Szukasz idealnego miejsca na wypoczynek? Powstał nietypowy przewodnik po gospodarstwach agroturystycznych ukrytych w najdalszych zakątkach Polski

'Odetchnij' to nietypowy przewodnik po gospodarstwach agroturystycznych ukrytych w najdalszych zakątkach Polski. Aleksandra Bogusławska, autorka popularnego bloga 'Duże podróże', poszukała ludzi, którzy nie bali się zaryzykować. Rzucili wszystko i otworzyli pensjonaty. W książce opisane są 62 miejsca, my z kolei zaglądamy do kilku z nich. Publikujemy fragmenty książki z historiami ich gospodarzy.
1 Gościniec Bocianowo Gościniec Bocianowo Fot. Aleksandra Bogusławska

Gospodarstwo agroturystyczne "Gościniec Bocianowo"

Trzy sporej wielkości pokoje, dwa apartamenty i duża przestrzeń wspólna w kamiennym domu stojącym pośrodku niczego. Wnętrza urządzono w starym stylu, z antycznymi dekoracjami. Rano na okolicznych polach słychać żurawie, w ogrodzie grasuje stadko alpak, a w kuchni: Kornelia Westergaard, przygotowująca posiłki makrobiotyczne. 'Jedyny minus: nie da się tam schudnąć' - taką recenzję Bocianowa czytam przed przyjazdem.

Odpowiada za nią Kornelia Westergaard, która wita mnie przy bramie swojej posiadłości, łagodnie odpędzając ciekawskie alpaki zaglądające do samochodu. W 2007 roku Kornelia kupiła ten stuletni dom na Mazurach, niedaleko Giżycka. Pracowała wtedy w stołecznej korporacji. Kilka miesięcy po zakupie domu u jej mamy rozpoznano zaawansowane stadium nowotworu trzustki. Lekarze powiedzieli tylko: 'Dieta dogadzająca, niech je cokolwiek'. Kornelia zaczęła więc dla niej gotować - a przy okazji czytać o najnowszych badaniach i dietach pomagających zwalczać choroby. Mama chciała szyneczkę i parówki, ale Kornelia uparła się przy swoim: jedzenie żywe, zdrowe, według zaleceń najlepszych specjalistów od żywienia. Swoje czterdzieste urodziny Kornelia zaplanowała tutaj, na Mazurach. Urządziła przyjęcie, zaprosiła gości do domu, który nazwała już wtedy Gościniec Bocianowo. W dzień swoich urodzin dostała telefon: stan mamy się pogorszył.

- Odeszła w ciągu tygodnia - opowiada Kornelia. - Po kilku dniach był pogrzeb, w następnym tygodniu rozstanie z ówczesnym partnerem i spotkanie z prezesem mojej korporacji, podczas którego dowiedziałam się, że nie ma w firmie już dla mnie miejsca. W ciągu trzech tygodni wszystko wywróciło mi się do góry nogami. Rzuciłam swoje życie w Warszawie i przyjechałam na Mazury zastanowić się, co dalej.

Zaczęła od nowa: otworzyła agroturystykę, a jednocześnie wciąż uczyła się o zdrowym odżywianiu, jedzeniu makrobiotycznym, kuchni pięciu przemian, dietach wspomagających leczenie nowotworów. Powoli w Bocianowie zaczęli pojawiać się goście ze specjalnymi dietami, którzy po wizycie przekazywali dalej wieści o kuchni Kornelii. Kuchni opartej przede wszystkim na makrobiotyce, czyli założeniu, że wszystko, co jemy, ma wpływ na nasze życie. Największy nacisk kładzie się tu na stosowanie składników nieprzetworzonych, a także na użycie dużej ilości warzyw, owoców, strączków i pełnych zbóż.

- Nie mogłam dopuścić do tego, by śmierć mojej mamy poszła na marne - mówi dziś Kornelia. - Musiałam dalej uczyć się o zdrowym odżywianiu i sposobach na zwalczanie chorób. Dlatego od kilku już lat w Bocianowie serwuje posiłki wegetariańskie, bezglutenowe, makrobiotyczne i według kuchni pięciu przemian.

Kornelia mówi o swoich daniach, że są 'żywe' - bez chemicznych dodatków, niemrożone, nieprzetworzone i sezonowe, jak na przykład warzywa z własnego ogródka. Zaprasza również gości z alergiami, specjalnymi dietami, na detoksie czy ze szczególnymi preferencjami posiłkowymi. Nie krzywi się nawet na upartych mięsożerców, tylko zamiast schabowego z ziemniakami poda im tradycyjnie wędzoną szynkę w sznurku i indyka w mleku kokosowym. Nawet najwięksi sceptycy po tygodniu w Bocianowie donoszą, że mają więcej energii, skończyły się ich problemy ze zgagą, a metabolizm przyspieszył. W ten sposób stuletni dom wypełniony antykami stał się azylem dla gości ze specjalną dietą. Zamieszkały przy nim alpaki, które można głaskać i karmić owocami. A cisza grubych murów tych, którzy przyjechali tu, by nabierać sił. Prywatna historia Kornelii również skończyła się dobrze. Za namową przyjaciółki właścicielka Bocianowa założyła profil na portalu randkowym, gdzie poznała swojego męża, Duńczyka Christiana. W stolicy otworzyła catering MacroBios Bar, który dostarcza warszawiakom zbilansowanych posiłków makrobiotycznych. Na Mazury jeździ teraz z przyczepką wypełnioną workami mąk bezglutenowych, ekologicznych zbóż, orzechów czy egzotycznych przypraw. I mimo tragedii, jaka ją spotkała, była w stanie właśnie tutaj na nowo odnaleźć siebie.

2 Siedlisko Leluja Siedlisko Leluja Fot. Aleksandra Bogusławska

Gospodarstwo agroturystyczne "Siedlisko Leluja"

Tradycyjny ośmioosobowy dom kurpiowski oraz osobny pokoik dla gości 'w kurniku'. Dzieciaki mogą tu doświadczyć prawdziwego życia na wsi, a do dyspozycji mają sporą stodołę z zabawkami (i możliwością spania na sianie), różne zwierzaki oraz pomoc wesołej gromadki tubylców.

Monika Żurawska wita mnie szerokim uśmiechem. Jest już po sezonie, gości niewielu, ale w Siedlisku zawsze ma ręce pełne roboty. Pieli grządki, zajmuje się zwierzętami, jeździ ciągnikiem po polach, gotuje dla dwójki dzieci, robi remont i opiekuje się gośćmi Siedliska. Najczęściej wszystko naraz. Leluja jest w Wielgolasie, nieco ponad godzinę drogi od Warszawy. Wojtek, mąż Moniki, pracuje zresztą nadal w stolicy i dojeżdża do pracy ze wsi.

- Ja bym w życiu tak nie chciała - zdradza Monika - mi jest tutaj dobrze. W Warszawie brakowało mi przestrzeni, czułam, że się duszę. W tym miejscu trudno się dusić: jak okiem sięgnąć szeroko rozciągają się łąki i lasy. Okolica jest cicha, na terenie Siedliska słychać tylko beczenie kóz, rżenie koni i szum traw na okolicznych polach. Tutaj goście nie tylko odrywają się od swojej miastowej rzeczywistości, ale też kompletnie o niej zapominają.

Początki jednak bywały bardzo trudne. Monika i Wojtek zamarzyli o życiu na wsi, kupili działkę, sprowadzili zwierzęta. Nic jednak nie wiedzieli o praktycznej stronie takiego życia. Jak sami przyznają, doić kozy uczyli się. z filmów na YouTubie. Monika była jednak zdeterminowana i bez żalu zostawiła swoją warszawską pracę na rzecz życia na wsi. Dziś, po skończeniu kilku kursów serowarskich, uczy innych robić sery i dbać o zwierzęta.

W lipcu 2017 roku otworzyła również fundację Maryjkowo, która wspiera dzieci i młodzież z okolicy, pomaga im organizować zajęcia artystyczne, a nawet warsztaty teatralne. Za miejsce spotkań służy im stara stodoła wypełniona pachnącym sianem, gdzie zresztą można spać latem - jak na prawdziwą wieś przystało. Dom dla gości ma również prawdziwie sielski klimat. Siedlisko leży w Kurpiach Białych i główna chata jest właśnie typową kurpiowską chatą krytą trzciną. A 'leluja' to nazwa tradycyjnej wycinanki w kształcie drzewa, która widnieje na logo Siedliska.

Drewniane domy są ozdobione tradycyjnymi dekoracjami, makatkami, wyszywankami oraz obrazkami religijnymi, które zbiera Monika. Zastanawiam się, jak drobna kobieta radzi sobie z ogromnym gospodarstwem, zwierzętami, agroturystyką, dziećmi? Zdaje się jednak, że Moniki nigdy nie opuszcza dobry humor i pozytywne nastawienie do świata.

- Odpowiada mi takie sielskie życie, ja tego chcę - przyznaje z radością. - Mogę spać z dzieciakami na sianie, przebywać ze zwierzętami, żyć naturalnym rytmem. Dla mnie to jest raj.

3 Taras Tarczyn Taras Tarczyn Fot. Aleksandra Bogusławska

Gospodarstwo agroturystyczne "Taras Tarczyn"

Urian Hopman. Scenograf, aktor, coach, założyciel hipisowskiej wioski w Ruigoord pod Amsterdamem, prezenter telewizyjny, kolekcjoner staroci, malarz, projektant ubrań i wnętrz. Artysta totalny. Marzyciel niepoprawny. Do Polski przyjechał w 1991 roku, niedługo po upadku komunizmu. Wtedy pracował w holenderskiej firmie sprzedającej dekoracje świąteczne i na Dolny Śląsk zabrał go jego ówczesny szef, który znalazł tu producentów.

- Zobaczyłem wzgórza, zielone lasy, wozy ciągnięte przez konie, ludzi śpiewających podczas zbiorów na polach. Uznałem to za strasznie romantyczne, wszyscy zdawali się szczęśliwi i wolni - twierdzi Urian. - Praktycznie natychmiast postanowiłem przenieść się do Polski.

Życie w naszym kraju przypominało mu nieco dzieciństwo, które spędził na farmie tulipanów pod Amsterdamem. Od małego jednak w głowie Uriana była sztuka. Tej pasji nie powstrzymali ani jego rodzice - rolnicy, ani nikt inny. W Amsterdamie prowadził burzliwe i pełne przygód życie wśród holenderskiej bohemy lat siedemdziesiątych. Za jego życiorysem trudno nadążyć, bo obfituje w ciągłe szalone zmiany, a liczba uprawianych przez niego zawodów może przyprawić o zawrót głowy.

Raz był dyrektorem artystycznym największych holenderskich teatrów, raz hipisem mieszkającym w opuszczonym domu. Projektował buty i robił meble. Jeździł po świecie w poszukiwaniu dekoracji do swojego domu, potem zaszywał się gdzieś na kilka lat, by malować. Sam twierdzi, że nie jest w stanie zbyt długo usiedzieć na miejscu i szybko szuka czegoś nowego. Jak dotąd najdłużej usiedział jednak w Tarczynie.

Ta wioska jest powszechnie uznawana za najpiękniejszą na Dolnym Śląsku. Położona na wzniesieniu góry Tarczynka (422 m n.p.m.), z szerokim widokiem na okoliczne pagórki, lasy i doliny, Karkonosze i Śnieżkę. Tarczyn jest też jedną z najstarszych wsi Dolnego Śląska, pierwsze wzmianki o niej pochodzą ze średniowiecza, ale w okolicy znaleziono nawet pozostałości rzymskiego traktu handlowego. Teraz w Tarczynie mieszka tylko kilkanaście osób. Właśnie tu na początku lat dziewięćdziesiątych Urian kupił budynek po dawnej karczmie. W 2001 roku, pod koniec remontu, ktoś podpalił ten dom pod nieobecność Holendra. Podobno nie ze złości na właściciela, ale na świat. Z karczmy jednak pozostały tylko zgliszcza.

Opowiadając o tym teraz, jest bardzo spokojny i zdaje się zupełnie pogodzony z tym, co go spotkało. Przez kolejne lata zbierał fundusze na odnowienie swojej posesji, bo agroturystyka to najbliższy jego sercu projekt, a Dolny Śląsk - ukochane miejsce na świecie. Nawet mimo tego, że żył we Francji, w Indiach, Maroku czy Namibii. To tam kupował i zbierał przedmioty ozdabiające teraz jego dom, które tworzą niepowtarzalne wnętrza Tarasu Tarczyn. Właśnie te wnętrza i niesamowite ciepło gospodarza przyciągają gości do tego miejsca.

4 Taras Tarczyn Taras Tarczyn Fot. Aleksandra Bogusławska

Gospodarstwo agroturystyczne "Taras Tarczyn"

Od czasu pożaru z pomocą znajomych i sąsiadów powoli odnawia stodołę, która nie uległa zniszczeniu, oraz spalony dom. W środku tymczasem tworzy swoje kompozycje z mebli, naczyń, lamp, rzeźb i obrazów. Jeździ na pchle targi i odnawia przedmioty, których nikt inny nie chciał.

Największe wrażenie robią kilkusetletnie dolnośląskie szafy, fantazyjnie malowane w aniołki i kościółki przez starych rzemieślników. Jak się okazuje, świetnie pasują one do marokańskich kafelków i malowanych tkanin z Afryki czy ogromnej kolekcji naczyń: misek, wazonów i kubków. To miejsce dla prawdziwych wolnych duchów, którzy będą umieli docenić niezwykły wystrój i swobodną atmosferę panującą w domu. Nie ma tu nic z hotelowych klimatów, za to od razu po przyjeździe przychodzi ochota na pracę twórczą. To właśnie po to powstał Taras Tarczyn.

Urian mimo starszego już wieku nadal realizuje się zawodowo, tworząc przede wszystkim scenografie dla holenderskich teatrów. Nie zamierza jednak ruszać się poza Tarczyn, jest wręcz lokalnym patriotą i chętnie udziela się tu społecznie. Powoli też uczy się języka polskiego, choć w Tarasie Tarczyn dalej najchętniej goszczą hipisi z Holandii i Belgii.

Latem na łące przed stodołą staje jurta dla gości, można też rozkładać namioty, grać muzykę, śpiewać. Słowem - czego dusza zapragnie. Goście mówią, że Taras Tarczyn to raj, a sąsiedzi przychodzą tu choćby tylko po to, by chwilę posiedzieć w pięknej stodole. Dobra energia Uriana udziela się każdemu, kto go odwiedza.

- Możliwość podziwiania tych widoków, obcowanie z naturą i znajomość z tymi ludźmi sprawiają mi ogromną radość - twierdzi. - Uważam moje życie w Tarczynie za ogromny przywilej i codziennie z całych sił to doceniam.

5 Smolnikowe Klimaty Smolnikowe Klimaty Fot. Aleksandra Bogusławska

Gospodarstwo agroturystyczne "Smolnikowe Klimaty"

Mała bieszczadzka wioska, stary dom pachnący drewnem, domowa kuchnia Pauliny. Smolnikowe Klimaty to spełnione marzenie dwójki gospodarzy, którzy włożyli w to miejsce swoje serca.

- To pierwsza w naszym życiu decyzja podjęta sercem, a nie rozumem - mówią o Smolnikowych Klimatach właściciele, Paulina i Przemek Siudakowie. Tę decyzję podjęli, kupując obiekt agroturystyczny w Smolniku. Choć z początku mieli sporo wątpliwości, dziś już wiedzą: było warto. Siudaki, jak sami na siebie mówią, spędzili wcześniej osiem lat, żyjąc i pracując w Stanach Zjednoczonych. Mieszkali w Jackson Hole, najbardziej malowniczym miejscu w stanie Wyoming, tuż przy Górach Skalistych i Parku Narodowym Grand Teton. Uwielbiali to miejsce, ale mnóstwo podróżowali też po całej Ameryce i znają ją od podszewki.

Właśnie podczas tych podróży zaczął w nich kiełkować pomysł na otworzenie B&B, czyli Bed & Breakfast - rodzinnego hoteliku, w którym można pogadać z gospodarzami, rozluźnić się i poczuć jak w domu. Zatęsknili też za Polską, zaczęli więc rozglądać się za miejscem, w którym ich dom gościnny mógłby powstać. Znaleźli ogłoszenie jakby szyte na miarę: sprzedaż działającego już obiektu agroturystycznego w Smolniku.

Paulina przyznaje, że nie zakochała się w Bieszczadach od pierwszego wejrzenia, ale Przemek uwielbia te góry i od początku zależało mu na życiu właśnie tutaj. W końcu i ją przekonała łemkowska chyża, pachnąca drewnem jodłowym. Dom musieli w dużym stopniu odnowić, dopieścić sypialnie. Zresztą ten proces trwa i jak sami żartują, chyba nigdy się nie zakończy. Często bywało pod górkę, ale od początku przyświecały im dwa założenia: ekologia i nieoszczędzanie na gościach. Gospodarze sami więc korzystają z takich samych mebli, sprzętów czy nawet mydeł, co ich goście. To nie kwatera do wynajęcia. To dom.

Sam Smolnik był kiedyś wioską smolarzy, dziś jest spokojną osadą, której dużym atutem jest oddalenie od głównych bieszczadzkich ośrodków. Dzięki temu w nocy panuje tu kompletna cisza i ciemność. Czyste górskie powietrze leczy ze wszystkich miejskich bolączek, a widoki sprawiają, że życie wydaje się dużo piękniejsze. To właśnie te Bieszczady, dla których warto rzucić wszystko.

Smolnikowe Klimaty to miejsce kameralne, w końcu to tylko pięć pokoi. Siudaki gotują dla gości, codziennie serwując duże domowe porcje. Znają też chyba wszystkie szlaki w Bieszczadach i każdemu pomogą wybrać odpowiedni do jego możliwości. Przemek spotkał tu kiedyś wilka, a z okien Smolnikowych Klimatów często zdarza się obserwować sarny czy dziki. Domu chronią też dwa psy przyjazne dzieciom - to ważne, bo od niedawna Paulina i Przemek sami są rodzicami.

Zawsze towarzyscy Siudakowie chętnie zapraszali gości do swojego domu. Gdziekolwiek mieszkali, drzwi ich domu były otwarte dla ich przyjaciół i znajomych i nigdy nie brakowało jedzenia, które uwielbiali dla nich przygotowywać. Zresztą to właśnie znajomi byli jednymi z ich pierwszych gości. Paulina i Przemek najlepiej czują się, gdy dom jest wypełniony śmiechem i rozmowami. Gdy jest żywy, wesoły, taki prawdziwy.

6 Siedlisko Pasieka Siedlisko Pasieka Fot. Aleksandra Bogusławska

Gospodarstwo agroturystyczne "Siedlisko Pasieka"

Dom z cegły schowany w gęstym lesie. Teren Siedliska jest ogromny i dzieci mogą bezpiecznie biegać po jego łąkach, budować szałasy i projektować wynalazki, a przy okazji nauczyć się czegoś o życiu na wsi.

Był rok 2005 i Marta z Tomkiem mieszkali w Szkocji. W wynajętym mieszkaniu nie mieli Internetu, więc aby utrzymywać kontakt z rodziną, chodzili do miejscowej biblioteki w Dundee. Podczas jednej z takich wypraw z ciekawości wyszukali frazę 'nieruchomości w olsztyńskim'. Siedlisko było jednym z pierwszych wyników.

- Na zdjęciach wyglądało beznadziejnie, ale zobaczyliśmy w tym miejscu potencjał. Starodrzew, kamienna piwniczka, drewniane belki sufitowe. Spodobało nam się - opowiada dziś Marta.

Rodzice Tomka są z Olsztyna, zostali więc wysłani na zwiady. Miejsce przypadło do gustu również im, więc decyzja zapadła szybko i młoda para zaczęła zbierać pieniądze na zakup nieruchomości. Pierwszy raz zobaczyli na żywo czternastohektarowe siedlisko pół roku później. Była zima, środek lasu, żadnej drogi dojazdowej. W środku, w jednym pokoiku, mieszkała zmarznięta staruszka, otoczona mnóstwem przedmiotów.

To rzeczywiście było miejsce dla nich. W Szkocji mieszkali jeszcze dwa lata, zbierając pieniądze na remont. Tomek jest nieco zły, że nie było go podczas prac, bo robotnicy sporo zrobili po swojemu: wycięli większość starodrzewu, zdjęli drewniane belki z domu. Swoje pomysły Marta i Tomek zaczęli realizować dopiero, gdy tu się przeprowadzili: posadzili nowe drzewa, odnowili wnętrza, urządzili pokoje, wykopali staw. A także założyli pasiekę. Dziś siedemdziesiąt uli produkuje dwie tony miodu rocznie.

Próbuję czterech rodzajów miodu ze świeżym chlebem Marty. Warzywa i owoce są przede wszystkim z ogródka i Marta ze śmiechem wspomina początki swojej uprawy, kiedy razem z chwastami wyrywała kiełkujące rośliny. To już stare dzieje. W ostatnich latach do Siedliska sprowadzili swoich rodziców, urodziły się im dzieci. Tu jest ich prawdziwy dom. Ponieważ dla Wysokińskich to rodzina i spokój są najważniejsze. Dzieci biegają po całym ogromnym terenie Siedliska, urządzają bitwy na drewniane miecze, projektują wynalazki i kąpią się w stawie.

Takiego dzieciństwa chcieli dla nich Marta i Tomek, o takim życiu marzyli w zimnej Szkocji. O własnym lesie, ziemi z daleka od wszystkiego, pasiece, małym ogródku. Zielone otoczenie Siedliska jest niezwykle ujmujące, bo dzikie. Pola uprawne są kawałek dalej, ale Pasieka wygląda dosłownie jak ceglany dom w środku lasu. To ich oaza spokoju i ciszy.

- Z wielu rzeczy świadomie rezygnujemy, jak na przykład z większej liczby pokoi gościnnych - tłumaczy Tomek. - Zabiegane życie nie jest dla nas. Bo wiesz, korpo to sobie można zafundować nawet na wsi.

7 Zagroda Śledziowa Zagroda Śledziowa Fot. Aleksandra Bogusławska

Gospodarstwo agroturystyczne "Zagroda Śledziowa"

Kraina w kratę - kto raz tam był, na zawsze zapamięta jej niezwykłe domy z szachownicą na ścianach. Kiedyś wyglądało tak prawie całe Pomorze, dziś czarno-białych budynków pozostało niewiele. W jednym z najpiękniej zachowanych mieści się dzisiaj Zagroda Śledziowa.

Właścicielem folwarku jest Adam Kamiński, ale w zagrodzie wita mnie jego gospodarz i dobry duch, Maciek Kierus. To przyjaciel Adama jeszcze z czasów dzieciństwa w Ustce, z Zagrodą Śledziową związany od samego jej początku. Cały biznes to wspólne pomysły tej dwójki, ich rodzin i najbliższych znajomych: Adam znalazł XIX-wieczny folwark, Maciek go odnowił; tata Adama zasugerował stworzenie muzeum śledzia, mama Maćka gotuje śledziowe potrawy.

Wspólnymi siłami udało im się na tej wsi stworzyć miejsce przytulne, nowoczesne i z charakterem. Zaczęli w sylwestra 2007 roku, zbijając tynki już podczas imprezy. Zagroda powstała dokładnie sto siedemdziesiąt pięć lat wcześniej i należała do rodziny Hofmeister. Mieszkali tu do końca II wojny światowej, a pozostały po nich tylko dębowe tablice z imionami, data na bramie i. pistolet w studni gospodarstwa. Adam od samego początku chciał w tym miejscu upamiętnić dawne dzieje rodu Hofmeisterów oraz innych mieszkańców Starkowa. Przy okazji pojawił się też pomysł na pokazanie związków tej wioski z morzem, dlatego założył tu jedno z dwóch na świecie muzeów śledzia.

- Śledź był rybą zapomnianą, uważaną za zwyczajną, tanią - opowiada o projekcie Maciek - a przecież w Polsce ją łowimy i mamy dostęp do najświeższych śledzi. Próbujemy pokazać ich walory na nowo. W sezonie w Zagrodzie Śledziowej działa więc nie tylko muzeum, ale również gospoda serwująca śledzie na kilkanaście różnych sposobów.

Przy okazji powstały również pokoje gościnne: przestronne i uroczo urządzone apartamenty, każdy w innym stylu. Nowoczesne elementy łączą się w nich z bardziej tradycyjnymi, zachowane zostały oryginalne części konstrukcji.

Latem goście Zagrody odpoczywają na leżakach, piknikują w ogrodzie, oglądają filmy na świeżym powietrzu, uczestniczą w warsztatach i koncertach organizowanych przez Zagrodę Śledziową. Obok zagrody biegnie ścieżka rowerowa Eurovelo, która zachęca do aktywnego wypoczynku. W dwustuosobowej wiosce, mijanej kiedyś przez turystów w drodze nad morze, udało się stworzyć przestrzeń lifestylową i przyciągającą życie kulturalne.

- Najbardziej się jednak cieszę, że udało nam się ożywić nieco Starkowo - mówi Maciek.

- Zatrudniamy ludzi stąd, mieszkańcy mają darmowe wejściówki na nasze wydarzenia, ale coraz więcej osób przychodzi też posiedzieć w gospodzie. Przy Zagrodzie zaczęła się gromadzić społeczność wioski. To najfajniejsze z naszych osiągnięć.

8 Chata Morgana Chata Morgana Fot. archiwum gospodarzy

Gospodarstwo agroturystyczne "Chata Morgana"

Przytulny dom gościnny na Dolnym Śląsku, słynący z muzycznych jam sessions gospodarza i szerokiego widoku na łąki i sady. W Chacie urzeka prawdziwie domowa atmosfera, a w każdym pomieszczeniu czuć intensywny zapach lawendy.

Przy wjeździe do Jastrowca stoi późnobarokowy pałac, naprzeciwko niego średniowieczny kościół. Między pałacem i domami wsi rosną dwustuletnie drzewa, pod ziemią płyną wody lecznicze. Wioska ma jedną ulicę, a tuż za chatami zaczynają się pola i stare sady, zasadzone jeszcze przez niemieckie rodziny szlacheckie. Bajeczna oprawa kryje też bolesne rozdziały historii: niemiecka ludność wsi została stąd wysiedlona w 1945 roku i w ramach akcji 'Wisła' zastąpiono ją osadnikami zza Buga. I tu właśnie przycupnął piękny kamienny dom zwany Chatą Morgana.

Iza i Darek Chajutinowie, właściciele Chaty, mają za sobą nie mniej ciekawe historie. Rodzice Darka zostali wysiedleni na Dolny Śląsk spod Białokrynicy, Iza jest rodowitą warszawianką. Poznali się, kiedy jako wolontariusze brali udział w akcji humanitarnej, a następnie los rzucał ich w różne strony świata. Darek (zwany Morganem) jest muzykiem i jeździł koncertową furgonetką po Europie. Iza do niego dołączyła, wkrótce pojawiły się i dzieci, z którymi trudno było kontynuować tułacze życie. Dlatego chcieli znaleźć dla siebie gniazdo, dom na stałe. Przejechali przez Anglię, Szwajcarię i kawał Polski, aż w końcu trafili z powrotem na Dolny Śląsk.

- W Jastrowcu urzekły mnie te widoki oraz fantastyczni sąsiedzi. Nawiązaliśmy nowe znajomości wręcz błyskawicznie - mówi Iza. - Dlatego nawet nie przeszkadzało nam to, że kupiliśmy ruderę. Uwierzyliśmy w tę wieś.

W ten sposób ich historia rodzinna zatoczyła koło. Ten jastrowski dom należał bowiem kiedyś do dalszej rodziny Darka, jego ciotka miała tu wesele. Wobec takich okoliczności Chajutinowie musieli odnowić chatę. Morgan marzył o stworzeniu w Chacie sali koncertowej o atmosferze pubu, gdzie będzie mógł grać wraz ze znajomymi.

Teraz w letnie wieczory dom jest wypełniony melodiami bluesowymi, folkowymi i jazzowymi. Marzeniem Izy z kolei było pole lawendy. Darek załatwił to w kilka dni, zaorał ziemię i posadził ponad tysiąc krzaków pachnących kwiatów. Wnętrza są teraz otulone lawendowym zapachem pochodzącym z gałązek zawieszonych w każdym kąciku. Agroturystyka nie była ich marzeniem, ale jak mówią, wyszła sama. Zaczęło się od potrzeby zorganizowania noclegu dla znajomych.

W gospodarstwie miejsca mieli sporo, utworzyli więc przytulne pokoiki i apartamenty. Zadbane, wypieszczone przez Izę. Dziś minęło już ponad dziesięć lat od założenia domu gościnnego, który ciągle zyskuje nowych fanów wśród gości doceniających swobodę tego miejsca i wieczorne muzykowanie przy ognisku. Wieś Jastrowiec, choć mała, kryje w sobie jeszcze kilka ciekawych tajemnic i do tej pory jest celem poszukiwaczy skarbów. Chodzą po lasach z wykrywaczami metalu, grzebią w ziemi. Iza za to rozgląda się po swoim kamiennym domu, patrzy na łąki i ma wrażenie, że ona swój skarb już znalazła.

9 Leśniakówka Leśniakówka Fot. Aleksandra Bogusławska

Gospodarstwo agroturystyczne "Leśniakówka"

Dom gościnny i bardzo rodzinny w Małopolsce, prowadzony przez czwarte już pokolenie gospodarzy. Dziś to agroturystyka ekologiczna przy lesie, z miejscem zarówno na przeróżne warsztaty, jak i wesołe wakacje w gronie najbliższych. Glichów, choć niewielki, jest zaskakująco pięknie położony. Otoczony łagodnymi wzgórzami Beskidu Makowskiego, ma widok na malowniczą dolinę rzeki Czerwin. Na zachodnim końcu drogi biegnącej przez wioskę, w ekologicznym sadzie jabłkowym, mieści się Leśniakówka.

To dom rodziny Leśniaków, aktualnie zarządzany głównie przez Kasię Leśniak i jej rodziców. Pradziadkowie Kasi, Katarzyna i Jakub, wybudowali w tym miejscu chatę jeszcze w XIX wieku. Praktycznie od samego początku zaczęli przyjeżdżać do nich letnicy z wielkich miast, stęsknieni za świeżym powietrzem, wiejskim jedzeniem i pięknymi widokami. Dziadek Franciszek z kolei zbudował tradycyjny małopolski dom, który stoi do dziś.

Drewniana chata ma wypełnienie ze słomy, siana i mchu - niewiele jest już w Małopolsce miejsc, gdzie można zobaczyć taką architekturę. Franek i Aniela gości mieli nawet w czasie wojny, gdy część ich domu została zmieniona w szpital, a w pobliskich lasach działała partyzantka. Do dziś żyją ludzie, którzy z opanowanej powstaniem Warszawy uciekli schronić się do Leśniakówki, a w rodzinie przekazuje się opowieści o trudnych, wojennych czasach.

Mimo zawirowań historii Leśniakówka trwała. Leśniakowie hodowali zwierzęta i prowadzili gospodarstwo, a goście przybywali, by na chwilę zapomnieć o szarym życiu w PRL-u. Rodzice Kasi rozwinęli działalność, która dostała prawdziwych skrzydeł, gdy wzięła się za nią Kasia. Absolwentka krakowskiej ASP mieszkała i robiła karierę za granicą, lecz los sprawił, że wraz z dziećmi musiała powrócić do domu rodzinnego i zacząć wszystko od nowa.

- Jestem dzisiaj bardzo szczęśliwa, że ktoś za mnie podjął tę decyzję - mówi Kasia Leśniak. Dzięki niej gospodarstwo rolne stało się ekologiczne, takie, w którym wszystkie prace są wykonywane ręcznie i z użyciem wyłącznie naturalnych nawozów. Maria, mama Kasi, gotuje teraz dla gości, używając składników z pól i ogrodu, a każdy wypoczywający może sam zbierać dojrzałe owoce z sadu, który pielęgnuje tata Józef.

Kasia wybudowała też Dom pod Lasem, odnowiła starą Wozownię, w stodole urządziła swoją pracownię artystyczną, ale również miejsce na zajęcia jogi, koncerty, projekcje; słowem - przestrzeń spotkań wielu sztuk.

- To jest dom rodzinny dla bardzo wielu osób, mamy gości, którzy przyjeżdżają tu co roku od czterdziestu lat - mówi Kasia. - Każdy wnosi coś swojego w to miejsce, czy to w postaci opowieści i anegdot, czy nawet obrazów i mebli do domu.

Po czterech pokoleniach ich własna rodzina bardzo się rozrosła, a Leśniakówka jest sercem familii. Na miejscu mieszka pięciu jej członków: rodzice Kasi, ona i jej dzieci, Zosia i Kajetan. Gdy rozmawiam z Kasią, z radością mówi mi, że jeszcze tego samego dnia do ich rodziny dołączyła kolejna 'Leśniaczka', Łucja. Bo Leśniakówka jest domem - ciepłym, bliskim, pełnym miłości. Starczy jej dla każdego.

* Dla naszych Czytelników mamy trzy egzemplarze przewodnika "Odetchnij od miasta. 62 wyjątkowe domy gościnne w Polsce", wyd. Buchmann. Otrzymają je osoby, które napiszą do nas na adres: natalia.bet@agora.pl

Komentarze (2)
Wakacje. Wyjątkowe domy gościnne w Polsce
Zaloguj się
  • Alicja Magda Pietrońska

    Oceniono 2 razy 0

    Mieszkańcy dużych miast, którzy nie mają krewnych na wsi powinni korzystać z takich miejsc, jakimi są gospodarstwa agroturystyczne. Szczególnie Ci, którzy mają dzieci. Jak byłam małą dziewczynką, to z wielką przyjemnością jeździłam na wieś. gdzie oglądałam różne zwierzęta i mogłam zrywać świeże owoce z drzew i krzaków. Gorąco polecam te miejsca wypoczynku, jakimi są gospodarstwa turystyczne.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX