Stawiszyński. Pochwała wątpliwości

Cyfrowa rzeczywistość, zwłaszcza od momentu, kiedy wynaleziono portale społecznościowe, działa niczym wysoce stężony środek wymuszający generowanie opinii na każdy temat. Już teraz, natychmiast, w trybie live.

Wszystko, co się wydarza, domaga się błyskawicznej asercji bądź negacji; lajka albo emotikonu wyrażającego uczucia przeciwne („wrr” bądź też „przykro mi”); mniej lub bardziej rozbudowanego omówienia. Kolejne informacje przepływają przez ekran, a ich neutralność wydaje się wręcz nie do wytrzymania. Trzeba ją zatem niezwłocznie zniwelować, trzeba ją niezwłocznie opatrzyć znakiem plus albo minus. W ułamku sekundy musisz wiedzieć co o tym wszystkim myślisz, czy ci się to podoba, czy się z tym zgadzasz, czy też – przeciwnie – powinieneś zareagować oburzeniem, wściekłością, niesmakiem albo lękiem.

Ma to swoje rozliczne funkcje, ale jedna wysuwa się bodaj na prowadzenie. W ten właśnie sposób – deklarując, co w danej sprawie myślimy i jaką wobec niej przyjmujemy postawę – produkujemy swoiste wirtualne wizytówki, informacyjne awatary wchodzące w interakcję z innymi awatarami, rozpoznające w ten sposób swoich sojuszników i przeciwników. Czyli tych, z którymi chcemy się identyfikować, i o których akceptację zabiegamy, oraz tych, od których pragniemy się wyraziście odróżnić, i których akceptacja mogłaby poważnie zachwiać naszym wizerunkiem wśród swoich. Żyjemy wszak w epoce wojen tożsamościowych i kryzysu prawdy – kiedy zasadność i adekwatność naszych przekonań stają się drugorzędne względem ich mocy wspólnototwórczej. Nie znaczy to, że nam na zasadności i adekwatności nie zależy. Znaczy to wyłącznie, że gotowi jesteśmy potraktować je z pewną – nazwijmy to – epistemologiczną pobłażliwością, jeśli tylko w zamian możemy pozyskać głębsze poczucie akceptacji ze strony grupy, z którą czujemy łączność.

 Wymuszona przez cyfrowe realia potrzeba natychmiastowego zajmowania stanowiska w jakiejś sprawie, tożsamościowa a nie poznawcza funkcja tych stanowisk i przekonań, wreszcie zaś epistemologiczna pobłażliwość będąca owocem dwóch wcześniejszych zjawisk – wszystko to skutkuje cokolwiek kompulsywnym poczuciem oczywistości.

Wątpliwość, niejasność, ambiwalencja, niejednoznaczność są w tak skonfigurowanej rzeczywistości nie tylko czymś ogólnie niepożądanym i niepopularnym, ale wręcz budzącym lęk i wrogość. Jakiekolwiek wahanie oznacza wszak nie tylko opóźnienie wymaganego natychmiast komentarza, ale także – być może – niepewność własnej tożsamościowej przynależności.

W warunkach toczącej się bitwy pomiędzy siłami światła i siłami ciemności, w epoce schyłkowej, w atmosferze nadchodzącej apokalipsy – bo przecież w takich właśnie czasach żyjemy – żadna ze stron nie może sobie na to pozwolić. Trzeba zwierać szeregi, trzeba ze stuprocentową pewnością wiedzieć kim się jest, co się myśli i dlaczego my mamy rację, a tamci się mylą.

Było to szczególnie widoczne podczas dyskusji o sprawie Vincenta Lamberta, 43-letniego Francuza, który jedenaście lat temu uległ ciężkiemu wypadkowi samochodowemu, w wyniku czego doznał nieodwracalnych, zaawansowanych uszkodzeń mózgu i zapadł w śpiączkę. Batalia o odłączenie go od aparatury podtrzymującej życie czy raczej od sondy aplikującej mu pokarm, trwała już od dłuższego czasu. Odłączeniu sprzeciwiali się rodzice, a domagali się go żona i część rodzeństwa. Od momentu, kiedy Lambert znalazł się pod opieką lekarzy, sporządzono kilka raportów o jego stanie zdrowia i potencjalnych rokowaniach – a także o tym, na ile zapewnianie mu pożywienia mieści się w definicji „uporczywej terapii” – przy czym opinie te nie były zgodne. Finalnie – wskutek decyzji Sądu Kasacyjnego – 3 lipca bieżącego roku zaprzestano podawania mu jedzenia i wody. 11 lipca nad ranem zmarł w szpitalu uniwersyteckim w Reims.

Katoliccy publicyści: śmierć Vincenta Lamberta to morderstwo

Watykan, katoliccy publicyści, prawicowi politycy oraz rzesze użytkowniczek i użytkowników portali społecznościowych identyfikujących się z tą opcją światopoglądową – oni wszyscy nie mieli wątpliwości. Śmierć Vincenta Lamberta to morderstwo. Dokonane z premedytacją i wyjątkowym okrucieństwem. Przejaw degeneracji współczesnej kultury, którą Jan Paweł II nieprzypadkowo nazywał kulturą śmierci. Kultury obsesyjnie skoncentrowanej na wartościach czysto pragmatycznych. Wyznającej osobliwy kult siły i sprawności. Relegującej spośród wspólnoty żywych wszystkich, których egzystencja nie mieści się w zestawie cech i jakości, odzwierciedlających w gruncie rzeczy płaskie i hedonistyczne rozumienie tego, czym jest i czym powinien być ludzki los. Tu i ówdzie – jak zwykle w tego rodzaju historiach – pojawiły się nawet nawiązania do nazizmu i obozów koncentracyjnych.
Wątpliwości nie mieli jednak także komentatorzy o poglądach liberalno-lewicowych, dalecy od katolicyzmu, oraz rzesze użytkowniczek i użytkowników portali społecznościowych identyfikujących się z tą opcją światopoglądową. Dla nich z kolei śmierć Lamberta była oczywistym zakończeniem pozbawionej jakiegokolwiek sensu i celu nieświadomej wegetacji. Aktem oświeconego miłosierdzia domykającego los, który od jedenastu lat pracował na  jałowym biegu. Zwieńczeniem życia, które stało się już tylko bezładnym, chaotycznym, czysto biologicznym trwaniem. Podtrzymywanym wyłącznie w imię dobrego samopoczucia tych, którzy nie byli w stanie pogodzić się z faktyczną śmiercią Vincenta Lamberta w wypadku samochodowym przed jedenastu laty.

Stosunek do kwestii legalizacji eutanazji to papierek lakmusowy

Obie strony tego sporu forsowały swoje stanowiska jako bezalternatywne. Obie strony głosiły je z bezwzględnym przekonaniem. Podkreślały, że tertium non datur, nie da się tutaj mieć stanowiska pomiędzy, nie da się zbudować żadnego kompromisu. Stosunek do śmierci bowiem w sposób najgłębszy definiuje nasz światopogląd, stanowi jego fundament, jego nienaruszalny, tożsamościowy rdzeń. Nigdzie indziej nie uwidacznia się on bardziej dobitnie  – i dlatego prawdopodobnie nigdy się w tej sprawie nie dogadamy.

To niewątpliwie prawda. Stosunek do kwestii legalizacji eutanazji to światopoglądowy i religijny papierek lakmusowy.

Ale czy w przypadku Lamberta faktycznie mieliśmy do czynienia z eutanazją – jak twierdzą przeciwnicy jego uśmiercenia – czy może jednak z zaprzestaniem uporczywej terapii, jak z kolei przekonują zwolennicy? Mówiąc szczerze, wydaje mi się to kwestia czysto techniczna, do rozstrzygnięcia podczas jakiegoś seminarium z bioetyki.

Znacznie bardziej istotne są dwa inne pytania.

Na ile w tym przypadku można stwierdzić, że mamy do czynienia z organizmem w stanie li tylko biologicznej wegetacji, nie wykazującym żadnych cech świadomości?

I na ile metoda, jaką tutaj zastosowano, odstawienie pokarmu i wody, mieści się w ogóle w jakichkolwiek cywilizowanych standardach, a na ile jest wyrazem niechęci do wzięcia odpowiedzialności za własną decyzję, nieumiejętności skonfrontowania się z brutalną realnością tej sytuacji?

Argumenty zwolenników uśmiercenia Vincenta Lamberta są poważne

Otóż odpowiedź na pierwsze pytanie nie może być jednoznaczna. Zagadnienie eutanazji dokonywanej na kimś, kto, po pierwsze, nie jest w stanie intencjonalnie zadecydować o swojej śmierci, a po drugie pozostaje – zgodnie z aktualną wiedza medyczną – definitywnie nieświadomy, to zagadnienie zupełnie odmienne od kwestii eutanazji dobrowolnej, polegającej na udzieleniu pomocy komuś, kto sam się jej domaga.

Niemniej, argumenty zwolenników uśmiercenia Vincenta Lamberta są poważne i pod wieloma względami przekonujące. Biologiczna egzystencja czyjegoś nieodwracalnie zdegradowanego ciała bywa często podtrzymywana wyłącznie w imię dobrostanu żyjących. W imię ich religijnych albo światopoglądowych przekonań, w imię ich emocjonalnego komfortu, w imię odsuwania od siebie strasznego poczucia ostateczności. Nie ma to nic wspólnego z dobrostanem pacjenta, bo pacjenta – w sensie dosłownym – już nie ma. Jest tylko ciało, w którym na zawsze zgasły wszelkie znamiona podmiotowości.

Równie ważne i przekonujące są jednak argumenty przeciwników. Choćby taki, że o  głębokiej śpiączce wciąż niewiele wiemy, nie wiemy na przykład z całą pewnością czy jakaś szczątkowa świadomość jednak u osób przebywających w takim stanie nie występuje. Bywa także, że zdarzają się spektakularne wybudzenia po wielu latach – wybudzenia osób, o których sądzono, że coś takiego nie jest w ogóle możliwe. Ale czy to jest casus Vincenta Lamberta? Z pewnością grona eksperckie i sąd należycie odrobiły w tej sprawie lekcję – i dokonały gruntownej oceny jego stanu zdrowia. Nie ma powodu w to wątpić. Jednak obszar spraw ostatecznych, obszar decyzji o czyimś życiu lub śmierci, o nieodwołalnym zakończeniu jakiegoś losu – zawsze jest i będzie terytorium niebywale delikatnym i nieoczywistym.

Rozumiem i uznaję argumentację bioetyczną

Jestem zdecydowanym zwolennikiem legalizacji eutanazji świadomej i intencjonalnej. Rozumiem i uznaję argumentację bioetyczną na rzecz eutanazji w przypadkach podobnych do tego, o którym tutaj mówimy. Mam głębokie przekonanie, że nie chciałbym aby moja egzystencja biologiczna była podtrzymywana na siłę. Sprawa Lamberta budzi we mnie jednak wątpliwości. Ale nie tylko – i nie przede wszystkim – z uwagi na wszystkie powyższe zastrzeżenia. Jest jeszcze inny aspekt, bodaj najistotniejszy.
A mianowicie sposób w jaki doprowadzono to ciało do śmierci. Mówiąc wprost – przez zagłodzenie.

Francuskie prawo nie dopuszcza czynnej eutanazji ani tzw. wspomaganego samobójstwa. Podobnie jak we wszystkich bodaj państwach europejskich dopuszczalne jest natomiast zaprzestanie sztucznego utrzymywania pacjenta przy życiu, rezygnacja z zawziętej, uporczywej terapii. Tego rodzaju procedura jest na dobrą sprawę niekontrowersyjna. Co do zasadności jej stosowania zgadzają się pospołu i Watykan, i najbardziej liberalno-ateistycznie usposobieni etycy. Intuicyjnie chyba wszyscy nie mamy tutaj większego dylematu. Jeśli czyjś organizm utrzymuje przy życiu wyłącznie maszyna, jeśli np. ktoś oddycha wyłącznie za pośrednictwem respiratora, a narządy zapewniające utrzymanie funkcji życiowych uległy nieodwołalnemu zniszczeniu – można, a wręcz powinno się człowieka od takiej aparatury odłączyć. Odłączony – umiera.
Tyle że to nie jest przypadek Lamberta. Pomiędzy odłączeniem sondy podającej pokarm, a śmiercią ciała minęło 8 dni. Była to więc śmierć głodowa par excellence. Czy nie wiązało się to z cierpieniem – tego na pewno nie wiemy. Dlaczego zatem zrealizowano decyzję sądu w taki właśnie  sposób, a nie podając po prostu Lambertowi odpowiednią substancję?
Otóż, nie znajduję na to innego wytłumaczenia, niż jakiś rodzaj hipokryzji, umywania rąk, niechęci do wzięcia realnej odpowiedzialności za własne postanowienia. Zdecydowano przecież, że życie Lamberta powinno się zakończyć. Dlaczego w taki sposób? Dlaczego przez zagłodzenie, a nie przez podanie środka, który w sposób szybki, łagodny i bezbolesny dokona tego, czego i tak z całą pewnością dokona wielodniowa agonia?

Czy chodzi o lęk przed gniewem opinii publicznej? Przed oskarżeniami o morderstwo ze strony przeciwników eutanazji? Ale przecież oni i tak tego rodzaju zarzuty formułują. Może jest to więc raczej przejaw myślenia magicznego – że jeśli czegoś aktywnie nie zrobimy to tak, jakbyśmy właściwie nie ponosili za to odpowiedzialności?

Pokusa natychmiastowych rozstrzygnięć

Nie daję tutaj żadnych rozstrzygnięć. Nie próbuję forsować żadnego stanowiska. Dzielę się tylko wątpliwościami, które wywołała we mnie ta sprawa. Nieoczywista i niejasna. Po prostu tragiczna. Tak, jak tragiczne – mniej lub bardziej – bywają sytuacje, w których stawia nas i naszych bliskich los (jakkolwiek to pojęcie będziemy rozumieć).

 Pokusa natychmiastowych rozstrzygnięć, jednoznacznych definicji, kategorycznych moralnych kwalifikacji – obecna w nas tak czy inaczej, a wzmacniana jeszcze przez warunki, w których żyjemy – często nie tylko oddala nas od rzeczywistości, ale także znieczula na skomplikowanie i dramatyzm ludzkiego doświadczenia. Dążąc do oczywistości, eliminujemy złożoność i bezradność, które przecież stanowią nieodłączny wymiar życia. W ten sposób znika empatia – wobec siebie i wobec innych. Na jej miejscu pojawia się natomiast ta czy inna ideologiczna zbroja, ta czy inna twarda tożsamość. Tak twarda, że kontakt z nią rani zarówno innych, jak i nas samych. Dlatego właśnie – dzieląc się kilkoma myślami o sprawie Vincenta Lamberta – chciałem zachęcić do pielęgnowania w sobie wątpliwości. A także do spóźnionych i niejednoznacznych komentarzy. A czasami nawet do całkowitej z nich rezygnacji.

Posłuchaj w Aplikacji TOK FM:

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny

Komentarze (4)
Stawiszyński. Pochwała wątpliwości
Zaloguj się
  • villk

    0

    bardzo interesujący tekst.
    Na wojnie bywa że przyjaciel dobija rannego przyjaciela czy to okrucieństwo czy dobrodziejstwo?
    Czy branie odpowiedzialności za swe czyny jest jeszcze w ogóle w modzie?
    Jest dużo racji w tym że budowanie postaw skrajnych ułatwia zarówno zarządzenie TŁUMEM jak i zwiększa samozadowolenie TŁUMU utwierdzając wzajemnie tworzące go jednostki w słuszności swych przekonań , jednocześnie tworzy linie podziału i separacji od inaczej myślących.

    Zawsze mi się w tym miejscu przypomina polityczne odniesienie do bolszewików w Rosji i niemieckich faszystów- dla jednych i drugich najgorszym wrogiem buła socjaldemokracja - ci wątpiący i szukający porozumienia ponad podziałami bo oni rozbijają spójne pojęcie WROGA , rozmywają granice i sieja wątpliwości w szeregach WIERNYCH wyznawców.
    Obecnie pięknym przykładem takich działań jest PIS w Polsce czy rosyjskie władze w Ługańsku.

    Dla mnie WĄTPLIWOŚĆ jest oznaka samodzielnego myślenia a bezrefleksyjność to domena takich czy innych niewolników lub głupców.

  • matts06

    Oceniono 2 razy 0

    Dziękuję za ten felieton.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX