Krzyki i płacz za ścianą - wszyscy słyszą, nikt nic nie robi. Jak reagować na przemoc domową?

- Kiedy u nas w domu wybuchały awantury, które na pewno było słychać, nigdy nie zdarzyło się, żeby ktoś z sąsiedztwa w jakiś sposób zareagował - mówi Krystyna, której mąż stosował wobec niej przemoc. Urszula Nowakowska z Centrum Praw Kobiet, tłumaczy, w jaki sposób mogą reagować osoby postronne, aby nie doprowadzić do zaostrzenia konfliktu.

Według policyjnych statystyk prawie 90 tysięcy osób doświadczyło w zeszłym roku przemocy w rodzinie. Ponad 2/3 z nich to kobiety. Rzeczywista liczba poszkodowanych może być jednak dużo wyższa, ponieważ wiele osób nie zgłasza agresywnych zachowań partnera lub partnerki. Ze swoim cierpieniem zostają w czterech ścianach domu.

Urszula Nowakowska, założycielka Centrum Praw Kobiet przyznaje, że zdarzają się sytuacje, kiedy na telefon interwencyjny Fundacji dzwonią osoby chcące pomóc komuś doświadczającemu przemocy domowej. Pytają, jak mają się w danej sytuacji zachować, co mogą zrobić. - To jest optymistyczne i pod tym względem sytuacja się poprawia. Mamy coraz więcej sygnałów pozytywnych, że ludzie interweniują, chcą pomóc. Nie są obojętni - zaznacza. Nie wszyscy jednak wiedzą, jak reagować, choć nieraz podskórnie czują, że powinni. Wiele osób nie wie, czy nie zostaną posądzeni o wtrącanie się w nieswoje sprawy. Inni nie mają pewności, czy dobrze interpretują to, co widzą bądź słyszą…

Krzyki zza ściany albo powracające milczenie

Wyobraź sobie taką sytuację: siedzisz przy kawie ze znajomymi. Niech to będzie małżeństwo. Rozmawiacie, żartujecie, jest sympatycznie, niezobowiązująco. Nagle wasza rozmowa zbacza w konkretne rejony, pojawia się zupełnie nowy, z pozoru błahy temat. Może ktoś rzuca żart… I wtedy jedna osoba z pary "ucieka”, spuszcza uszy po sobie, milknie. Atmosfera się zagęszcza, więc szybko próbujesz zmienić temat, rozluźnić sytuację. Jednak w czasie kolejnych spotkań, kiedy znów skręcacie w tę drażniącą stronę, sytuacja się powtarza. Kolejny raz, i kolejny. - Są takie rzeczy, które jak się tylko ich dotknie, przeradzają się w konflikt. Pojawia się lękliwość w jednej ze stron, niewspółmierne przepraszanie, denerwowanie się błahymi dla osób z boku rzeczami. To widać - mówi Anna, która sama padła ofiarą przemocy. - To są takie sygnały, kiedy jedna z osób w relacji się denerwuje jakąś drobną rzeczą, a druga zaczyna być jak na szpilkach. Dla nas, osób z zewnątrz, to jest normalne: ot, kawa mu się wylała na spodnie, zdenerwował się. Ale druga osoba zaczyna natychmiast być jak na szpilkach, cała w przerażeniu obserwuje jego reakcje - tłumaczy. W jej przypadku nikt nie zareagował, mimo że o agresji jej męża wobec niej wiedzieli ich wspólni znajomi. 

Pani Krystyna, która również padła ofiarą przemocy domowej, uważa z kolei, że ocena, czy kobieta jest ofiarą przemocy domowej, nie jest prosta. - Kobiety naprawdę to kryją - mówi i tłumaczy, że nikt z bliskich o jej sytuacji w domu nie wiedział. - Mojej najbliższej przyjaciółce powiedziałam, dopiero kiedy dzieci były na wakacjach, a mój mąż wyrzucił mnie z domu. Zabrał mi kartę do bankomatu, miałam w portfelu 50 zł. Nie miałam dokąd pójść. Pierwszą noc przesiedziałam w kościele - opowiada. Dodaje, że koleżanka bardzo ją wspierała, ale tak naprawdę nie wiedziała, co ma jej podpowiedzieć. - Ludzie nie wiedzą, jak reagować w takich sytuacjach, gdzie takie sytuacje zgłaszać. Wiem na pewno, że powinno się to robić. Zwłaszcza tam, gdzie są dzieci. Choć człowiek boi się, czy się nie narazi tej osobie albo nie usłyszy potem, że niepotrzebnie się mieszał - podsumowuje. 

Jej zdaniem reakcja ludzi - bliskich, sąsiadów - wcale nie jest oczywista. - Kiedy u nas w domu wybuchały awantury, które na pewno było słychać, nigdy nie zdarzyło się, żeby ktoś z sąsiedztwa w jakiś sposób zareagował. A ja tego z domu nie wynosiłam, bo było mi po prostu wstyd - przyznaje.

"Skrzywiona perspektywa z wewnątrz"

Pani Anna, której małżeństwo trwało sześć lat, zwraca uwagę, że wiele osób nie rozumie, dlaczego dręczone kobiety nie decydują się odejść "po pierwszym razie". - Jak się to zaczyna, to się bardzo kocha swojego partnera, i on też nas bardzo kocha. Nie popchnął czy uderzył nas ktoś z ulicy, przypadkowy. To jest bardzo bliska osoba, w moim przypadku najważniejsza osoba w moim życiu, która poniekąd uratowała mnie z bardzo ciężkich relacji z moimi rodzicami - tłumaczy. 

Zaznacza też, że przemoc domowa może spotkać każdego, niezależnie od wykształcenia czy posiadanego majątku. - To nie jest tak, że są to kobiety pracujące na niskopłatnych posadach, w niewykwalifikowanych zawodach. Żyjemy w ułudzie, że bijący, wyzywający czy poniżający mąż to jest kwestia biednych rodzin z komunalnych mieszkań - tłumaczy i dodaje, że w jej życiu wszystko układało się z pozoru bardzo prawidłowo: skończyła studia psychologiczne, jej mąż prawnicze, mieli mieszkanie, dziecko, ona pracowała w korporacji, nieźle zarabiała. 

- Człowiek nie patrzy na siebie jak na ofiarę przemocy. Myślę sobie, że tak na zdrowy rozum to ja od samego początku wiedziałam, co się ze mną dzieje, ale serce mówiło co innego - podkreśla i tłumaczy, że każde zachowanie swojego męża potrafiła sobie wytłumaczyć: - Wszystko z czegoś wynikało, wszystko pasowało do siebie. Chciałam dla niego dobrze z miłości, jeżeli on się denerwował, krzyczał, walił pięściami w ściany czy w stół, to się bałam. I choć z jednej strony wiedziałam, że to nie jest normalne zachowanie, z drugiej uważałam, że ja to wszystko gdzieś nakręciłam - opowiada. 

Tłumaczy też, że kiedy jest się w związku, ma się skrzywioną perspektywę. Kiedy ktoś krytykuje partnera, instynktownie się go broni. - Jest taka jedna rzecz, której uczymy się z czasem, że zamiast mówić, co on (parter - red.) robi albo że jest taki, to że lepiej powiedzieć, co ja widzę, czego ja doświadczam. Na przykład: "widzę, że pan szarpie tę panią". Szarpanie kogokolwiek jest niedopuszczalne. "Widzę, że pan krzyczy na tę panią". Krzyczenie na kogokolwiek jest niedopuszczalne - podpowiada pani Anna. Tłumaczy także, że powiedzenie: "proszę zostawić tę panią" może przynieść odwrotny od zamierzonego skutek, bo wtedy i sprawca, i ofiara wystąpią przeciwko osobie wtrącającej się w ich sprawy. - Nie ma co atakować oprawcy, bo ofiara się tylko okopuje na miejscu obrony. A jak ktoś mówi o rzeczywistości dosyć obiektywnie, to czasami potrafi to wytrącić z tego amoku - zaznacza. 

- Ja wiedziałam, że to, co się dzieje, jest niezdrowe, ale wierzyłam, że moja perspektywa może być zaburzona, bo ja jestem egoistką, jestem złośliwa, zbyt emocjonalna, mam doświadczenie przemocy z dzieciństwa, wszystkich wpycham w rolę kata, bo ja chcę być ofiarą, wiec słysząc to wszystko, kwestionowałam swój własny osąd. Może gdyby ktoś mi powiedział, jak to widzi, to może by mi to pomogło. Bo ja przez lata to kryłam - mówi Anna.

Jak reagować na przemoc? 

Nowakowska tłumaczy, że nie ma uniwersalnej recepty na to, jak zachować się wobec przejawów przemocy domowej. Wszystko zależy od konkretnej sytuacji, a jedyne, o czym trzeba pamiętać zawsze, to by wobec ofiar być delikatnym, wspierającym. I jeszcze jedno: ważne, by występować w obronie poszkodowanej, a nie oburzać się np. zakłócaniem ciszy nocnej, podważać jej słowa, mówić, że sama jest sobie winna. - Jeżeli zza ściany słyszymy krzyki, które brzmią dla nas groźnie, to na pewno trzeba wezwać policję. Można też, jeżeli ktoś się nie boi, iść z kimś, zapukać i podjąć taką interwencję samemu, a dopiero później wezwać policję. Wszystko zależy od tego, na ile się czujemy na siłach, na ile znamy sprawcę - wyjaśnia ekspertka oraz dodaje, że trzeba zwracać także uwagę na własne bezpieczeństwo. 

Specjalistka tłumaczy, że jeżeli przemocy doświadcza na przykład nasza sąsiadka, którą znamy z widzenia, warto zagadnąć ją w jakiś innych okolicznościach - w sklepie, przy windzie, spotykając na spacerze. Powiedzieć jej, że słyszeliśmy krzyki, że wydaje nam się, że może być w trudnej sytuacji i zapytać, czy możemy jej w jakiś sposób pomóc.

Ważne jest także to, by nie wypowiadać pod adresem zarówno poszkodowanej, jak i sprawcy oskarżeń czy nacisków. - To może spowodować, że ona jeszcze bardziej się wycofa. Może się w sobie zamknąć i nic nie powiedzieć. Jeśli natomiast zaczniemy napadać na jej oprawcę, męża czy partnera, to może zacząć go bronić. Z takimi reakcjami też można się spotkać - podkreśla. 

Podpowiada, że można też przynieść po prostu ulotkę czy informację o tym, gdzie szukać pomocy, do jakiej organizacji zadzwonić. - Albo umówić się, że jak następnym razem będzie się coś działo, to żeby dała jakiś sygnał, że chce pomocy. Czasami ludzie się umawiają, że stuknięcie ileś razy w ścianę czy podobny znak może oznaczać, że pomoc potrzebna jest właśnie teraz - podkreśla. 

"Nikt mi nie uwierzy"

- To jest największy problem, że tak naprawdę nikt nie wie, jak reagować. Ale patrząc z dzisiejszej perspektywy, czy chciałabym, żeby ktoś zareagował za mnie? Myślę, że nie. Ja sama musiałam dojrzeć do tego, żeby to uciąć - podkreśla pani Krystyna. 

Jej problemy zaczęły się po dziesięciu latach małżeństwa, po przyjeździe do Warszawy. Policję wezwała dopiero, kiedy mąż wykręcił rękę córce, która stanęła w jej obronie. Do tego momentu cały czas wierzyła, że mąż się zmieni. - Takie osoby w stosunku do obcych bardzo często są wzorowe. Pomocni, fantastyczni ludzie. Kiedy się mówi o tym, co się dzieje, to nikt nie wierzy. A ofiary przemocy funkcjonują właśnie w ten sposób: że przecież mi i tak nikt nie uwierzy. No bo skoro mój mąż się udzielał w szkole i więcej czasu jej poświęcał niż własnym dzieciom, no to jak ja komuś powiem, że on jest sprawcą przemocy w domu? Wszyscy się w głowę postukają - tłumaczy. 

Urszula Nowakowska z CPK zaznacza, że to właśnie dlatego bardzo ważne jest zapewnienie osoby doświadczającej przemocy, że możemy być świadkiem w jej sprawie. Dodaje, że nie tylko sami sprawcy przekonują ją do tego, że jest mało wiarygodna, ale często także najbliżsi sąsiedzi udają, że nie widzą i nie słyszą nic niepokojącego. - Jeżeli uzyska wsparcie i wzmocnienie ze strony osób, które zna, sąsiadów czy rodziny, to będzie to dla niej sygnał, który może ją zachęcić, by w którymś momencie zrobić ten krok (w stronę odejścia od sprawcy - red.) i przy tym liczyć na to, że w sądzie, podczas rozwodu czy sprawy karnej nie będzie to tylko słowo przeciwko słowu - podkreśla specjalistka.

A jeśli konflikt się tylko zaostrzy?

Pani Krystyna opowiada, że kiedy pierwszy raz zadzwoniła na policję, prosiła, aby pod żadnym pozorem funkcjonariusze nie mówili, że to ona ich wezwała. - Bałam się, co będzie dalej w domu - tłumaczy. Nowakowska wyjaśnia, że rozwiązaniem takiej sytuacji może być zaproponowanie przez nas np. sąsiadów takiej kobiety, że to my wezwiemy policję. Dodaje, że jeśli kobieta sama zgłosi sprawę, może to wywołać eskalację przemocy. Mąż czy partner może bowiem próbować wywierać na swoją ofiarę naciski, aby wycofała zarzuty. 

Z zawiadomienia złożonego przez osoby postronne mogą wyniknąć też inne korzyści. - Jeżeli to my zgłosimy sprawę i sprawca będzie o tym wiedział, to jeżeli to nie jest ten najbardziej agresywny przypadek, który będzie się potem mścił, taka sytuacja może zadziałać profilaktycznie. Bo okaże się, że to nie jest tak, że tutaj nikt nie reaguje, nie zwraca uwagi - wyjaśnia. Nowakowska zaznacza jednak, że warto wcześniej o planowaniu takiej interwencji porozmawiać z ofiarą, bo jeśli nie będzie do tego przygotowana, może w momencie przyjazdu policji wyprzeć się wszystkiego. Policja odjedzie, a konflikt pozostanie, i to zaostrzony. 

- Pamiętam historie kobiet, które słyszały: no niech pani coś z tym zrobi, niech pani zadzwoni na policję, pani, pani… A to dla tej kobiety jest często bardzo duże obciążenie. Czasem więc lepiej, jeżeli to coś zrobimy my - sąsiedzi czy członkowie rodziny, czy znajomi - wymienia.

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny

Najnowsze podcasty

Więcej podcastów

Komentarze (17)
Przemoc wobec kobiet. Jak reagować?
Zaloguj się
  • 2bxornot2b

    Oceniono 1 raz 1

    Tsk bylo w domu rodzinnym biedronia.

  • Zawisza Brązowy

    Oceniono 2 razy 0

    Generalnie policja lub straż miejska poucza gdy problem z alkoholem zabiera na izbę i po wszystkim problem nie ustępuje, problem z przemocą u sąsiadów piętro wyżej załatwił członek rodziny tak skutecznie ,że agresywny sąsiad wylądował na ortopedii już jest spokój od półtora roku żaden OPS, policja straż miejska nie pomagało.

  • lenolmak

    Oceniono 2 razy 0

    Kibic z dala niech się nie wpi...... Dlaczego sąsiad ma reagować na przemoc u kogoś, może ta osoba nie życzy sobie wtrącania się osób trzecich w ich sprawy prywatne.Jeżeli osoba wobec której jest stosowana przemoc nie reaguje to znaczy że się z tym zgadza.Jeżeli jej dzieje się krzywda to powinna sama zgłosić to organom ścigania.

  • 1adasq

    Oceniono 2 razy 0

    coś złego dzieje się na forach, przy okazji tematów niewygodnych światopoglądowo dla katoprawicy.
    jakiś typ o zrytm beretku w link prowadzący do "pokaż odpowiedzi" wstawia jakąś magiczną formułkę prowadzącą do początku artykułu
    gdybym się na tych magicznych formułkach znał - czytaj był informatykiem - pewnie bym sobie z takim psikusem poradził
    ale informatykiem nie jestem ; proszę wiec admina o rozwiązanie problemu

  • onten

    Oceniono 8 razy -4

    oto mamy efekt wychowania laluń, księzniczek, im sie należy wszystko, a mąż zapie... na dwa etaty i przychodzi do domu a tu zupa za słona bo taki pasożyt nawet gotować nie potrafi tylko wydawać męża kasę na fryzjera i kosmetyczkę. Niech baby zrozumią, że równuprawnienie to nie jest, że mąż zapie... a żona leży. I tak się póxniej to kończy. Ogarniasz wszystko w pracy w domu a taka chciałby tylko leżeć i pachnieć a jak chcesz analu to ją głowa boli. No i mamy przemoc. Czasem wystarczy, że parę razy spoliczkujesz taka i od razy nabiera pokory i chęci do roboty a czasem trzeba tłuc aż sąsiedzi słyszą i policja przyjeżdza a i tak nie pomaga. Mężczyzni musza zrozumieć,że pewnych pasozytów nie da się zmienić i lepiej taką rzucić bo będzie pasożytowac jak bluszcz do śmierci

  • jael53

    Oceniono 3 razy 1

    Panie przedstawiły w rozmowie jeden z kluczy, ale przeszły nad nim do porządku, zamiast podrążyć. Kobieta oględnie mówi, że miała "bardzo trudne relacje z rodzicami", potem dodaje, że były to relacje przemocowe. Wybrała więc najprostszą strategię ucieczki, czyli wyjście za mąż. problem w tym, że w takich okolicznościach ma się raczej nikłe możliwości właściwej oceny związku, liczy się tylko to, że on ma być sposobem na rozwiązanie problemu już istniejącego.

  • wlodzimierz.il

    Oceniono 3 razy 1

    >nigdy nie zdarzyło się, żeby ktoś z sąsiedztwa w jakiś sposób zareagował - mówi Krystyna,

    Bo ten kto się wtrąca bez potrzeby często dostaje od "maltretowanej żony" po łbie.
    Dajcie małżeństwom okazję aby same się kłóciły i same się godziły.

  • getz54

    Oceniono 13 razy 5

    Problem przemocy w rodzinie był, jest i będzie, jest on bowiem wynikiem silnego wpływu kościoła katolickiego na zycie prywatne ludzi. Od stuleci kościół katolicki przygotowuje wyznawców do swoich zboczeń, wmawia im pokorne znoszenie swojego cierpienia, na wskutek gwałtów, pobicia, molestowania seksualnego. Tłumaczy im naiwnie, ze kazdy dzwiga swój krzyz niczym Dzez Chrystus. Mąz pijak, awanturnik, ale poślubiony w kościele, mógł spokojnie do końca swojego nędznego zycia wyzywac się na rodzinie, bo miał wystawiony kościelny glejt nietykalności. Matki z pokorą i bólem znosiły zwierzenia swoich dzieci, ze były zgwałcone, molestowane przez księdza dobrodzieja. Wmawiały sobie, ze ich skrzywdzona córka, syn, musi dzwigac swój krzyz, nie odwazały się zgłosic tego na policji, w prokuraturze. To jest socjotechnika paktu Pana Wójta i Plebana. Słysząc za ścianą krzyki
    katowanej sąsiadki i jej dzieci, ludzie zatykają uszy, zegnając się z przerazenia, bo są świadkiem zakładania na plecy tamtej rodzinie ich krzyza świętego. Zacofanie religijne doprowadza do tego, ze stary dewiant kawaler, z Ciemnogrodzkiej, na polecenie kościoła katolickiego zabrania podpisania ustawy o zakazie stosowania przemocy wobec kobiet i dzieci, bo jest ona sprzeciwem wobec prawa bozego, jedynego prawa obowiązującego w tym kraju.
    Kępa z dumą opowiada, ze od czasu do czasu musi dostac, nie wiem jak to nazwac, u ludzi jest to nazywane potocznie gębą, wtedy wiedziała ze zyje i ktoś się nią interesuje. To zło trzeba naprawic od samego początku. Całkowity zakaz nauczania mitologii katolickiej w przedszkolu, szkole. Zakaz nauczania ma obejmowac placówki państwowe, złobki, przedszkola i szkoły. Rycie beretów moze odbywac się w salach katechetycznych za murami kościelnymi. Wdrazanie obłędu musi odbywac się za dobrowolną zgodą obojga rodziców, pod okresową kontrolą psychologa dziecięcego. Mozna się zastanowic równiez nad wprowadzeniem limitu wiekowego, jak w przypadku alkoholu i papierosów, wciskanie religijnej ciemnoty dozwolone od 18 lat. Naprawianie Rzeczpospolitej trzeba zacząc od przyczyny, a nie od walki ze skutkami. To jest jak walka z nałogiem.

  • maz9

    Oceniono 7 razy 3

    To się nie bierze z niczego. Na pewno już przed ślubem były oznaki psychooatycznej osobowości, lecz zostały zignorowane, jako coś pojedynczego.
    Należałoby już w szkołach uczyć dzieci na przyszłość sposobu szybkiego rozpoznawania psychopatów i natychmiastowego zerwania znajomości.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX