Wodecki swoją pierwszą płytę skreślił. 40 lat później zakochali się w niej warszawscy hipsterzy

Gdy Mitch&Mitch przyszli do Zbigniewa Wodeckiego z pomysłem wspólnego grania piosenek z jego pierwszej płyty, o której on dawno już zapomniał, artysta musiał sobie przypomnieć, jak to jest chodzić na próby, uczyć się piosenek. Piosenek, które on sam napisał, ale przez dekady zdążył o nich zapomnieć, spisać je na straty. Tymczasem Mitchowie znali je na pamięć. Wodecki był w szoku.

- Pęknięcia, które mi się podobały, to były niesnaski na próbach. On był przyzwyczajony, że zawsze musi być punktualnie, że trzeba zagrać tyle, ile trzeba. A Mitche rozgrzewali się i nawalali w instrumenty. Wodecki to kwitował: "panowie, przecież nam nikt nie płaci za te dźwięki" - mówił w rozmowie z Łukaszem Wojtusikiem  Kamil Bałuk, autor reportażu muzycznego "Wodecki. Tak mi wyszło", który opisał muzyczną karierę Wodeckiego, skupiając się na jego debiutanckiej płycie z 1976 roku i jej współczesnej karierze.

Jak mówił, nie ma w jego opowieści zbyt wielu anegdot na temat życia i pracy Wodeckiego - sam artysta za życia raczył nimi hojnie odbiorców. Kamil Bałuk przekonywał, że interesowało go to, czego nikt o Wodeckim nie wiedział. - Jak reagował, kiedy mu coś nie wyszło? Czy był spełniony? Dlaczego był uzależniony od braw? - wyliczał pytania, na które chciał odpowiedzieć w książce. 

Poniżej publikujemy fragment książki "Wodecki. Tak mi wyszło" Wacława Krupińskiego i Kamila Bałuka, wydanej przez Wydawnictwo Agora.

Panny z Brazylii wracają do Warszawy

- Maciek Moruś, zwany też Maciem Morettim, od kiedy wszyscy pamiętają, chodził z tą płytą i puszczał ją każ-de-mu! - mówi Małgorzata Halber, dziennikarka muzyczna i pisarka. - Każdemu. Co najmniej od 2002 roku.

Historia mody na debiutancką płytę Wodeckiego z 1976 roku w kręgach warszawskiego środowiska muzyki niezależnej zaczyna się kilka lat wcześniej. Przeceniony winyl z chłopakiem w okularach przykuwa uwagę Tomasza Koncy w 1999 lub 2000 roku. Konca to didżej i muzyk, w tamtym czasie znany promotor capoeiry i muzyki brazylijskiej. Capoeirą, rytmiczno-taneczną sztuką walki, zaczyna interesować się po obejrzeniu starego filmu akcji. Brazylijska muzyka jest naturalnym następstwem.

- To było chyba na bazarze. Nie znałem tego albumu, ale musiał kosztować jakąś dychę, bo pomyślałem: "Na tyle tanio, że jeśli to będzie lipa, to mnie ten wydatek nie zaboli" - wspomina Konca.

Kupuje, zapuszcza winyl. Po paru kawałkach ze zdziwieniem słyszy Panny mego dziadka.

- Coś wspaniałego. Puścisz ten kawałek ludziom na całym świecie i powiedzą, że to Brazylia. Pomyślałem, że to być może pierwszy w historii polskiej muzyki utwór typowo brazylijski. Jasne, mieliśmy takie rzeczy jak Podaruj mi trochę słońca Bemibeku, ale to oczywisty hit. A tu coś, czego nikt nie zna.

Konca dodaje Panny do didżejskich setów, które gra na imprezach. Wodeckiego miksuje z utworami Brazylijczyka Jorge Bena. Ludzie na parkiecie szaleją, kiedy nagle, zupełnie niespodziewanie, w piosence wchodzi polski wokal.

- Rok później wyszła reedycja, mimo że od dwudziestu pięciu lat płyta leżała nieruszona. To przypadek? - pytam Koncę.

- Przypadki to są w gramatyce. Tak po prostu miało być.

Macio Moretti, późniejszy współlider zespołu Mitch & Mitch, zna się wtedy z Koncą już od kilku lat. Mniej więcej od kiedy sam wrócił z Brazylii zachwycony muzyką tego kraju i zaopatrzony w berimbau, instrument wiodący w capoeirze.

Wersja Koncy: - Macio poszedł na moją imprezę brazylijską i tam usłyszał po raz pierwszy Panny mego dziadka.

Wersja Morettiego: - Spotkałem się z Tomkiem, był chyba rok 2002. Jego brat sprzedawał wtedy płyty przy stoliczku na Nowym Świecie, pod salonem Riff. Jantar, Sośnicka, reedycje starych albumów. Tomek zaprowadził mnie tam i mówi: "Musisz koniecznie kupić płytę Wodeckiego i posłuchać jednego kawałka".

Jak było dokładnie, nie pamięta już nikt. Obaj po latach są zgodni w jednym - po przesłuchaniu Maciowi opadła szczęka.

- Głównie przy Pannach mego dziadka. Ten utwór mnie załatwił, wymiękłem. No i jeszcze Partyjka, taka kanciasta bossa nova. Rzuć to wszystko, co złe uznałem za fajne, ale miało za dużo Burta Bacharacha. Jak słucham płyty i jest jeden mistrzowski utwór, to jest super. Jak ma takie dwa, to już w ogóle, zawsze dojdziesz z punktu A do B. Trzy i robi się wspaniale. W tym wypadku było ich więcej. Najmniej podobał mi się utwór Jaś i Małgosia. Poza tym poraziła mnie "niewodeckość" tej płyty.

- Czyli?

- Śpiewał miękkim, spokojnym głosem, bezwysiłkowo, inaczej niż później. Zero estrady. Nie był to znany wszystkim Zbigniew Wodecki. Słyszałem hiciory: Zacznij od Bacha, Chałupy. Programów, które prowadził, nie oglądałem. Byłem punkrockowcem i rzadko miałem szacunek do kogoś, kto nim nie był. Do ludzi estrady podchodziłem neutralnie albo negatywnie. Ale, co ciekawe, Wodeckiego jakoś lubiłem. Te kawałki wywiadów, które widziałem, jego wypowiedzi, dawały mi poczucie, że jest inny, że to musi być supergość. Emanował dobrą energią.

 

Mniej więcej w tym samym czasie w zupełnie innej części Warszawy Ewa Belina-Brzozowska z Alibabek spotyka Wodeckiego na dorocznym zebraniu w ZAiKS-ie. Mówi mu, że wciąż pamięta płytę sprzed lat, na którą nagrywała z koleżankami chórki, i że do dziś słucha jej z przyjemnością.

- Zbyszku, wróć do tej płyty! To wspaniałe piosenki, zasługują na przypomnienie! - przekonuje go.

Wodecki dziękuje za miłe słowa, zamyśla się na chwilę, ale przez lata nie wraca do tematu.

Kiedy Moretti przesłuchuje płytę Wodeckiego, YouTube jeszcze nie istnieje. Żeby podzielić się odkryciem, muzyk przegrywa płytę kolegom i koleżankom. Słuchają w busach, w trasach koncertowych. Analizują teksty, wymyślają interpretacje. Znajomi muzycy przekazują sobie płytę z rąk do rąk.

Moretti: - Kocham takie światy równoległe. Masz postać, która jest tak ogromna, a odkrywasz, że przed laty nagrała coś takiego. W dodatku, że to w dużej mierze jego własne kompozycje, jego aranże, wybitna muzykalność, która później przez lata gdzieś zniknęła z pola widzenia publiczności. Nagle wszystko składa ci się do kupy.

Jednym z pierwszych, którzy przesłuchują płytę od Macia, jest jego kolega z zespołu Bartłomiej Tyciński, zwany też Manetką.

Tyciński: - Świetnie nagrane, aranż się zgadzał. Oczywiście, w polskiej muzyce estradowej zdarzało się, że kompozytorzy próbowali robić egzotyczny utwór, typu samba. Zwykle wychodziło to koślawo, bo sekcja rytmiczna nie czuła klimatu. A u Wodeckiego wszystko trzymało się kupy: wokal, gitara, klasyczne bossa novy. No i słychać było tego Bacharacha.

Pierwsza myśl Huberta Zemlera, późniejszego członka Mitch & Mitch, po przesłuchaniu płyty: "O, to w Polsce ktoś tak fajnie grał?".

Zemler: - Nie wyobrażam sobie innego artysty tego kalibru z tamtych czasów, który mógłby nagrać coś podobnego. To ewenement, bo ta płyta jest bardzo brazylijska.

- Wodecki miał szansę zainspirować się muzyką brazylijską?

- Wystarczyła brazylijskość przecedzona.

- Przecedzona przez co?

- Przez popularną wtedy włoską czy francuską muzykę filmową. Wpływy przechodziły do Europy, choćby bossa novami Jorge Bena, i trafiały do ścieżek filmowych. W latach siedemdziesiątych ta brazylijska muzyka była na świetnym poziomie, podążało się za nią.

- Usłyszałeś ją na płycie Wodeckiego?

- Najpierw rzuciły mi się w ucho teksty. Zabawa końcówkami wyrazów, lekkość. Aranże brzmiały jak zagraniczne. Ale dla mnie jako perkusisty najważniejszy był brak bałaganu rytmicznego, dopieszczone tempa. Większości nagrań z tamtego czasu tego brakowało: harmonie mogły być super, chórki super, teksty dobre, a sekcja rytmiczna - każdy sobie.

- Dlaczego?

- Z braku czasu, kasy, może przytomnego aranżera? Afryka, Kuba, Brazylia - w muzyce stamtąd sekcje rytmiczne są świetne, a perkusjonalia, jak tamburyn albo shaker, wyznaczają rytm całemu zespołowi. W Polsce na instrumenty perkusyjne jest beznadziejne słowo "przeszkadzajki", co pokazuje, jak patrzyło się na ich rolę w całości utworu. Z drugiej strony, skąd Polacy mieli mieć tę świadomość, skoro w tamtych czasach ledwie kilka osób z kraju było na Kubie? Wodecki był tam jako młody chłopak z Demarczyk. Może dlatego?

Tomasz Ziętek, trębacz: - Macio z Manetką chodzili zajarani. "Co za muza, co za piosenki!". Płytę puszczali przy każdej okazji. Reakcja zawsze ta sama: "To Wodecki? Serio?". Panny mego dziadka czy Rzuć to wszystko od razu trafiły.

Bartosz Weber, gitarzysta Mitchów: - Jeździliśmy w trasy busem, na którym po poprzednich właścicielach został napis bieszczady. W tym bieszczadowozie pierwsza płyta Wodeckiego leciała non stop, na zmianę między innymi z A ty się bracie nie denerwuj Andrzeja Dąbrowskiego.

 

Mniej więcej w tym samym czasie w Warszawie otwiera się klub Chłodna 25. Tworzy się trzon ekipy, która w późniejszych latach będzie wydawać w wytwórni Lado ABC, należącej do m.in. Morettiego i Tycińskiego.

Małgorzata Halber: - Chłodna to była taka świetlica dla otwartych działań kulturalnych. Bez tego miejsca to by tak nie wykiełkowało. Grzesiek Lewandowski, kaowiec Chłodnej, chciał stworzyć miejsce kulturalnego fermentu. I udało mu się. Muzycy, którzy tam przesiadywali, dobierali się w różne składy: był zespół grający włoskie piosenki z lat sześćdziesiątych, był cover-band Black Sabbath, który zagrał raz jako niespodzianka urodzinowa. Grywał zespół Kristen, zaczynał grać Marcin Masecki, klawesynistka Małgorzata Sarbak. Fotograf Lado ABC, Tomek Dubiel, robił YouTube party. To wszystko się ze sobą mieszało. Okazało się, że jest miejsce, w którym takie działania mogą zaistnieć, i że są ludzie, którzy tego słuchają. Wszystko trochę dla wtajemniczonych. Publiczność nieduża, ale coraz większa, no i wierna.

- A Wodecki?

- Gdzieś tam się ta jego pierwsza płyta przewijała podczas dyskotek, urodzin na Chłodnej, na których puszczaliśmy sobie winyle. Z tym, że chodziło głównie o jedną piosenkę.

- Panny mego dziadka?

- Oczywiście. To numer, który siedzi. Długie intro, piękna, delikatna, nostalgiczna melodia. Polot.

Apogeum fascynacji przychodzi w 2007 roku. Płyta jest już przesłuchana na wszystkie strony. Po koncercie na Polach Marsowych w Chorzowie Moretti i Manetka wymyślają plan z pozoru niemożliwy.

Chcą wystąpić ze Zbigniewem Wodeckim podczas koncertu Mitch & Mitch i wykonać z nim dwie piosenki z jego debiutanckiego albumu.

Sam Wodecki nie ma jeszcze o drugim życiu swojej płyty pojęcia. Zajmują go inne rzeczy.

We wspomnianym 2007 roku jest jurorem w popularnym Tańcu z gwiazdami, w którego finale również tańczy. Po ostatnim odcinku programu idzie na bankiet z okazji swoich pięćdziesiątych siódmych urodzin.

W jednym wywiadzie opowiada, że w długich i niesfornych włosach "wygląda jak stara Indianka". W innym, że zazdrości Bruce’owi Willisowi, bo aktor "przeleci swoją łysinę szmatką i już jest gotów do zdjęć", podczas gdy Wodecki potrzebuje lakieru.

W programie Zacisze gwiazd oprowadza po swoim rodzinnym domu pod miastem. Pokazuje prowadzącej, jak górskie echo odbija dźwięk trąbki, na której gra, stojąc na pagórku.

Koncertuje po dużych i małych miejscowościach. "Mam w bagażniku pompkę, lewarek, skrzypce i jeżdżę sobie po całej Polsce. Przez ostatnie trzy dni byłem w Licheniu, Gdyni, Krakowie, Jaworznie, Warszawie, Tychach, jutro jadę do Gdańska i Toronto" - opowiada w wywiadzie dla "Playboya". W rozmowie wspomina wprawdzie album z 1976 roku, ale tylko w ramach anegdoty:

"Szczęście miałem i mam. Wszystko do mnie samo przychodziło. Nawet pierwszą płytę nagrałem, bo mnie do tego zmusili. Konkretnie Wojtek Trzciński, który dziś prowadzi warszawską Fabrykę Trzciny. Ja nie mam tupetu, a hucpy nie znoszę. Rodzice tak wychowali, co robić. Staram się nie wychylać. Zawsze się boję, zupełnie jak w szkole. A mimo wszystko, jak to ździebełko na strumyku - płynę, płynę, życie mnie spokojnie niesie".

Parę miesięcy od tej rozmowy na wyświetlaczu telefonu nieznany numer:

- Czy to pan Zbigniew Wodecki? - pyta głos po drugiej stronie słuchawki.

- Tak.

- Dzwonię z pewnym pomysłem. Może spotkamy się na żywo?

Zobacz także

DOSTĘP PREMIUM

Polecamy