Jestem psychologiem ...: Złamane dziecko jest uległe. Jak pies

List Roberta, psychologa z domu dziecka
26.05.2011 , aktualizacja: 26.05.2011 18:42
A A A Drukuj
KOSZMAR DOMÓW DZIECKA. "Wychowawcy oczekują dzieci czystych, spokojnych, bez problemów w nauce i gotowych sprawiać przyjemność im, wychowawcom. W razie problemów się je usuwa, przenosi - transfery między placówkami to taka gra. To nie są święte dzieciaki, sierotki. Bywają zbójami. Ale nie wybrały sobie takiego życia. Ktoś je w to wrobił" - pisze do nas psycholog o swojej pracy w domu dziecka.

Fot. AG
Po publikacji rozmowy z Andrzejem, dorosłym dziś wychowankiem warszawskich domów dziecka oraz z Michałem, pedagogiem z placówki na Pomorzu, zgłaszają się do nas kolejne osoby pracujące w domach dziecka. Relacjonują, jak działa ten system, którego ofiarami są dzieci. Poniżej publikujemy list Roberta, psychologa (skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji):

"Jestem psychologiem w powiatowym domu dziecka. To ma znaczenie, bo różni się od miejskiego kulturą społeczności, jej składem. Ale w obydwu procesy są te same.
Wiele dzieci, w szczególności ofiary skrajnej przemocy domowej, trafia do placówki z własnej woli. Najczęściej z najbardziej podstawowego strachu. Wyczerpane, same zgłaszają się na policję, albo wyznają jakiemuś dorosłemu w szkole, że już do domu nie wrócą. Mówią, co im robiono i w takiej sytuacji interwencyjnie trafiają do domu dziecka. Tego samego dnia, tak jak stoją. I wpadają do dziury. Bo szybko się przekonują, że tu lepiej nie będzie. Jeśli fantazjowały o miejscu, gdzie będą bezpieczne i dorośli będą się o nie troszczyć, to dowiadują się, że to nie jest takie miejsce.

Wychowawca oczekuje dzieci czystych i spokojnych

Trzeba pamiętać, że dzieci, które postanawia się umieścić w domu dziecka, są dziećmi z ogromnymi problemami. Pochodzą z rodzin i środowisk, w których normy, sposoby traktowania dziecka i doświadczenia są silnie zaburzające. One rodzą się i wzrastają w takich środowiskach. To jest ich rzeczywistość. Jeśli zatem takie dziecko trafia do domu dziecka, to zachowuje się w jedyny sobie znany sposób. To pierwszy błąd. Wychowawcy oczekują dzieci czystych, spokojnych, bez problemów w nauce i gotowych sprawiać przyjemność im, tj. wychowawcom, wtedy, kiedy ci mają na to ochotę.

Pewien wstępny kapitał mają dzieci małe i takie, po których widać w momencie przybycia do placówki dotkliwe ślady ich przeżyć. Jeśli jednak dziecko moczy się w nocy, nie wie do czego służy toaleta, albo boi się wyjść z pokoju i robi kupę w majtki; jeśli nie je, albo odmawia pójścia do nowej szkoły - szybko traci wstępne fałszywe współczucie i staje się problemem.

"Jaka ona bierna..", "jaka ona agresywna..", "z nią już się nic nie da zrobić"

Problemy rozwiązuje się od początku opisywaną metodą: "ja ci pokażę kto tu ma władzę". Możesz fikać, ale pokażę ci, że to tylko gorzej dla ciebie, im szybciej zaczniesz robić to, czego ja chcę, tym szybciej dam ci spokój.
Niektórym wydaje się, że to jest właśnie wychowanie: dyscyplinowanie polegające na łamaniu woli wychowanka. Ale to nie jest takie jasne: w moim miejscu pracy, wychowawcy zwykle sami nie wiedzą, czego oczekują od dzieci, bo nie rozumieją sami siebie. W jednym miesiącu uległość dziewczynki jest objawem "adaptacji" i gratulują sobie sukcesu, w kolejnym miesiącu - to samo zachowanie staje się problemem, bo "ona jest bierna", albo "pasywnie agresywna".

Zmienność oczekiwań, ich nieprzewidywalność powoduje u dzieci brak aktywności, a związek pomiędzy inicjatywą własną i działaniem - zostaje zerwany. Jakiekolwiek podejmą działania może się okazać, że czeka je za nie przykrość. I stają się osowiałe - malowniczy widok dziecka wycierającego ściany, tzn. chodzącego po korytarzu w tę i z powrotem opierając się o ścianę, nie robiąc nic, nie reagując na nic. Wtedy okazuje się - w przekonaniu wychowawców - że z tym już nic nie da się zrobić. Wychowanek stawia opór, nie można z nim nawiązać kontaktu, trudno... Jedyne, co można jeszcze zrobić, to podejmować za niego decyzje bez jego udziału i prowadzić jak konia z zasłoniętymi oczami.

Złamane dziecko jest uległe. Jak pies

Pacyfikowanie wolnej woli dziecka, inicjatywy i aktywności jest podstawowym działaniem wychowawców wobec wychowanków. Złamane dziecko jest uległe. Jak pies. Niekiedy dzieci złamane reagują agresją. Wtedy się je usuwa. Przenosi do ośrodków wychowawczych, przenosi do innej placówki, by zmienił środowisko i być może tam "zaskoczy". Istnieje swoisty transfer pomiędzy placówkami. I jest to gra, której zasady są znane i nieujawnione. Motyw przeniesienia jest formułowany jako służący dziecku, a faktycznie jest to kara i kolejne doświadczenie pozbawiania poczucia wpływu i kontroli nad życiem.

Oby nie na moim dyżurze...

Niechęć do posiadania problemu wynikającego z zachowania dziecka jest spowodowana kulturą wewnętrzną, której ukrytym założeniem jest: przychodzę do pracy, spotkam się z koleżankami, kolegami, wypiję kawkę, zjem ciastko, jakoś do końca dyżuru dotrwam. Oby się nic nie stało, bo dziś mi się nie chce nic robić. Oby kłopot pojawił się na następnym dyżurze, nie moim, jakoś sobie poradzą. Z drugiej strony, kiedy już jest problem, dobrze żeby był duży. Wtedy wychowawca nic nie może zrobić i też ma spokój. "Bo co ja mogą zrobić? No proszę, powiedz mi!"

W wielu przypadkach, wychowawcy i inni pracownicy placówek sami nie mają ani wpływu na swoje życie ani poczucia kontroli nad nim. Swoje frustracje i nieumiejętności przenoszą na relacje z dziećmi. Tu dają ujść napięciu gromadzonemu poza miejscem pracy i temu, które zbierają w pracy. Bo i tu przecież nie ze wszystkimi się lubią. Każdy ma gorsze i lepsze dni, ale oni nie mają świadomości z czego ich złość, wybuchy i przykre komunikaty wynikają. Zawsze winne jest dziecko. W swoim przekonaniu i później, podczas rozmów pomiędzy sobą stwierdzają, że wychowawca nie mógł zrobić inaczej, albo że zrobił to, co powinno się było zrobić.
Kolejna sprawa, to doświadczenia wyniesione z własnego dzieciństwa i akceptacja przemocy jako sposobu wychowania. Często stosowane w domu, wobec własnych dzieci. O tym wszystkim się mówi w formie anegdot przy kawie.

Muszę przypodobać się wszystkim, by móc pracować z dzieckiem

W każdej instytucji zachodzą opisywane przez socjologów procesy. Tworzą się grupy, mają między sobą konflikty, interesy. Napięcia między pracownikami i grupami, do jakich należą, są kierowane ku dzieciom. To poprzez nie i przy ich pomocy są załatwiane konflikty, często obrzydliwe. Obrzydliwe, bo puste, głupie po prostu, na poziomie kiepskiej telenoweli. Źle jest nie należeć do żadnej frakcji. Ja tak robię. Ale wymaga to wielkiego wysiłku w dążeniu do przypodobania się wszystkim.
Po co to przypodobanie?
Jeśli pracuję z dzieckiem i potrzebuję dla niego pewnej przychylności lub jakichś działań muszę "kupić" tę przychylność, zbudować chwilową koalicję, i pilnować tej konstrukcji. Różnie się to robi: komplementami, przysługami, groźbami. Jakkolwiek, byle się udało. Bez takiej polityki można robić swoje, ale ta praca nie będzie miała żadnego efektu, bo kiedy się odwrócisz, ktoś i tak zrobi inaczej niż powinien: z niewiedzy, głupoty, albo intencjonalnie, bo tak chce, albo bo chce w ten sposób pokazać coś mi albo innemu wrogowi.
Trzeba szczególnie uważać, by swoją sympatią nie przysporzyć dziecku kłopotów ze strony niechętnej osoby. Przy czym ta niechęć zazwyczaj wynika z błahostek: nie zaproszono kogoś na urodzinową kawę, albo niezrozumiany żart został potraktowany jako wrogość, która już pozostaje w relacji pomiędzy "dorosłymi". Większość energii w placówce idzie na te społeczne gry.

Jak uczyć dzieci ich praw, skoro to dla nich szkodliwe

Dziećmi też się gra: odpowiedzialność zbiorowa; donosiciele, którzy są nagradzani, ale których los nigdy nie jest do końca pewny; przymykanie oka lub wręcz inspirowanie do samosądów i brutalnych porachunków.
Wychowawcy już wiedzą, że otwarcie dzieci bić nie wolno. Nie dlatego, że to szkodliwe dla nich, ale dlatego, że ktoś zobaczy i "będę się musiał/ musiała tłumaczyć". Co prawda nic im się nie stanie, bo sprawę rozmyją, bo związki zawodowe udzielą wsparcia pedagogowi - soli naszej ziemi, bo jak nie, to wszystko opowie o tym, jak tu jest. Stosuje się przemoc psychiczną, emocjonalną, finansową (decydowanie o zakupach odzieży) - te trudniej wykryć.

A najważniejsze, że dzieci nie wiedzą, że może być inaczej. W rodzinie nie poznały lepszego świata, a w placówce jest to samo - trzeba sobie radzić. Zatem nic i nigdzie nie zgłaszają. Dla nich taki jest świat. Uczyć dzieci ich praw, czego próbowałem, jest szkodliwe, ponieważ nie mogą być one stosowane w systemie, który je odrzuca, neguje, zaprzecza ich istnieniu. Wychowankowie mają swoje obowiązki, zazwyczaj dwa: posłuszeństwo (nazywane szacunkiem) i porządkowanie pokoju i budynku, bo porządek to cnota.

Wychowawczyni tłumaczy: mężczyzna jeśli chce, to bierze i że trzeba się z tym pogodzić

Najważniejsze żeby się zgadzało wszystko w papierach. Tworzymy fikcję, czasem przy wtórze śmiechów. Kontrole, nawet te najwnikliwsze, są przeprowadzane przez urzędników, którzy pojęcia nie mają o rozwoju, wychowaniu, przemocy, problematyce zaburzonego zachowania, osobowości i wszystkim tym, co jest treścią domu dziecka. Oni się znają na dokumentach. I jak im się w tabelkach zgadza, to jest dobrze. Ich praca jest rzetelna na pewno. I bezużyteczna. Marzę czasem o nie tyle o kontroli, co o interwencji konstruktywnej prowadzącej do polepszenia i tak już zepsutego życia tych dzieciaków. I by ta interwencja została przeprowadzona przez ludzi, którzy rozumieją ww. problemy.

W mojej placówce i w innych, w których bywam, wychowawcy są niedouczeni. Brak wiedzy jest zwykle połączony z niedojrzałością tych osób. Z kolei niedojrzałość wyraża się w braku refleksji i przekonaniu, że posiadana wizja rzeczywistości jest jedyną możliwą i nie podlega dyskusji. Groteskowe są czasem sytuacje, kiedy np. wychowawczyni, sama ofiara przemocy, tłumaczy wychowance: "taki jest świat, że mężczyzna jeśli chce, to bierze i trzeba się z tym pogodzić.

"To moje dziecko!"... na sześć godzin

Kolejnym zaburzeniem jakie obserwuję, jest chęć realizacji swoich sfrustrowanych "potrzeb macierzyńskich". Pewne dzieci stają się obiektem szczególnej uwagi i troski ze strony pewnych dorosłych. Przy czym ta relacja służy jedynie temu ostatniemu. Dziecko na niej traci, np. w sytuacji kiedy pojawia się rodzina zastępcza, to kontakty z tą rodziną, jej obraz są w dziecku psute, żeby dziecka nie wypuścić, bo "to jest moje dziecko". Przy czym taki wychowawca po sześciu godzinach dyżuru idzie do domu, a dziecko tu zostaje.

Niestety nie sam brak edukacji jest źródłem kłopotów. W mojej placówce pracuje wiele osób, które nie mają gotowości, by swoją wiedzę zwiększać. Te osoby, same kiepsko sobie radzące i nie mające pojęcia o tym, że sobie nie radzą, mają za zadanie kształtować pokiereszowane dzieci. To chyba najgorsze. W tej pracy potrzeba szczególnego profesjonalizmu i zespołowej pracy. Ja sam mam deficyty, które ujawniają się w moim wypaleniu. Brak wsparcia powoduje, że wypalenie jest kwestią czasu. Praca w nieustającym stresie i obawie, czy dziecku nie stanie się krzywda w tak nieprzychylnym środowisku (w którym trzeba zachować szczególną czujność, by utrzymać życzliwość wobec siebie i dla dzieci), szybko wyczerpuje.

To nie są aniołki, ale nie wybrały sobie takiego życia. Ktoś je w to wrobił

Ta wypowiedź nie wyczerpuje ani moich obserwacji i doświadczeń, ani problemu w ogóle. To skomplikowany system, dlatego jednolity opis jest trudny. Niech moje słowa będą jednym z głosów w tej dyskusji. Chciałbym, żeby przełożyła się ona na prawdziwe zmiany w sytuacji dzieci. One nie potrzebują akademickich debat, ale dorosłych, którzy potrafią i chcą zmienić ich życie w szczęśliwsze.

To nie są święte dzieciaki, sierotki. Bywają zbójami. Ale nie wybrały sobie takiego życia. Ktoś je w to wrobił. Dlaczego mają ponosić wszystkie konsekwencje nie swoich czynów. Warto im pokazać inny świat, i przekonać, że mogą wybrać."

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 6
  • 22
  • 2
  • 11
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    28 głosów

Skomentuj:

Musisz się zalogować, by dodać komentarz. Jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.

Komentarze (59)

  • avatar

    nazikomunista_back

    0

    Bardzo znamienne są odpowiedzi jakoby wychowawców: równie dobrze mogliby napisać "tak, to wszystko prawda a ja naprawdę jestem tak niekompetentny, zadufany i zaślepiony". Czy to na pewno oni? Strach czytać.

  • avatar

    domdzieckajz

    Oceniono 3 razy -1

    Dużo ostatnio mówi się o domach dziecka. Ja pracuje w DDz już 18 lat. Rodzina, z której pochodzę miała bardzo wiele wspólnego z DDz, więc temat znam dobrze. System w domach dziecka nie jest idealny. Ale wiecie, co psuje go najbardziej? To, że nie docenia się i nie wspiera pracy najbardziej zaangażowanych i doświadczonych wychowawców w tych placówkach. Gówniarze po licencjatach zaczynający pracę w DDz patrzą na to, jak długoletni pracownicy z doskonałym doswiadczeniem i podejściem tracą status zawodowy. Pozbawia się ich praw nauczycielskich, zmniejsza pensum o połowę, To żenada. Tysiące takich ludzi, którzy naprawdę mają wielu wychowanków już dorosłych, dbających o swoje rodziny, traci wiarę w możliwosć dalszej pracy w tym zawodzie. A szkoda. Skoro oni nie będą autorytetem dla młodych pracowników, to kto?
    A Pan, Panie psycholog... pamiętaj Pan, że wielu obecnie przebywających w domach dziecka wychowanków, to młodzież przychodząca tu w wieku kilkunastu lat.... to często doskonali manipulanci, którzy wymagają nie tyle opieki i wsparcia, co trudnej pracy wychowawczej, a co gorsza.. obrony młodszych dzieci w grupie przed ich dobrze kontrolowaną i interesowną agresją. Masa takich "dzieci" trafia przez spaprane diagnozy Was - specjalistów. Praca w DDz to ciężki chleb. Trzeba zaangażować się w pomoc tym, którzy ciężko tu pracują a nie wrzucać ich do jednego wora z patałachami i krytykować cały system. To każdy potrafi.
    "Tak, to kozakuje moja babka" - jak mówią sami wychowankowie...

  • avatar

    etatysta

    Oceniono 3 razy -1

    Jedna strona wie o czym pisze, a drugiej się wydaje, że wie o czym przeczytała w poście. Nie wiem gdzie ten brak refleksji w moim poście, no ale cóż każdy widzi co chce..... Trudno dyskutować z kimś, kto nie ma pojęcia o pracy w domu dziecka, ale ma na jej temat wyrobione zdanie. Wero6niko jest spora różnica pomiędzy byciem jak rodzic, a byciem rodzicem.
    Nie wiem skąd ten jad u kogoś, kto pełni funkcję rodziny zastępczej. Ciekawe jak by zareagowały rodziny zastępcze gdyby ktoś "dla dobra dzieci" napisał o nich "prawdę".

  • avatar

    m.brigante

    Oceniono 3 razy 1

    Rozmowa etatysty z wero6niką chyba oddaje rzeczywistość. Jedna strona jest święcie przekonana, że ma zawsze rację i każda krytyka jest niewłaściwa (i zagrażająca), bo ma rację, a druga strona prosi o refleksję nad sobą, by to na dobre wyszło i dorosłym i dzieciom, ale pierwsza strona nie rozumie o co z tą refleksją chodzi, po co ona i jeszcze bardziej czuje się jak w oblężonej twierdzy. to niestety zjawisko o szerszym zasięgu.

  • avatar

    wero6nika

    Oceniono 3 razy -1

    Chyba Pan Etatysta nie czytał dokładnie artykułu i komentarzy, bo ludzie tu piszą o swojej pracy - choćby wymieniony Psycholog (a przy okazji to facet nie kobieta), osobiście nie jestem zwolenniczką nagonki na wychowawców z domu dziecka, bo to nic nie da i tylko rodzi Waszą nienawiść, ale na litość choć trochę ferleksji nad samym sobą!!! Ja wiem, że to trudne, ale proszę spróbować. Nigdy nie będzie Pan jak rodzic, choćby był Pan najlepszym wychowawcą i trzeba mieć tę świadomość.

  • avatar

    etatysta

    Oceniono 3 razy -1

    Jestem wychowawcą .......
    Skoro Pani psycholog widzi jak źle dzieje się w placówce w której pracuje to dlaczego na to pozwala? Boi się że straci ciepłą posadkę?
    To już kolejny artykuł, w którym "samozwańczy obrońcy uciśnionych" oceniają pracę innych nie pisząc słowa na temat swojej. Nie dowiedziałem się co Pani psycholog co robi w pracy. Może też tylko pije kawę? Może nie rozumie funkcjonowania placówki? Łatwo oceniać z perspektywy kogoś, kto nie jest bezpośrednio zaangażowany. Odpowiedzialność za dziecko jest na wychowawcy, który bezpośrednio i na co dzień zajmuje się dzieckiem - jest jak rodzic.
    Ciekawe, że najpierw były wychowanek, potem pedagog teraz psycholog oceniają pracę wychowawców. Nie znalazłem w żadnej z tych wypowiedzi refleksji nad swoim zachowaniem i swoją pracą, a mógłbym opowiedzieć dużo zarówno na temat "skrzywdzonych" przez domy dziecka jak i "specjalistów", którzy nierzadko zagrożeni utratą pracy i skonfliktowani ze wszystkimi, wylewają swoje żale w gazetach.
    Przez wiele lat swojej pracy, nie spotkałem się z zarzutami wobec siebie, za strony byłych czy obecnych wychowanków, że "skrzywdziłem" częściej słyszę "miał Pan rację, mogłem się posłuchać".

  • avatar

    wero6nika

    Oceniono 1 raz -1

    To nie takie proste skopiować, bo Polak potrafi obejść każdy przepis, długie lata PRLu nas tego nauczyły, oprócz ustawy musiałoby zmienić się nasze myślenie, a to jest o wiele trudniejsze, obawiam się, że rodzicielstwo zastępcze nie dotrwa w tym kraju do takiej przemiany, a nie potrafię sobie wyobrazić innej alternatywy dla domów dziecka, nie każde dziecko zabrane od rodziców może być adoptowane, poza tym wiele z tych dzieci ma szansę wrócić do domu, jeśli tylko ktoś naprawdę zacznie pomagać rodzinom, które mają problemy. Na razie to instytucje je tylko gnębią, a rodziny zastępcze są nastawiane przeciw rodzinom biologicznym. Jest jeszcze problem szkoły, która NIE MA żadnego sensownego pomysłu na edukację dzieci z takimi problemami jak mają dzieci z domu dziecka. Lekcje wyrównawcze to porażka, przygotowanie nauczycieli to porażka. Te dzieci naprawdę nie mają szans.

  • avatar

    camparis

    Oceniono 2 razy 2

    Ryba zaczyna się psuć od głowy ... trzeba by było zmienić cały system!
    Zacząć od góry, czyli od ustawodawców! To oni pozwolili na taką patologię!
    A jeśli nie potrafią sami wymyśleć czegoś sensownego - niech skopiują od państwa któremu się taki problem udało rozwiązać!

  • avatar

    antypropagandzista

    Oceniono 3 razy 1

    1410 tenrok zarzucasz mi brak logiki, a twoja logika jest taka: skoro jeden górnik wyniósł węgiel w gaciach to znaczy, że wszyscy górnicy mają węgiel w gaciach. Powtarzam: nie twierdzę, że domy dziecka są ok, ale oczernianie wszystkich, tylko dlatego, że tak jest efektownie i pasuje do tezy, jest po prostu wredne.

  • avatar

    wero6nika

    Oceniono 4 razy 0

    Jestem prostą kobietą, więc może nie będę tak zgrabnie pisać jak inni.
    Jestem matką zastępczą i opiekowałam się zarówno dziećmi z domu dziecka jak i tymi wyrwanymi niby z "chorego" domu. Wierzcie mi, że czasem tzw dobre domy bardziej psują Dzieci niż te z marginesu, ale nie o tym chciałam. Rzeczywiście ogrom spustoszeń jakie w Dziecku robi placówka jest ogromy. Na początku też miałam takie podejście: jak ci wychowawcy tak mogą! ale po latach borykania się z urzędnikami różnych instytucji wiem, że kierowanie złości w nich jest bez sensu. To system jest chory w całej opiece społecznej. Jakby nikt nie zatrudniał niedouczonych ludzi z dużymi własnymi problemami, to by nie było tej dyskusji. Mądrze ktoś tu napisał, że tych, którzy chcą się dokształcać nikt nie zatrudni i należycie nie wynagrodzi. wiecie co? z rodzinami zastępczymi za parę lat może być tak samo: my nie mamy jak się dokształcać i to nie tylko dlatego, że nikt nam nie da na to pieniądzy, ale kiedy mamy to robić? opiekę nad Dziećmi trzeba sprawować osobiście, a urlopy nie są przewidziane dla rodz. zast. Jeśli mamy problem to nie mamy dokąd się zwrócić. Centra pomocy rodzinie nie chcą mieć rodzin z problemami: nie radzicie sobie? to trzeba wam dzieci zabrać. W efekcie żadna rodzina zast. jak ma problem tego nie zgłosi. (Oczywiście może są w Polsce jakieś wyjątki, tylko o nich nie słyszałam.) Więc jakie szanse na lepsze jutro mają te Dzieci? Macie jakiś pomysł JAK to zmienić? Opowiadanie jakcy to wychowawcy są źli niczego nie zmieni. Ktoś jest w stanie sobie wyobrazić ile krzywdy dzieje się Dzieciom kiedy my tu sobie piszemy? To napiszmy coś budującego.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Wiadomości dnia

Infografika