Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]

  • 4 czerwca niestety znów dzieli. Władze Puław (PiS) nie zgodziły się na wystawę plenerową poświęconą pierwszym wolnym wyborom w Polsce. Wystawę fotograficzną, na której są zdjęcia z tamtego okresu, a na nich m.in. Lech Wałęsa, ale też... Jarosław Kaczyński. Wystawę, zorganizowaną przez lubelski Teatr NN oraz Komitet Obrony Demokracji. Wystawę, która była prezentowana w Lublinie, na Placu Lecha Kaczyńskiego i nikomu nie przeszkadzała.

    W oficjalnej odpowiedzi, którą dostał KOD od wiceprezydenta Puław Tadeusza Koconia napisano, że wystawa nie ma charakteru edukacyjnego. W rozmowie ze mną prezydent podkreślił z kolei, że miasto nie zgadza się na upolitycznianie głównego placu w mieście i ustawianie tam politycznych wystaw. - To kompletny absurd - mówią mi działacze KOD - Wystawa absolutnie nie jest polityczna. Pokazuje naszą historię, naszą walkę o wolność - słyszę od moich rozmówców

    Wiceprezydent Tadeusz Kocoń w rozmowie ze mną zapewnia, że jego działanie nie ma podtekstu politycznego. W jego ocenie, polityczna - to miała być sama wystawa. Skąd takie informacje? Bo na planszach ze zdjęciami - jak słyszę - widnieje znaczek KODu. - W debacie politycznej, KOD jest wyraźnie odczytywany jako strona tej debaty. A my nie chcemy upolityczniania placu - mówi Kocoń.

    Arkadiusz Pisarski, członek zarządu regionu lubelskiego KOD napisał mi, że NA ŻADNYM ZE ZDJĘĆ przedstawionych w wystawie nie ma znaczka KOD. Jedyna informacja o udziale Komitetu Obrony Demokracji w tworzeniu wystawy znajduje się na podziękowaniu, co widać na zdjęciach przesłanych mi przez pana Arkadiusza.

    Zdaniem Czesława Rolli z puławskiego KOD, nie bez znaczenia jest fakt, że w Puławach rządzi PiS. - Dostaliśmy odpowiedź, że to nie jest materiał edukacyjny i że jest odmowa. Jakiż może być większy materiał edukacyjny dla młodzieży? - pyta Rolla.

    - Rozumiemy, że jedynym prawdziwym powodem odmowy jest to, że współorganizatorem wystawy jest KOD, występujący przeciw polityce partii, która dominuje w obecnym układzie rządzącym w Puławach. Być może ukrytą przyczyną tej decyzji jest także to, że władze Puław nie uznają 4 czerwca za datę ważną dla Polski - wbrew historycznym faktom, ale zgodnie z obowiązującą wykładnią - mówi Adam Kalbarczyk z lubelskiego KOD.

    Czy rzeczywiście?

    Wiceprezydent Kocoń powiedział mi, że dla niego jest to bardzo ważna data. - Pamiętam wszystko niemal godzina po godzinie, było bardzo dużo emocji. Uznawaliśmy, że jest to promyk wolności. Co prawda w tej chwili w debacie publicznej ta data jest różnie oceniana, natomiast wtedy byliśmy wolni, młodzi, pełni entuzjazmu, że pojawił się promyk zmian - mówi Kocoń.

    Dlaczego zatem dziś uznał, że wystawa jest polityczna? Bo jak mówi... były na niej znaki KODu. Tyle, że tych znaków tam wcale nie ma. Czesław Rolla nie ma wątpliwości, że to gorsze niż cenzura.

  • Miejscy urzędnicy zapomnieli o chrześcijańskich wartościach - grzmią członkowie Społecznego Komitetu ''Lublin 700+'' . A chodzi o obchodzone w tym roku uroczystości związane z 700-leciem nadania Lublinowi praw miejskich. Miasto przygotowało z tej okazji bardzo bogaty program kilkuset najróżniejszych wydarzeń - są więc festiwale, konkursy, wystawy, pokazy, spektakle. Naprawdę, cała masa.

    Wszystko - co podkreśla dyr. Wydziału Kultury Michał Karapuda - przygotowywane we współpracy z mieszkańcami Lublina. Urzędnicy byli otwarci na każdą propozycję, w tym również środowisk związanych z Kościołem.

    Mimo otwartości miasta, pojawił się Społeczny Komitet obchodów 700-lecia Lublina pod nazwą ''Lublin 700+'' - uznano bowiem, że. urzędnicy z ratusza zapomnieli o chrześcijańskich wartościach. Dlatego komitet organizuje swoje obchody, w tym konferencję naukową na Zamku. Ale jak mówi jedna z założycielek komitetu, prof. Teresa Krasowska, trzonem działań jest nowenna. - Przez dziewięć miesięcy odprawiane są msze w różnych kościołach. Każdej mszy towarzyszy inna intencja. Początek, w kwietniu, to była intencja przebłagalna, za grzechy niewierności Bogu i ojczyźnie na przestrzeni 700 lat - mówi Krasowska. I dodaje, że wielka szkoda, że w miejskich obchodach nie znalazło się odniesienie do chrześcijańskich korzeni Lublina.

    Dyr. Wydziału Kultury odpowiada: miasto wcale nie zapomniało, że wśród mieszkańców są katolicy i dlatego starano się wszystko wyważyć. - Mam wrażenie, że obchody przygotowane przez nas i naszych mieszkańców - tych wierzących i tych niewierzących - są naprawdę bogate, a akcenty położone są na bardzo różne działania - mówi dyrektor. Dodaje, że są przewidziane uroczyste msze święte - choćby w Dniu Patrona Lublina, św. Antoniego czy 15 sierpnia - w urodziny miasta.

    - Poza tym, w ubiegłym roku przekazaliśmy m.in. parafiom około 700 tys. zł na przekazywanie dziedzictwa kulturowego, w szczególności pokazując osoby, które kształtowały charakter miasta. Choćby papież Jan Paweł II, który wykładał na KUL. W tym roku przekazaliśmy na to ponad 450 tysięcy zł - mówi Karapuda.

    Dlaczego ''Lublin 700+''?

    Pierwsze skojarzenie nawiązuje do rządowych programów PiSu ''500plus'' i ''MieszkaniePlus''. Jednak, jak mówi mi miejski radny PiS, prof. Mieczysław Ryba, tu chodzi raczej o nawiązanie do przyszłości Lublina. - Miasto się nie kończy. Chcemy pokazać pewną perspektywę, do czego sięgać, żeby się rozwijać. Korzeń chrześcijaństwa jest mocno osadzony - mówi M.Ryba.

    Cóż... poglądy można mieć różne, wiarę również - ważne jednak, by się porozumieć i dogadać. W specjalnej broszurze, wydanej z okazji 700-lecia, jest program obchodów, a w nim naprawdę kilkaset wydarzeń. Jak podkreśla dyr. M.Karapuda, gdyby ci, którzy dziś tworzą Społeczny Komitet się do niego zgłosili, na pewno udałoby się wypracować wspólne wydarzenia i wpisać je do oficjalnych obchodów. Tyle, że... nikt się do ratusza w tej sprawie nie zgłosił. A szkoda.

  • Z wielu stron i z wielu ust - codziennie - słyszymy o niebezpiecznych uchodźcach i o tym, że Polska uchodźców nie przyjmie. Bo mogą być zagrożeniem. Dziś na moim blogu o projekcie, który pokazuje, że cudzoziemcy wcale nie są tacy straszni jak ich malują; że są tacy jak my, tylko mają inną kulturę, religię, zwyczaje. A przekonują się o tym... seniorzy z wielokulturowej Warszawy.

    Projekt wymyśliło i prowadzi Stowarzyszenie Interwencji Prawnej. Obcokrajowcy, w tym m.in. Czeczeni, Ukraińcy i Nigeryjczyk, wśród nich uchodźcy, odwiedzają domy i kluby seniora, by wspólnie z nimi gotować, rozmawiać, opowiadać im o innych kulturach.- Seniorzy są zachwyceni - mówi Olga Hilik ze stowarzyszenia. Wspólne gotowanie widać na zdjęciach autorstwa Marleny Talunas

    W ramach projektu obcokrajowiec spotyka się z osobami starszymi, opowiada im o swoim kraju, tradycjach, zwyczajach, kulinariach. Była więc kuchnia brazylijska, nigeryjska, ale też z Indii, Kurdystanu czy Uzbekistanu. Z Ukraińcem wspólnie gotowano barszcz ukraiński. - Seniorzy byli sceptyczni, mówili, że potrafią taki barszcz sami ugotować. Dali się jednak przekonać i okazało się, że ten prawdziwy barszcz zasadniczo się jednak różnił - mówi Olga Hilik. Na jednym ze spotkań pojawił się Nigeryjczyk. Gotował danie, w którym wędzoną makrelę łączy się z kurczakiem. - Seniorzy na początku byli bardzo sceptyczni, a okazało się, że danie jest pyszne - mówi koordynatorka projektu.

    Luiza, Czeczenka, od 13 lat mieszka w Polsce. Opowiadała seniorom, jak wyglądaj czeczeńskie pogrzeby i śluby. A że zasadniczo się różnią, opowieściom nie było końca. Nie mogło też zabraknąć tematu gotowania. - Mówiłam o naszych daniach, w tym o chałwie, która jest zupełnie inna od tej chałwy, którą znamy z Turcji. Robi się ją ręcznie, z jajka, mąki i miodu - mówi nasza rozmówczyni. Pani Luiza mówiła też o głównym daniu z jej kraju - to żiżik gałnysz, czyli kluski z mięsem, gotowane na specjalnym wywarze mięsnym.

    Koordynatorki projektu wielokulturowej Warszawy, wspólnie z cudzoziemcami zabierały też seniorów m.in. do cerkwii czy meczetu, by oprócz innych kultur mogli też poznać inne religie. Tu też pytaniom nie było końca. Zorganizowano też zajęcia artystyczne np. szycie ukraińskich lalek -motanek.

    Co ważne, seniorom tak spodobały się spotkania z cudzoziemcami, że poczuli się niejako zobligowani do rewanżu. W jednej z dzielnic Warszawy złożyli projekt do bużetu partycypacyjnego, dostali pieniądze i zorganizowali spotkanie dla cudzoziemców, na którym m.in. podzielili się swoimi przepisami na dania polskiej kuchni. Projekt sfinansowało miasto Warszawa. Będzie realizowany przez najbliższe 3 lata w róznych dzielnicach.

    Głównym założeniem projektu jest aktywizacja seniorów i integracja międzypokoleniowa i międzykulturowa. Nikt nie kryje, że chodzi również o wzajemne poznawanie się i uczenie tolerancji i wyrozumiałości dla każdego wieku i dla każdej kultury. Posiłki przy wspólnym stole sprzyjają też przełamywaniu istniejących po obu stronach stereotypów i obaw.

  • "Ukrainiec nie jest moim bratem'' - między innymi takie słowa pojawiły się na prowadzonej przez Związek Ukraińców w Polsce stronie ''Nasze słowo''. Jest to czasopismo, wydawane przez związek, w języku ukraińskim.- Mamy pierwszy atak hakerów na naszą stronę - mówi nam prezes związku, Piotr Tyma. Choć przyznaje, że mowy nienawiści skierowanej wobec naszych sąsiadów zza wschodniej granicy jest dużo więcej.

    Na stronie, po ataku hakerów, pojawiło się też zdanie ''Ukraińcy-mordercy i zbrodniarze''; do tego wulgaryzmy. - Byłem zaskoczony, bo dotychczas takiego zdarzenia nie było. Pierwszy raz ktoś zaatakował strony tygodnika, którego jesteśmy wydawcą, a który ukazuje się w Polsce od 1956 roku- mówi Piotr Tyma.

    Związek Ukraińców w Polsce przekazał sprawę prawnikowi, który zdecyduje, co dalej, czyli czy będzie zawiadomienie do prokuratury.

    Anna Rodziewicz-Maszlanka jest Polką. Wyszła za mąż za Ukraińca. Mają dwoje dzieci. Jak mówi, teraz, gdy w Internecie jest zalew antyukraińskich treści, jej dzieci tym mocniej podkreślają swoją tożsamość narodową. -Czuję coś takiego, że czym więcej jest tej agresji w mediach, czym więcej jest jej w Internecie, tym bardziej moje dzieci czują się Ukraińcami. Nie wiem, czy to forma protestu czy współodczuwania, ale po tych różnych atakach tym bardziej podkreślają, że są Ukraińcami- mówi pani Anna.

    Nie ma statystyk, dotyczących antyukraińskiej mowy nienawiści w sieci. Takie dane mogą się jednak niebawem pojawić - Związek Ukraińców w Polsce rozpoczyna bowiem specjalny projekt, w ramach którego chce te dane zbierać.

    • 1
  • Gminne komisje rozwiązywania problemów alkoholowych - działają od lat i są sposobem na niezły zarobek, nawet do 2 tys. zł miesięcznie. A zarabiają... m.in. radni - obecni, ale także byli. Tak jest m.in. w Lublinie, gdzie jest kilku radnych i kilku byłych radnych w takiej właśnie komisji. ''Przecież ci radni nie są specjalistami od uzależnień. Czy w Lublinie brakuje specjalistów, osób, które pracują z takimi pacjentami? Czy nie ma u nas pracowników socjalnych, terapeutów, lekarzy? Dlaczego to muszą być radni? No wiadomo... chodzi o pieniądze'' - napisał mi jeden ze Słuchaczy TOK FM, pan Wojciech.

    Postanowiłam przyjrzeć się temu tematowi bliżej. A jako, że lubelska Fundacja Wolności właśnie przygotowała raport z informacjami o gminnych komisjach w 18 dużych miastach, więc tym bardziej warto napisać, co i jak. Zacznijmy od tego, czym zajmuje się taka komisja? Jej członkowie zbierają się w specjalnych zespołach na wyznaczonych posiedzeniach. Prowadzą kontrolę punktów sprzedaży alkoholu, podejmują działania zmierzające do wysłania konkretnych osób uzależnionych na przymusowe leczenie odwykowe, ale też opiniują kwestię usytuowania w konkretnym miejscu sklepu z alkoholem. Jest więc co robić, ale jest też jak sobie dorobić.

    Zasiadanie w komisji bynajmniej nie jest działaniem społecznym - wynagrodzenie ustala Rada Gminy. Ustawa nie przewiduje maksymalnej liczby członków komisji, więc... wszystko w rękach ułańskiej fantazji prezydentów czy burmistrzów. Z danych zebranych przez Fundację Wolności wynika, że np. w Warszawie jest 13 członków komisji, ale już w Katowicach - 42, w Krakowie - 31, w Poznaniu - 25. Podobnie w Lublinie.

    W komisjach są eksperci, ale są też radni. Formalnie przepis mówi o tym, że do komisji mogą wchodzić wyłącznie osoby przeszkolone w zakresie profilaktyki i rozwiązywania problemów alkoholowych. Ale np. w Lublinie... wystarczy kilkugodzinne szkolenie dla radnego, które przeprowadza przewodniczący komisji. Fakt, lekarz, ale też... jednocześnie radny. - Część tych osób to są naprawdę osoby, które jakby spadły z księżyca. W ogóle nie znają tematyki uzależnień. Nie ma się co oszukiwać, zielonego pojęcia o tym nie mają, żadnego doświadczenia w tym zakresie - mówi nam ekspert, członek komisji w Lublinie, który w komisji jest już od kilku ładnych lat.

    Lublin - niestety, a mówię to z żalem, bo to moje miasto - może się poszczycić największym odsetkiem radnych w składzie komisji (25 procent, ale do tego dochodzą też byli radni); w Olsztynie jest to 19 procent składu, w Szczecinie - 18 procent. CO WAŻNE, są jednak miasta, w których w komisjach alkoholowych W OGÓLE nie ma radnych - tak jest choćby w Gorzowie, Katowicach, Krakowie, Poznaniu czy Warszawie. Czyli jak się chce, to można...

    Wynagrodzenia? Niemałe...

    Z raportu Fundacji wynika, że w roku 2012 suma kosztów wynagrodzeń dla członków komisji z badanych 18 miast wyniosła 2 mln 986 tys. zł. W roku 2015 - już 3 mln 346 tys. zł. Dla przykładu w Lublinie - członek komisji dostaje za posiedzenie ok. 185 zł, a ma 7-9 posiedzeń w miesiącu. Nic tylko brać....

  • Jedyny w Polsce hostel dla osób LGBT - przestaje działać. Bo nie ma pieniędzy na jego dalsze funkcjonowanie. Hostel pomagał osobom, które doświadczają przemocy ze względu na swoją orientację seksualną czy tożsamość płciową. Zapewniał im schronienie, gdy uciekały z domu, bo rodzina próbowała je zmieniać. Działał od lutego 2015 roku. Przez ten czas pomoc znalazło tu blisko 70 osób. Nie tylko schronienie i wyżywienie na czas kryzysu, ale też np. pomoc psychologiczną.

    Wiadomo, że w Polsce jest sporo ośrodków dla ofiar przemocy - fizycznej, psychicznej, ekonomicznej. Trafiają tu głównie kobiety z dziećmi. TO MIEJSCE, w Warszawie, było jednak jedyne w swoim rodzaju. Trafiali tu głównie panowie, w wieku do 25 roku życia. Wszyscy doświadczali przemocy ze względu na swoją orientację seksualną, przemocy głównie ze strony bliskich. By np. młody chłopak, który po ujawnieniu, że spotyka się z innym chłopakiem - został niemal wyklęty przez rodzinę. Chodził jeszcze do liceum. Był inny mężczyzna, któremu w domu rodzina zamknęła dostęp do lodówki, nie mógł wychodzić z domu, nie miał komputera, a nawet telefonu. Bo bliscy myśleli, że dzięki temu go zmienią i zacznie być ''normalny''. - Najbardziej klasycznym scenariuszem była sytuacja, gdy ktoś ujawniał swoją orientację seksualną czy tożsamość płciową i nagle pojawiały się ze strony najbliższych reakcje homofobiczne - mówi Agnieszka Duszyńska ze Stowarzyszenia LAMBDA Warszawa, koordynatorka hostelu.

    Do ośrodka trafiały osoby nie tylko z Warszawy, ale z naprawdę odległych miejsc w Polsce. - Osoby 19-to czy 20-letnie, gdzie następuje odrzucenie ze strony rodziny. Ludzie, którzy byli w stanie przejechać pół Polski, by dopiero w hostelu poczuć się bezpiecznie - mówi Duszyńska.

    Początkowo hostel utrzymywał się z pieniędzy z grantu, otrzymanego z Fundacji Batorego. Gdy grant się skończył, była zbiórka publiczna. Udało się uzbierać ok. 75 tysięcy złotych. To wystarczyło na jakiś czas - miesięczny koszt utrzymania hostelu to 20-25 tysięcy zł. Ale stowarzyszenie uznało, że na dłuższą metę taka działalność nie ma szans, potrzebne jest stałe wsparcie. - Funkcjonowanie z miesiąca na miesiąc, tylko przy pomocy zbiórki publicznej, jest bardzo trudne, zarówno dla mieszkańców, którzy tam przebywają, ale też dla kadry i całej organizacji pracy. Bo to jednak lokal, media do opłacenia. I takie funkcjonowanie z myślą ''nie wiadomo, czy się uda uzbierać'' było bardzo, bardzo trudne - mówi koordynatorka hostelu.

    Placówka prosiła o wsparcie Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, ale pieniędzy nie dostała. Stąd decyzja o zawieszeniu działalności od połowy października. Stowarzyszenie ciągle liczy na wsparcie ze strony samorządu Warszawy - wsparcie stałe, regularne, by móc pomagać osobom LGBT - ofiarom przemocy.

    To smutne, że ośrodek, który niósł pomoc osobom, które są w kryzysie przez swoją orientację seksualną - zostaje zamknięty tylko dlatego, że nie ma pieniędzy. Bo nie ma innego takiego miejsca w Polsce. A trudno się spodziewać, by ofiara takiej przemocy - ze względu na obawy, stereotypy czy wstyd - zgłosiła się do ''normalnego'' ośrodka wsparcia, do którego trafiają głównie kobiety. Czyli takie ofiary... zostają na lodzie.

  • Na 24 października szykowany jest kolejny Czarny Poniedziałek i strajk kobiet. Czyli protest przeciwko planom naszych władz, dotyczącym zmiany ustawy aborcyjnej. Bo projektu w sejmie nie ma, ale... Mamy chociażby wczorajszą wypowiedź prezesa PiS. ''PiS będzie prowadził prace nad nowelizacją prawa o aborcji. Będziemy dążyli do tego, by aborcji w Polsce było dużo mniej niż w tej chwili' - powiedział w wywiadzie dla PAP. ''Będziemy dążyli do tego, by nawet przypadki ciąż bardzo trudnych, kiedy dziecko jest skazane na śmierć, mocno zdeformowane, kończyły się jednak porodem, by to dziecko mogło być ochrzczone, pochowane, miało imię''.

    Wojewoda lubelski o zachowaniach satanistycznych

    Kobiety, ale i mężczyźni ponownie wyjdą więc na ulice. Tymczasem zdaniem wojewody lubelskiego, Przemysława Czarnka, na poprzednim poniedziałkowym czarnym marszu - pojawiły się "zachowania o charakterze satanistycznym". Takie słowa miały paść na spotkaniu w Klubie Inteligencji Katolickiej w Lublinie, na wykładzie pana wojewody.

    Był tam m.in. jeden z lubelskich dziennikarzy, Sebastian Białach z serwisu OnetWiadomości. - Wojewoda wspomniał o tym, że Polska jest krajem jednolitym pod względem kulturowym, jak i wyznaniowym. Jednak są pewne wyjątki - i tutaj jako przykład podał zachowania, które jego zdaniem były satanistyczne podczas ostatniego poniedziałku, czyli chodziło mu o czarny protest - mówi mi Sebastian. I dodaje, że przekaz - w jego ocenie był jednoznaczny. - Nawet, jeżeli wojewoda użył skrótu myślowego, to jednoznacznie by to dla mnie oznaczało, że część ludzi, którzy wzięli udział w proteście, mogłaby być nazwana satanistami - dodaje dziennikarz.

    Co na to wojewoda lubelski, Przemysław Czarnek, profesor KUL?

    Dziś w rozmowie ze mną mówi, że został źle zrozumiany. Przyznaje jednak, że słowa o zachowaniach satanistycznych rzeczywiście padły. Wojewoda dowodzi, że tak może oceniać osoby, które były na wiecach i miały obraźliwe transparenty, które wojewoda... widział w telewizji. - Był na przykład transparent z palcem wskazującym wciśniętym w narządy rozrodcze kobiety i skrzyżowanym na znak krzyża. To symbole nie do przyjęcia i mogą mieć charakter satanistyczny - mówi Czarnek.

    Wojewoda dzisiaj zapewnia, że mówiąc o zachowaniach satanistycznych nie miał na myśli protestujących kobiet jako ogółu. - Każdy w demokratycznym, wolnym państwie może manifestować swoje poglądy i wypowiadać je publicznie. Natomiast w sytuacji, w której dochodzi do formułowania poglądów obraźliwych, jest to nie do przyjęcia w normalnych krajach. Mam na myśli też plakat, na którym widniał wizerunek dziecka w łonie matki i napis "Rest in PiS" - widać było to w telewizji. Ten charakter wiecu oceniam jako satanistyczny wręcz - dodaje polityk PiS.

    Gdy dopytuję, czy nie uważa jednak, że słowa o satanistycznym charakterze były nie na miejscu, wojewoda odpowiada: "Ja już wyjaśniłem. Satanistyczny charakter mają sposoby wyrażania poglądów, które są obraźliwe dla innych, którzy mają przeciwne zdanie".

    Wojewoda użył słów, jakich użył. I sam to potwierdza. Próbuje się tłumaczyć, choć mnie te tłumaczenia nie przekonują. A Was?...

  • Czarny protest. Tysiące kobiet, ale i mężczyzn na ulicach. Nawet policja (której szefowie zostali powołani przez obecną władzę) podała, że w całej Polsce na ulice wyszło ok. 100 tysięcy osób. Myślałam, że po słowach ministra W.Waszczykowskiego - m.in., że były to wydarzenia marginalne - nic mnie już nie zdziwi. Czy po słowach jednego z radnych z Rady Dzielnicy Wieniawa w Lublinie, który na FB nadawał relację na żywo, a w niej uczestniczki protestu nazwał m.in. ''prostytutkami''.

    Ale jest kolejny kwiatek. Dostałam informację od słuchaczki, że w Radzyniu Podlaskim burmistrz w trakcie sesji Rady Miasta - to była uroczysta sesja z okazji 1050 rocznicy chrztu Polski - był łaskaw nawiązać do poniedziałkowego protestu nazywając go "buntem pogan". O szczegółach napisał jeden z lokalnych portali, a link do tekstu podesłała mi pani Elżbieta PRZECZYTAJ

    Szanowny Panie Burmistrzu!

    Trzeba wiedzieć, co się mówi. Zgodnie z definicją słownikową, poganie to pogardliwe określenie używane przez chrześcijan wobec wyznawców innych religii.

    @Naprawdę wierzy Pan w to, że w ramach Czarnego Poniedziałku protestowali tylko ateiści czy muzułmanie?

    @Naprawdę jest Pan pewien, że katoliczek tam nie było?

    @Naprawdę nie ma Pan wśród znajomych osób, które też wyszły na ulicę, by pokazać swój głos?

    @Naprawdę? Naprawdę? Naprawdę?

    Otóż nie, było tam naprawdę wiele pań, które same, jawnie deklarowały, że chodzą do kościoła, przyjmują w domu księdza, a ich dzieci chodzą na religię. Co nie zmienia faktu - że chcą mieć wybór. I chcą, by państwo nie wchodziło z butami w ich życie. Wiem, że tam były, bo z niektórymi rozmawiałam.

    Można zaklinać rzeczywistość, ale takie są fakty. Nazywanie uczestniczek protestu poganami czy używanie innych epitetów - to plucie kobietom w twarz i mówienie, że deszcz pada...

    Radzyń Podlaski, drodzy internauci, to ta sama miejscowość, o której nie tak dawno pisałam. Miejscowość, w której w lokalnym KRUS odbywały się przed pracą codzienne modlitwy. Dziś już ich nie ma, ale były. PRZECZYTAJ

    Radzyń to też to miasto, w którym burmistrz Jerzy Rębek (były poseł PiS) zawierzył miasto Jezusowi. To ten sam burmistrz, który jeszcze będąc posłem, w sprawie in vitro, grzmiał z sejmowej mównicy: ''Niech to usłyszy najmłodsze pokolenie: żeby siostrzyczka lub braciszek narodzili się z in vitro, kilkoro spośród nich musi umrzeć. To narusza piąte przykazanie, które mówi: "Nie zabijaj"''.

    Cóż, świeckie państwo...

  • Dziś u mnie o RADNYM dzielnicy, który w maju kupił jedną z kamienic w Lublinie - przy ul. Skibińskiej 5 - i chce z niej eksmitować lokatorów. Jak twierdzi, kamienica jest w zrujnowanym stanie i nie nadaje się do użytku, bo zagraża życiu i zdrowiu ludzi. Mariusz Kasprzak kupił kamienicę w maju (nieoficjalnie wiadomo, że za stosunkowo niewielkie pieniądze), a zażądał od mieszkających tam od kilkudziesięciu lat ludzi odszkodowań za 10 lat wstecz (np. od jednej z lokatorek ponad 400 tysięcy złotych). - Pierwszy raz w Lublinie mamy do czynienia z kimś, kto działa jak tak zwany ''czyściciel kamienic'' - usłyszałam od przedstawicieli Lubelskiej Akcji Lokatorskiej.

    Nowy właściciel kamienicy był do tej pory przewodniczącym zarządu dzielnicy Kośminek. Ale we wtorek wieczorem jednogłośnie został odwołany. Rada Dzielnicy uznała, że nie chce, by ktoś taki ją reprezentował. Nie wywiązywał się z obowiązków przewodniczącego (choćby nie sporządzał protokołów z posiedzeń), ale - jak usłyszałam - czarę goryczy przelała sprawa eksmisji. - Dostaliśmy setki telefonów, maili, różnych sygnałów od mieszkańców, że taka osoba, która powinna działać na rzecz innych - zajmuje się wyrzucaniem ludzi z mieszkań - mówi mi Tomasz Aftyka z Rady Dzielnicy.

    - Ja zagłosowałem za odwołaniem i przede wszystkim wziąłem pod uwagę sprawę eksmisji, która jest nagłośniona. Bo robi ludziom krzywdę, będąc przewodniczącym zarządu dzielnicy. Zawiodłem się po prostu na nim. Wyszło szydło z worka - mówi radny, Andrzej Mazur. Padały też argumenty finansowe. - Przez 7 miesięcy Kasprzak wziął 13 tysięcy diety i nie stać go było na to, by napisać cztery protokoły - dowodzi radny, T.Aftyka.

    - Osoba, która reprezentuje naszą dzielnicę, powinna mieć nieposzlakowaną opinię - można było usłyszeć z ust Magdaleny Kowal ze Stowarzyszenia Przyjaciół Kośminka. Radni dowodzili, że sprawa o eksmisję odbiła się w dzielnicy i w całym mieście szerokim echem, stawiając ich w bardzo złym świetle. - Bardzo źle się czuję z tym, jak jesteśmy napiętnowani przez tą sytuację, bo to sytuacja bardzo trudna. Poza tym być może ta sprawa o eksmisję, która jest jego prywatną sprawą, tak go zaabsorbowała, że zaczął zaniedbywać też inne obowiązki, działania w radzie dzielnicy - mówi Joanna Jabłońska, przewodnicząca Rady Dzielnicy Kośminek.

    Sam Mariusz Kasprzak na posiedzeniu się nie pojawił. Przyszedł za to radny z PiS, Eugeniusz Bielak, który wcześniej... nie był tu widziany. Próbował zablokować podjęcie uchwały o odwołaniu przewodniczącego zarządu. Udowadniał, że nie ma odpowiedniego uzasadnienia i że uchwała będzie nieważna. - Jesteś pan u nas gościem, siedź pan cicho - usłyszał od mieszkańców

    Ruszył też proces w sądzie

    Przed sądem ruszył też proces o eksmisję lokatorów. M.Kasprzak, jako właściciel, pojawił się w sądzie, ale... przeszkadzali mu dziennikarze. - Ja nie mogę się skupić - stwierdził. Chciał, by proces toczył się za zamkniętymi drzwiami, na co nie zgodził się sąd. - W takim razie ja wyjdę, a państwo będą obradować sobie sami. I rzeczywiście wyszedł, ale za chwilę wrócił. Nie znał odpowiedzi na część pytań sądu. Ostatecznie żadne decyzje nie zapadły - kolejna rozprawa w listopadzie.

    • 1
  • Tylko w 20 procentach wniosków o 500plus, złożonych przez rodziców, z których jeden pracuje za granicą - wydano decyzję o przyznaniu pieniędzy. Pozostałe rodziny wciąż czekają. Czeka też pani Zofia, słuchaczka TOK FM, która do mnie napisała.

    Jest mamą trzech córek, w tym jednej niepełnosprawnej, mąż pracuje na Węgrzech. Pani Zofia wydaje bardzo duże pieniądze na rehabilitację córki, która jest po leczeniu onkologicznym i wielu zabiegach. Pieniądze są rodzinie bardzo potrzebne, zwłaszcza teraz przed początkiem roku szkolnego. Słuchaczka wniosek o 500plus złożyła na początku czerwca w swoim urzędzie gminy. Wie tylko tyle, że został niezwłocznie przekazany do podległego marszałkowi ośrodka polityki społecznej. I dalej CISZA...

    Okazuje się, że w całej Polsce w takiej sytuacji jak pani Zofia są wciąż tysiące rodzin. W samej Małopolsce jest ok. 11 tysięcy wniosków złożonych przez rodziny, w których rodzic pracuje za granicą, a na Mazowszu - prawie 4 tysiące.

    Pracownicy Urzędu Marszałkowskiego w Warszawie: ''Jest wiele powodów tej sytuacji. Należą do nich m.in. opóźnienia w udzieleniu dotacji samorządom przez administrację rządową na realizację nowego zadania jakim jest program 500+ (lub udzielenie tej dotacji w mniejszym wymiarze niż wynika to z faktycznych potrzeb), składanie niekompletnych wniosków przez wnioskodawców (np. we wniosku brakuje niezbędnych danych takich jak adres członka rodziny za granicą)''. I dalej: ''Jeśli chodzi o sprawę Pani Zofii jest ona w toku, i zostanie do niej wystosowana odpowiedź''. No, trudno, żeby było inaczej. Pytanie tylko, KIEDY??? ale tu odpowiedzi już nie ma.

    Co na to Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej?

    Dyr. Michał Drozdowicz z jednego z departamentów przyznał w rozmowie ze mną, że podobna sytuacja jest w całej Polsce. Ministerstwo twierdzi, że przekazało samorządom pieniądze na obsługę programu. Kto więc zawinił? Zdaniem dyrektora, w dużej części gminy, które zbyt późno, jedną falą - przekazały wnioski o 500plus do urzędów marszałkowskich.

    Poza tym, jak podkreśla dyrektor, w Warszawie większość wniosków to wnioski nowe (czyli rodzina nigdy nie korzystała ze świadczeń, nie ma jej w systemie). Urzędnicy marszałka muszą pisać do instytucji w państwie, w którym rodzic pracuje z pytaniem o świadczenia ewentualnie pobierane już w tym kraju, czyli np. w Niemczech czy na Węgrzech. A to trwa. Tym bardziej, że obowiązuje tradycyjna, papierowa korespondencja.

    Zagraniczny urząd ma 3 miesiące na odpowiedź. Ale i to może się przedłużyć. Np. najdłużej czeka się w tej chwili na odpowiedzi z Niemiec. A odpowiedź jest konieczna, bo polski urząd musi wiedzieć, czy Kowalski albo Nowak nie pobiera świadczeń w kraju, w którym pracuje, bo wtedy 500plus może mu sie nie należeć.

    - Miałam kupić najmłodszej córce nowy plecak do szkoły, ale na razie nie mam za co - mówi pani Zofia. Ma też zapłacić wpisowe za specjalny kurs wiolonczelowy dla chorej córki - kurs na który została wybrana, jako jedna z nielicznych w Europie. - Bardzo czekamy na te pieniądze. I nikt nie jest w stanie powiedzieć, kiedy je dostaniemy - mówi słuchaczka TOK FM.

  • ''Pani redaktor!!!

    Bardzo proszę o wyjaśnienie i podanie do publicznej informacji, czemu ma służyć końcówka 99 gr prawie przy każdej cenie towaru.

    Wiem, że nie wynika to z kalkulacji cenowej'' - napisał do mnie pan Wojciech, słuchacz TOK FM.

    Niestety, rzeczywiście wielokrotnie jest tak, że w sklepie dużą czcionką jest podana pierwsza część ceny np. 8 zł, a mniejszym drukiem - 99 gr. I klient daje się skusić, złapać w pułapkę. Chwyt marketingowy - bo tak trzeba to nazwać - działa. I koło napędowe naszego handlu się kręci. Myślimy: ach, zawsze to parę groszy taniej, 89,90 to jednak nie to samo co np. 100.

    Postanowiłam - trochę na pocieszenie:-) - napisać, jak jest w Czechach, gdzie ostatnio byłam. Otóż tam, ceny też są z takimi właśnie końcówkami 3,90 korony czy 78,90 korony. I nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że nikt nie wydaje tam klientowi 10 czy 40 halerzy. W ogóle ich nie ma w obiegu.

    Przy kasie jest więc tak, że gdy w rachunku wychodzi np. do zapłaty 100,70 - to kasjer przyjmie od nas 101 koron. Po prostu. W Czechach obowiązuje bowiem zaokrąglanie do pełnej kwoty. Mimo, że ceny najczęściej zawierają halerze (1 korona to 100 halerzy).

    U nas przynajmniej w sklepach sprzedawcy wydają nam grosze... Choć wiem, że nie każdy je lubi, bo trochę w portfelu ważą. Ale - zawsze - lepsze to niż nic. A poza tym, dobrze jest przecież mieć choć grosik na szczęście.

  • Nastrój żałoby zapanował w gimnazjach po zapowiedzi reformy. Zgodnie z tą zapowiedzią, gimnazja mają być zlikwidowane (wygaszone). Cały czas dostaję sygnały od zdenerwowanych, a powiedziałabym nawet zrozpaczonych nauczycieli.

    - Te wszystkie debaty, organizowane w ostatnich miesiącach przez MEN, zbieranie podpisów za pozostawieniem gimnazjów, prośby - wszystko na nic. Przez ostatnich kilkanaście lat zrobiliśmy wiele, by dorastający uczniowie gimnazjów mieli szansę się rozwijać, uczyć, pomagać innym - mówi pani Ewa, nauczycielka gimnazjum. Jest rozgoryczona zwłaszcza tym, że swoją decyzję minister edukacji ogłosiła praktycznie już w czasie wakacji. - Chodziło chyba o to, by temat wakacyjnie zamknąć, by nie było dyskusji i sporów. Bo wiadomo, że część osób miała już poplanowane urlopy, wyjazdy, niektórzy dorabiają na koloniach - mówi mi inna z nauczycielek. I dodaje, że odkąd dowiedziała się o zmianach, ma problemy ze snem. - Siedzę i myślę, co będzie. Jak można jednym ruchem zniweczyć tyle lat naszej pracy? - zastanawia się pani Beata (prosi o niepodawanie nazwiska).

    Nauczyciele boją się o pracę i mówią o tym otwarcie. Bo pomysł MEN wiąże się m.in. z tym, że prawdopodobnie skróci się o rok obowiązkowa nauka. Dziś podstawówka i gimnazjum to 9 lat, a po zmianach - sama podstawówka - to 8 lat. - Wiadomo, że część uczniów nie będzie się dalej uczyć, więc wypadną z systemu. A przez to będzie mniej godzin dla nauczycieli - słyszę.

    Dyrektor Gimnazjum nr 18 w Lublinie, Marek Krukowski zgodził się porozmawiać pod nazwiskiem. Nie kryje, że na ostatniej radzie pedagogicznej, tuż po szumnej zapowiedzi pani minister, że gimnazja znikną - wśród nauczycieli zapanował nastrój żałoby. - Odbyła się krótka dyskusja, bo uznałem, że nie możemy udawać, że nic się nie dzieje. My tak do końca nie rozumiemy tych zmian, które zapowiedziała pani minister - mówi dyrektor. Podkreśla, że od wielu nauczycieli słyszał pytanie: "Co ja mam teraz robić? Już szukać pracy?". - Ale przecież ja też niewiele wiem. To są zapowiedzi, nie ma ustawy, nie ma rozporządzeń. Trudno mówić o jakichś działaniach, jeżeli nie ma chociażby projektów aktów prawnych - mówi Krukowski.

    - Rozpoczęły się wakacje i pozostawiono nas samym sobie. Z jednej strony, wakacje to czas kiedy nauczyciel może skorzystać z urlopu, a z drugiej - jak tu odpoczywać? - zastanawia się dyrektor osiemnastki.

    Z moich informacji wynika, że w Lublinie, a zapewne i w innych miastach są nauczyciele gimnazjów, którzy już teraz szukają pracy w podstawówkach. Szukają i znajdują. A robią to, by mieć pewność, że wcześniej czy później nie zostaną bez pracy. Przez reformę.

  • Urząd wie lepiej od matki, kto jest ojcem jej dziecka - czy to możliwe? Okazuje się, że tak. Dziś u mnie o przepisie, który jest... co najmniej dość dziwny. Pewnie większość z Was o tym nie wie, ja też nie miałam zielonego pojęcia. Chodzi o przepis, który wywołuje awantury w Urzędach Stanu Cywilnego - czyli domniemanie ojcostwa. Ale po kolei.

    Załóżmy, że pani Kowalska jest już prawomocnie po rozwodzie. Po 8 miesiącach rodzi dziecko, którego ojcem jest jej nowy życiowy partner - pan Nowak. Gdy ojciec malucha zgłasza się do urzędu by zarejestrować swoją pociechę i odebrać akt urodzenia, okazuje się, że w dokumencie widnieje nazwisko... kogoś innego. Byłego męża pani Kowalskiej.

    Nowak tłumaczy, że to jakiś żart, bo przecież to on jest tatą, jest w szczęśliwym związku i chce, by w dokumentach była prawda. Przychodzi do urzędu nawet z partnerką, która też to potwierdza. Ale to nic nie zmienia. Zgodnie z art. 62 Kodeksu Rodzinnego i Opiekuńczego, urzędnik MUSI wpisać jako ojca dziecka - byłego męża kobiety, jeśli nie minęło 300 dni od daty uprawomocnienia się wyroku rozwodowego. - Nie mamy innej możliwości. Musimy działać zgodnie z prawem - mówi mi Dariusz Janiszewski, zastępca kierownika Urzędu Stanu Cywilnego w Lublinie.

    W urzędach są o to awantury, bo prawdziwi rodzice niemowlaka mają pretensje do urzędników. - Często słyszę, że to ja nie chcę wpisać w akt urodzenia właściwego nazwiska. A przecież ja nie mam na to wpływu - mówi Janiszewski. Nie kryje, że kłótni, żalu, a nawet niecenzuralnych słów jest wiele, bo ludziom - po chwili zaskoczenia i szoku - puszczają nerwy. Jest to dla nich oczywiste, że urzędnik powinien wpisać dane taty, a nie kogoś obcego.

    Czy sprawę można odkręcić?

    Można, ale tylko przed sądem - trzeba złożyć pozew o zaprzeczenie ojcostwa. I to w określonym terminie. Przepis mówi tak: ''Mąż matki może wytoczyć powództwo o zaprzeczenie ojcostwa w ciągu 6 miesięcy od dnia, w którym dowiedział się o urodzeniu dziecka przez żonę, nie później jednak niż do osiągnięcia przez dziecko pełnoletności''.

    Sprawy są niejako jeszcze bardziej skomplikowane, gdy dziecko rodzi się za granicą, np. w Anglii. Wtedy akt urodzenia trzeba umiejscowić w Polsce. W akcie jest wpisana matka i biologiczny ojciec, czyli tak jak być powinno. Tyle tylko, że w Polsce i w tym przypadku obowiązuje art. 62. Zgodnie z nim, nawet jeśli w tzw. umiejscowionym akcie urodzenia jest wspomniany już wcześniej pan Nowak (czyli tak jak być powinno), to formalnie w myśl polskich przepisów - ojcem wciąż pozostaje były mąż matki.

    Spirala problemów się nakręca. Bo to może być kluczowe w takich codziennych życiowych kwestiach - np. sprawach o alimenty, spadek czy przy innych czynnościach urzędowych. Czyli mówiąc krótko, każdy z nas przepisy powinien mieć w głowie, by nie wpaść na minę. Tyle tylko, że to nierealne...

    PS. Napisał do mnie pan Andrzej, który przechodził całą procedurę. Jak twierdzi, jeśli strony (matka, były mąż) potrafią się porozumieć, cała procedura naprawienia ''pomyłki'' trwa 4-5 miesięcy. Gorzej, jeśli pojawiają się nerwy, emocje, kłótnie...

  • Duża polska firma chce sfinansować zabiegi in vitro dla grupy kobiet - ujawnił w rozmowie ze mną szef jednej z warszawskich klinik. Nazwy firmy zdradzić nie chce, bo ta - postanowiła pozostać anonimowa. Nieoficjalnie wiadomo, że chce wyłożyć na zabiegi kwotę około 100 tysięcy złotych.

    Jeden z internautów spytał mnie - co firma chce w zamian? Otóż, nic w zamian nie chce. Chce pomóc kobietom, a w zasadzie parom, które bardzo chcą mieć potomka, a biologia na to nie pozwala. Przedstawiciel firmy zgłosił się do kliniki z taką propozycją. Dyr. Tomasz Rokicki z kliniki Invimed był początkowo zaskoczony, ale rozmowy były bardzo merytoryczne.

    Decyzja właściciela firmy ma być odpowiedzią na cofnięcie przez rząd finansowania zabiegów in vitro. Finansowania nie ma od lipca - cały czas refundowane są jeszcze leki, choć nie wiadomo, jak długo.

    - Firma chce pokryć koszt leczenia dla grupy pacjentów. Określi koszt czy liczbę cykli, mniej więcej tak to wygląda. Coś w tej dziedzinie się dzieje - mówi dr Rokicki. I dodaje, że jego zdaniem to początek. - Na razie to niewielkie kwoty, nie da się ich porównać z programem rządowym. Natomiast ja mam wrażenie, że ta inicjatywa się rozwinie - dodaje szef kliniki.

    Niewykluczone, że aby móc przyjąć ofertę firmy klinika założy fundację. Na razie rozmowy trwają. To, że prywatny przedsiębiorca chce wyłożyć pieniądze na zabiegi to nowość - chce to zrobić, by choć grupa kobiet mogła poczuć się matkami.

    Ale nie jest tajemnicą, że po cofnięciu finansowania - zabiegi in vitro chcą finansować samorządy. Już robi to Łódź, Częstochowa czy Sosnowiec. Inne miasta się zastanawiają, jak np. Dąbrowa Górnicza czy Poznań. Pomysł pojawił się też w Warszawie.

    Rząd wycofał się z finansowania in vitro, zapowiadając Narodowy Program Prokreacji. Mówi się o kompleksowej diagnostyce, badaniach, otwarciu w Łodzi specjalnej kliniki (takie same mają też powstać w innych miastach wojewódzkich). Tyle, że to nie zastąpi in vitro.

    - Słucham tego z zażenowaniem, smutkiem i ze zdziwieniem, że ludzie są w stanie snuć takie wizje. Bo trzeba podkreślić, że nawet, jeżeli będzie nie wiem ilu specjalistów, wykona się nie wiem ile badań i testów, to przychodzi taki moment, gdy ci pacjenci - para - siedzą przed nami i trzeba im coś zaproponować. Nie mając możliwości działania w obszarze wspomaganego rozrodu, u 90 procent z tych par będziemy musieli powiedzieć, że to wszystko, że nie mamy możliwości im pomóc - mówi dr Tomasz Rokicki. Smutne, ale prawdziwe. Niektórzy jakby tego nie widzą... Albo widzieć nie chcą.

    • 8
  • ''Błagam o pomoc'' - napisała do mnie mama dorosłego już mężczyzny z cukrzycą. Chodzi o brak leku, bez którego nie da się normalnie funkcjonować. Pacjenci, którzy powinni przyjmować refundowany testosteron w kapsułkach są w kropce, bo leku nie ma ani w aptekach, ani w hurtowniach.

    Pani Jadwiga, słuchaczka, która do mnie napisała, obdzwoniła wiele hurtowni i aptek praktycznie w całej Polsce. I nic. Na pytanie, dlaczego leku nie ma, usłyszała m.in. odpowiedź, która ją zmroziła. - Że leki są wykupowane na pniu - to cytat, bo nawet sobie go zapisałam. Leki są oczywiście refundowane, kosztują 13,40 i są ponoć wywożone za granicę. A tam mają podobno kosztować 40 euro - mówi pani Jadwiga. Po co preparat może być wywożony? - Być może do siłowni. Dla mojego syna to niezbędny lek, dla innych - być może testosteron na przyrost masy mięśniowej - mówi słuchaczka.

    Ministerstwo Zdrowia nie potwierdza, by miało sygnały o wywożeniu tego konkretnego leku za granicę, ale potwierdza, że leku rzeczywiście w aptekach brakuje. ''Zgodnie z informacją otrzymaną od producenta firmy MSD Polska Sp.z o.o., produkt leczniczy Undestor Testocaps, testosteroni undecanoas, kapsułki, 40mg, jest czasowo niedostępny. Planowane wznowienie obrotu tym produktem jest planowane na IV kwartał 2016 roku''- napisała mi Milena Kruszewska, rzecznik ministra zdrowia.

    Pan Krzysztof, 30-latek choruje na cukrzycę. Lek, o którym mowa, przyjmuje od ponad 10 lat. Raz zrobił przerwę, postanowił spróbować. Jak mówi, skończyło się depresją, lękami i wizytą u psychiatry. - Boję się, co teraz będzie, bo mam już resztki tego leku. Nie chcę znów mieć tych samych problemów - mówi. Jak dodaje, depresja to nie wszystko - mogą się pojawić i inne problemy, w tym osteoporoza, a potem złamania.

    Dr Szymon Bakalczuk, androlog, podkreśla, że pacjenci mają ogromny problem. I to nie tylko ci z cukrzycą, ale i inni, u których występuje niski poziom testosteronu, choćby panowie z andropauzą. - Lek jest lekiem refundowanym i powinien być w ciągłej sprzedaży, a w tej chwili nie ma go wcale. I w zasadzie nie ma zamienników - mówi lekarz. Dodaje, że jest jeden lek, który można byłoby zastosować w zastępstwie, ale... przeszkodą dla wielu pacjentów jest cena. - Jest to lek iniekcyjny, a jego koszt kształtuje się między 470 a 550 zł. I nie jest to lek refundowany. W związku z tym pacjenci mają bardzo poważny problem - mówi dr Bakalczuk.

    Co radzi Ministerstwo Zdrowia? Resort poprosił konsultanta krajowego w dziedzinie endokrynologii o wskazanie odpowiedników leku, o którym mowa. ''Z informacji przekazanej przez Pana Profesora wynika, że nie ma możliwości kontynuowania terapii testosteronem za pomocą preparatu doustnego, istnieją natomiast możliwości zastąpienia terapii doustnej terapią domięśniową (...)'' - napisała rzeczniczka ministra. O kwestii refundacji i o cenie ani słowa.

    To co najmniej dziwne, że leku, który jest refundowany i powinien być dostępny, po prostu nie ma. I tyle. Pacjencie - martw się sam...

  • Ostatnio w wypowiedzi jednego z ministrów pojawiły się kolorowe kredki i słowa o LGBT. W kontekście zamachów terrorystycznych, czyli - jakby na to nie patrzeć - w negatywnym świetle. Taki przekaz poszedł w świat. I dziś u mnie na blogu właśnie o LGBT.

    Moim gościem w TOK FM była Agnieszka Duszyńska, koordynatorka hostelu interwencyjnego dla osób LGBT w Warszawie. Działający od ponad roku hostel miał problemy finansowe, groziło mu zamknięcie, ale wciąż działa i pomaga. M.in. ofiarom przemocy.

    Postanowiłam o tym napisać, bo osoby o innej orientacji seksualnej/ tożsamości płciowej spotykają się z brakiem zrozumienia nie tylko ze strony polityków, ale również - nawet swoich najbliższych. Do hostelu trafiali np. mężczyźni, którzy byli w swoich domach zamykani na klucz po tym, gdy rodzina dowiedziała się, że ich syn czy brat jest gejem. Bywa, że rodzina liczy/ jest przekonana, że Jacek czy Wojtek - jak posiedzi w domu, nie będzie nigdzie chodził i z nikim się spotykał, to mu ''głupoty wyjdą z głowy'' i o żadnym homoseksualizmie nie będzie już mowy.

    Błędne myślenie rodzi konflikty, frustracje, stres. I niestety, również przemoc. Czasami fizyczną, ale jednak najczęściej psychiczną czy ekonomiczną - chodzi o zabieranie pieniędzy, komputera czy komórki, byle tylko spowodować, że nasz bliski się zmieni.

    A.Duszyńska mówi mi, że najbardziej klasyczny scenariusz dotyczy sytuacji po ujawnieniu swojej orientacji seksualnej w gronie najbliższych osób. - Wtedy zaczynają się pojawiać homofobiczne komentarze, ale też wyzywanie, prześladowanie, poniżanie. Często przemoc psychiczna powoduje poczucie beznadziei - mówi.

    Do hostelu trafiają ci, którzy uciekają przed przemocą i upokorzeniami. Uciekają z małych wiosek, ale też dużych miast. Szukają schronienia choć na chwilę - miejsca, gdzie ktoś ich zaakceptuje. Najczęściej to mężczyźni, dość młodzi, w wieku 19-21 lat. - Są w stanie przejechać pół Polski, żeby dopiero u nas w hostelu poczuć się bezpiecznie - słyszę.

    Moja rozmówczyni pamięta chłopaka, który miał ograniczany dostęp do lodówki - tylko dlatego, że jest gejem. Rodzina chciała go ''wziąć głodem''?... Brzmi absurdalnie, ale historie są różne, również i właśnie takie. Był też młody chłopak, z liceum, z dobrze sytuowanej rodziny, dobrze się uczył. Gdy ujawnił rodzicom, jak jest - zaczęły się problemy w domu. Też uciekł do hostelu.

    Lambda wspólnie z Kampanią Przeciw Homofobii przygotowuje raport na temat przestępstw motywowanych uprzedzeniami, do których doszło w 2015 roku. - To, co odróżnia przemoc wobec osób LGBT od przemocy na tle rasizmu czy ksenofobii, to to, że rasizmu czy ksenofobii raczej nie doświadczymy u siebie w domu. A jeśli jestem osobą LGBT, to może być tak, że rodzina mnie nie akceptuje - mówi Piotr Godzisz, specjalista do spraw przestępstw motywowanych uprzedzeniami w Lambda Warszawa.

    W Polsce brakuje odpowiednich przepisów. -Trzeba wpisać orientację seksualną i tożsamość płciową jako przesłanki chronione w kodeksie karnym. Chodzi o to, by takie przestępstwa, mowa nienawiści wobec osób LGBT były traktowane jak rasizm czy ksenofobia - mówi Godzisz.

  • 500plus - tylko do 1 lipca można złożyć wniosek, by dostać pieniądze z wyrównaniem od kwietnia. Większość rodzin już wnioski złożyła, ale nie wszyscy już dostali to finansowe wsparcie. Są gminy w Polsce, które pieniądze wypłacają z opóźnieniem, a nie od razu po rozpoznaniu wniosku. Są i takie, w których urzędnicy są wyjątkowo nadgorliwi i wymagają dokumentów, które -w konkretnych sytuacjach - nie powinny być wymagane. Na przykład PIT-ów, ale nie tylko.

    Nasza słuchaczka, pani Agnieszka spod Białegostoku jest mamą dwójki dzieci. Ma je z drugiego, nieformalnego, związku. Z pierwszym mężem jest około 10 lat po rozwodzie, nie miała z nim dzieci. I co się okazało? Złożyła wniosek o 500plus na drugie dziecko (na pierwsze jej się nie należy, bo ma za duży dochód). A urzędnicy zażądali wyroku rozwodowego. Na nic zdały się tłumaczenia, że to przecież nie ma znaczenia, bo dzieci urodziły się przecież już po rozwodzie.

    - Nasuwa mi się takie spostrzeżenie, czy faktycznie prawdziwe są zapewnienia naszego rządu, że każdy otrzyma 500 zł na drugie dziecko w rodzinie, czy jednak trzeba spełniać jakieś warunki? Bo tak by wynikało z tego, jak zachowuje się MOPR w Supraślu - mówi nasza rozmówczyni.

    Andrzej Kozłowski, dyr. Wydz. Polityki Społ. Urzędu Wojewódzkiego w Białymstoku mówi, że ustawodawca określił, jakie dokumenty mogą być przedmiotem postępowania dowodowego, jeśli są określone wątpliwości. - Trudno mi się jednak wypowiadać w konkretnej wyrok sprawie - słyszymy.

    Ja dzwoniłam do różnych urzędów w Polsce i wiem, że taka sytuacja, w jakiej znajduje się pani Agnieszka - to sytuacja jasna i klarowna i żaden wyrok rozwodowy nie powinien być potrzebny. To samo usłyszałam w MOPR w Lublinie. - W sytuacji, gdy dwie osoby są po rozwodzie, tworzą nowy związek, wychowują swoje wspólne dzieci, a nie z poprzednich związków, w takim przypadku nie ma potrzeby składania dokumentów, wskazujących na to, że poprzednie związki małżeńskie zostały rozwiązane - mówi Magdalena Sudół, rzecznik MOPR w Lublinie.

    Przeczytałam ostatnio, że minister rodziny, pracy i polityki społecznej wystosowała pisma ponaglające do gmin, które nie wypłacają 500plus. Nie wypłacają z różnych powodów, np. właśnie wymagania od ludzi niepotrzebnych dokumentów. Bywa i tak, że gmina wydaje decyzję, ale nie realizuje wypłat albo nie wydaje decyzji, choć ma wszystkie dokumenty w sprawie danej rodziny.

    Nasza słuchaczka zna prawo i wie, że wyroku nikt od niej żądać nie powinien. Ja prawnikiem nie jestem, ale - logicznie rzecz ujmując - co urzędnika obchodzi wyrok rozwodowy, jeśli przed rozwodem małżonkowie nie mieli dzieci? Co ma piernik do wiatraka?...

  • Miejsca w rodzinach zastępczych tylko dla ''swoich'' dzieci - ten temat dzisiaj u mnie w ramach powrotu do historii prawie półtorarocznego dziś Marcysia, chłopca, o którym pisałam już wcześniej. HISTORIA_MARCELKA Marcyś przebywa w pogotowiu rodzinnym, prowadzonym przez Ewę Gajownik, bo jego rodzice - m.in. ze względu na alkohol - nie mogli się nim zajmować.

    Lekarze nie dawali mu większych szans, ale maluch zaczął się rozwijać: gaworzyć, stawać, potrafi już trzymać w rączce chrupka czy biszkopta. Sporo rozumie, reaguje na głos pani Ewy, uśmiecha się, przestaje płakać. Miał trafić do Domu Pomocy Społecznej, ale po nagłośnieniu sprawy ta decyzja została zmieniona. Zaczęliśmy szukać dla niego rodziny zastępczej. - Bo w rodzinie byłoby mu najlepiej, miałby najlepszą opiekę i miłość - mówiła kilka miesięcy temu pani Ewa.

    Po moim tekście i po tym, jak pani Ewa zamieściła ogłoszenia o Marcelku na portalach społecznościowych, skontaktowało się z nią kilka rodzin. M.in. dwie rodziny zastępcze ze Śląska. - Mówiły, że mają warunki i odpowiednie kwalifikacje. Ale Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie się nie zgadza, by wzięły ''obce'' dziecko. Obce, czyli z innego powiatu niż ich miejsce zamieszkania. Urzędnicy trzymają miejsce dla ''swoich''. Mimo, że na razie nie ma takich dzieci i miejsce w rodzinie zastępczej jest wolne - mówi pani Ewa - To jest oburzająca i chora sytuacja. Bo skoro jest rodzina, która chce się podjąć opieki nad takim chorym dzieckiem, to miejsce jej zamieszkania w ogóle nie powinno mieć znaczenia. A jak się okazuje, ma.

    Do pani Ewy dzwoniła też mieszkanka Kraśnika, tworząca rodzinę zastępczą specjalistyczną (dla niepełnosprawnych dzieci). - Rozmawiałyśmy długo. Ale potem poszła do PCPR w Kraśniku i tam miała usłyszeć, że nikt się nie zgodzi na wzięcie dziecka z Lublina. I ostatecznie przysłała mi SMS-a, że nie może Marcysia wziąć - opowiada pani Ewa.

    Rozmawiałam z osobą, która złożyła tę wstępną deklarację. Jak się okazuje, gdy była w centrum pomocy rzeczywiście od jednej z pracownic usłyszała, że są wobec niej inne plany - trafi do niej inne dziecko, ale z powiatu kraśnickiego. Tyle tylko, że sąd wcale nie podjął jednoznacznej decyzji w tej sprawie (bo to dziecko ma rodzeństwo i nie było decyzji sądu, czy zdecyduje się je rozdzielić). - Szkoda, że takie są decyzje urzędników - nie kryje żalu pani Ewa - bo gdyby nie to, Marcyś na pewno znalazłby już rodzinę.

    Odwiedziłam kraśnicki PCPR. Dyr. Marek Klimek nie znał historii Marcysia. Ale przyznał, że mają w Kraśniku tylko jedną rodzinę specjalistyczną i są wobec niej konkretne plany. - Powiatowe Centrum z każdego powiatu w pierwszej kolejności jest odpowiedzialne za zabezpieczenie opieki w stosunku do dzieci ze swojego terenu - mówi Klimek.

    Marcyś cały czas jest więc u pani Ewy, ale jest już decyzja sądu o umieszczeniu go w ośrodku dla niepełnosprawnych dzieci. Jeśli rodzina zastępcza się nie znajdzie, tam właśnie trafi. Rozumiem PCPRy, że muszą dbać o ''swoje'' dzieci, ale... Jeśli jest rodzina, która chce wziąć dane dziecko, czy powiat, w którym to dziecko mieszka, naprawdę musi mieć znaczenie?

  • ''Panie przedszkolanki, z panią dyrektor na czele, robiły wszystko, żeby się dziecka pozbyć'' - napisała mi pani Jadwiga, babcia sześciolatka, u którego zdiagnozowano cukrzycę. Dziecko chodzi do przedszkola w małej gminie pod Wrocławiem (na prośbę rodziny, nie ujawniam jaka to gmina, bo sześciolatek dalej tam uczęszcza). Pani Jadwiga, nauczycielka, odezwała się do mnie po cyklu moich materiałów o problemach i dyskryminacji dzieci z hemofilią, o czym pisałam już wcześniej PRZECZYTAJ

    Słuchaczka TOK FM opowiada, że problemy zaczęły się praktycznie zaraz po tym, jak okazało się, że wnuk jest chory i musi mieć pompę insulinową. - Panie nie chciały pomóc Michałowi (imię zmienione), robiły problemy. A przecież on sam obsługuje pompę, potrafi sobie podać insulinę, trzeba tylko sprawdzić, czy wpisał odpowiednią liczbę na wyświetlaczu - mówi moja rozmówczyni. Rodzina słyszała i od nauczycielek, i od dyrekcji przedszkola, że nie mają uprawnień do ordynowania dziecku leków. - Panie od samego początku były nastawione bardzo na ''nie'', szukały dziury w całym - mówi słuchaczka. Jak dodaje, nauczycielki wielokrotnie dzwoniły do mamy Michała, proponowały, aby zabrała dziecko i siedziała z nim w domu.

    Pomogła dopiero interwencja wójta - dzięki temu sześciolatek dalej może chodzić do przedszkola. Wójt zadeklarował, że zatrudni pielęgniarkę, która pomagałaby Michałowi. Rodzina chłopca dała ogłoszenie w internecie i pielęgniarka się znalazła.

    - Problem jest i na pewno nie jest to problem jednostkowy. Jestem przekonana, że jest więcej takich rodziców, którzy się z tym spotykają. Wszystko zależy od ludzi, od podejścia do dzieci, od otwarcia na pomoc - mówi pani Jadwiga.

    To, że przypadek nie jest odosobniony potwierdza w rozmowie ze mną Marzena Kierzkowska, dyr. Przedszkola nr 58 w Warszawie. Dzieci z cukrzycą są tu od ponad 10 już lat i nie ma z tym problemu. Bywa, że w jednym roczniku jest ich kilkoro, a nawet kilkanaścioro. Nauczycielki wiedzą, co robić, a przedszkole podpisuje z rodzicami specjalne umowy. - Te dzieci świetnie sobie radzą, uczestniczą we wszystkich wycieczkach, występach - mówi dyrektorka.

    Z jej doświadczenia wynika jednak, że problem dyskryminacji istnieje. - Do mojego przedszkola trafiają dzieci z cukrzycą typu pierwszego, które - brzydko powiem - są wyrzucane z placówek państwowych. Nie dość, że są pokrzywdzone przez chorobę, to jeszcze są karane zmianą placówki edukacyjnej - mówi dyr. Kierzkowska.

    Rzecznik Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków Małgorzata Marszałek podkreśla, że takie przypadki są, ale na szczęście w mniejszości. Większość placówek sobie radzi, nauczyciele przechodzą szkolenia. I to jest dobra informacja.

    Ale nie zmienia to faktu, że wciąż są w Polsce przedszkola i szkoły, które boją się cukrzycy. I zamykają przed nią swoje drzwi. A to już dyskryminacja. Z którą można i trzeba walczyć. Bo w Polsce jest około 25-30 tysięcy dzieci z cukrzycą.

  • Pisałam ostatnio o napiętej sytuacji w Geofizyce Kraków, gdzie około 500 osób boi się o pracę po zmianach w zarządzie firmy. Jako, że dostałam odpowiedź z Biura Prasowego PGNiG w tym temacie, słów kilka właśnie o tym.

    Biuro Prasowe potwierdza, że nowy zarząd wycofał dwie złożone wcześniej przez poprzednia ekipę oferty. ''Jedną złożoną dla PGNiG Pakistan, ponieważ taką sama ofertę złożyła wcześniej Geofizyka Toruń, także należąca do Grupy Kapitałowej PGNiG. Wynikało to z konieczności wyeliminowania ryzyka związanego z konfliktem interesów (aby nie składały ofert dwie spółki z tej samej grupy kapitałowej) i dochowaniem zasad uczciwej konkurencji. Druga dotyczy prac w Polsce. Wycofano ją ze względu na złą sytuację ekonomiczną Geofizyki Kraków. Spółka obecnie nie ma możliwości samodzielnego wykonania przedmiotowego kontraktu'' - napisano w odpowiedzi. To potwierdza informacje od pracowników o wycofywaniu ofert.

    Potwierdzono też, że pozostałe analizowane przetargi były na etapie rozpoznania i ewentualnie wniosków o przystąpieniu do przetargu. ''Spółka ze względu na złą sytuację finansową utraciła zdolność bieżącego finansowania realizacji kontraktów i regulowania zobowiązań dla podwykonawców.'' - czytamy w odpowiedzi z PGNiG.

    Pytałam też m.in. o to - o czym mówili pracownicy - z ilu kontraktów spółka po zmianie zarządu się wycofała. ''Geofizyka Kraków nie wycofuje się z żadnego realizowanego obecnie kontraktu. Żaden pracownik Geofizyki Kraków nie wrócił z zagranicy z tego powodu. Obecnie Geofizyka Kraków S.A. realizuje dwa kontrakty zagraniczne: w Maroku oraz w Pakistanie''.

    Na moje pytanie dotyczące planów właściciela względem spółki dostałam odpowiedź, że w związku ze spadkiem cen ropy naftowej i gazu ziemnego, zmniejszył się popyt na usługi geofizyczne. ''Dlatego na bazie Geofizyki Toruń S.A. i produktywnych zasobów Geofizyki Kraków S.A., powstanie jeden silny podmiot, który będzie skutecznie konkurował na krajowym i zagranicznym rynku usług geofizycznych. Dzięki temu jest szansa na uratowanie części potencjału i miejsc pracy Geofizyki Kraków S.A. Działania restrukturyzacyjne w Geofizyce Kraków S.A. zostały podjęte bezzwłocznie. Alternatywą jest złożenie wniosku o ogłoszenie upadłości''.

    Zwolnienia? Będą, ale na razie trwają analizy. Czy Toruń przejmuje prace specjalistów z Krakowa? '''W aktualnej sytuacji finansowej Geofizyka Kraków nie jest w stanie regulować przeterminowanych i bieżących zobowiązań, między innymi finansować wynajmu sprzętu ani personelu. W takiej sytuacji to Geofizyka Toruń S.A. korzysta z własnego sprzętu i bierze na siebie całe ryzyko finansowania realizacji kontraktu, w tym rozliczeń z firmą wynajmującą pracowników''.

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    65 głosów

Najczęściej czytane