Może trzeba zorganizować kursy dokształcające, w końcu wiedza się ciągle rozszerza, może ułatwić kontakt wychowawców z wiedzą, prenumerować do Domów Dziecka periodyki pedagogiczne, w końcu podobno wychowawcy czytają :) , mogą więc czytać literaturę fachową. Może jest metoda na brak wiedzy? Sama weryfikacja niczego nie zmieni.

    Brałem kiedyś udział w dyskusji, w której wielu dorosłych ludzi uważało, że 5letni chłopczyk jest bandytą, bo zamęczył zwierzę. Przerażało mnie takie podejście do problemu. Winny został ustalony, sąd kapturowy się odbył. Brakował tylko kata. Na szczęście.... Jedyną metodą dla tych ludzi był pas i bicie. Zastanawiałem się czyje okrucieństwo jest większe. W tym kontekście. Bo wynikało ono tylko z niewiedzy tych ludzi. Bezsilności z niej wynikającej.

    I to trzeba jak najszybciej przełamać. Prawo tego nie zmieni, to mogą zmienić tylko ludzie. Ludzie, którzy nie tylko czują, że coś jest nie tak, ale też wiedzą, jak to zmienić. I chcą to zmienić. I dopiero wtedy ta praca będzie prosta i spokojna. Przecież to musi być piękne, kiedy wychowanek umie sobie radzić w życiu. Kiedy coś osiąga, czy jest po prostu szczęśliwy.

  • widz.i.czytelnik

    Oceniono 5 razy 5

    W koncu moze otworza sie ludziom oczy na ten proceder wyniszczania psychicznego dzieci. Czysta tresura dzieci faszystowskimi metodami. To sie zemsci

  • niemiec.de

    Oceniono 4 razy 4

    Kilka miesiecy temu przetoczyla sie przez Niemcy dyskusja, co zrobic, zeby poziom nauczania w szkolach byl wyzszy. Wniosek byl taki, ze trzeba zaproponowac takie warunkim zeby do pracy w szkole pozyskac najlepszych studentow, a nie tych bardzo przecietnych ...

    @krk01. Niewazne czy te dzieci maja rodzicow, czy nie. To nie zmienia faktu ze trzeba dzieciakom pomoc. I od tego sa wychowawcy.

    Jezeli w domu dziecka nie ma pilki tzn. ze dyrektor, kierownik i wychowawcy sa do dupy. Odsiedza swoje i uciekaja do domu. Zero zaangazowania. W prywatnej firmie z takim zaangazowaniem nikt by dlugo nie zagrzal miejsca, ale na panstwowej posadce mozna tak i 40 lat.

    Mam w piwnicy 3 worki pluszakow i z 5 pilek. Wiele markowych zabawek sprzedalem za grosze na ebayu bo zal mi bylo to po prostu wyrzucac. Oddalbym chetnie do domu dziecka, ale jakos nie slychac zeby ktos potrzebowal....

  • elegancja_francja

    Oceniono 4 razy 4

    Nalezy odpowiednio wynagradzac fachowcow ktorzy sa zaangazowani w ta trudna i bardzo potrzebna prace. I rownoczenie straci sie ludzi, ktorzy sa merytorycznie i psychicznie nieprzygotowani. Jak to zrobic? Zredukowac biurokracje. I sprowadzic fundusze z takich glupich rejonow jak wojna w Afganistanie i Iraku, wydatki na armie i innych prozniakow.

  • anna22290

    Oceniono 5 razy 3

    o ludziach ktorzy pisza prawde o tak malych zdegenerowanych spoleczenstwach gdzie ofiarami sa dzieci nie powinno sie pissac ze sa idjotami dlaczego? ze mowia prawde moze warto czasami czytac cos ze zrozumieniem

  • mamik111

    Oceniono 3 razy 3

    NO NIESTETY W POLSCE JEST TRAGEDIA NIE LICZY SIE DZIECKO !!! PROSZE WYSLAC NASZYCH PEDAGOGOW DO NIEMIEC ZOBACZA JAK SIE TRAKTUJE TAKIE DZIECI TUTAJ DZIECKO TO SWIETOSC I WYCHOWAWCA POMAGA WYCHOWUJE JEST STALE DO DYSPOZYCJI DZIECKA POPROSTU TRZEBA NAJPIERW PORZADNIE WYKRZTALCIC PEDAGOGOW KTORZY NIE SA PEPKIEM SWIATA DZIECIOM WSPOLCZUCIA

  • camparis

    Oceniono 2 razy 2

    Ryba zaczyna się psuć od głowy ... trzeba by było zmienić cały system!
    Zacząć od góry, czyli od ustawodawców! To oni pozwolili na taką patologię!
    A jeśli nie potrafią sami wymyśleć czegoś sensownego - niech skopiują od państwa któremu się taki problem udało rozwiązać!

  • magdolot

    Oceniono 4 razy 2

    To dołujący tekst. Tym bardziej, że podobnie jest w polskiej szkole. Niedouczeni i sfrustrowani "fachowcy" przekonani, że autorytet posiada się popierdując z góry, a jak dzieci ich nie szanują, to są złe. I gołym okiem widać, że ci "fachowcy" dzieciaka traktują jako materiał do bliżej nieokreślonej obróbki dydaktyczno-wychowawczej, a nie podmiot i żywego, czującego, myślącego człowieka. Ale dzieciaki szkolne mają wsparcie rodziców. Te placówkowe - nie.

    Taka sytuacja jest dość powszechna i dlatego właśnie zapaleńcy się wypalają, bo reszta grona traktuje ich jak UFO, a "góra" ich nie wspiera też, bo zadowala ją "kontrolowanie" pozorów. I tak to jakoś działa od afery do afery. Jak jest afera, to się aplikuje jakieś "środki zaradcze", na ogół też od czapy... a sensownego systemu jak nie było, tak nie ma. My nawet systemu edukacji nie mamy wszak, tylko dziwną miotankę od ministra do ministra, prawo-lewo, jeden wyrzuca Darwina, drugi wprowadzi edukację do życia w rodzinie... i znowu będzie nowy i może wyrzuci Darwina itd.

    Ta dyskusja jest cholernie potrzebna, bo trzeba zrobić coś z dziecinnym cierpieniem i dziecinnym jeżeniem się na świat za to, że jest niesprawiedliwy i okrutny. ZANIM będzie za późno i ten bolesny jeż zostanie w dziecku na zawsze. I trzeba to zrobić z sensem.

    Antypropagandzista pisze, że klapa w Krakowie z programem dla rodzin zastępczych, a mnie się ostatnio [w Krakowie!] jedna pani skarżyła, że nie może być rodziną zastępczą dla dziecka swojej siostry, bo żyje w wolnym związku, stabilnym, od lat, zwyczajna rodzina z dzieckiem... ale bez papiera z USC...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX