Stawiszyński: Kościół, władza i seks

Wydarzenia, które rozegrały się przed ponad tygodniem na ulicach Białegostoku, to nieledwie potyczka w wielkiej wojnie kulturowej toczącej się dzisiaj w samym środku zachodniej cywilizacji. Ścierają się w tej wojnie dwie armie - jedna broni fundamentów człowieczeństwa, druga pragnie człowieczeństwo upodlić, zdegradować i wpisać w porządek animalny.

Jedna stoi po stronie niezbywalnych cywilizacyjnych zdobyczy. Ochrania chrześcijańskie dziedzictwo, w tym także chrześcijańską antropologię widzącą w człowieku istotę stworzoną na obraz i podobieństwo boskie. Druga rzeczywistość postrzega wyłącznie w wymiarze poziomym. Nie uznaje żadnej transcendencji. Człowieka natomiast chce sprowadzić do poziomu miotanej cielesnymi żądzami maszyny. Niezdolnej do samokontroli, zatracającej się w coraz bardziej wyuzdanych rozkoszach.

Jedna ochrania wypracowane na gruncie tej kultury instytucje, za pośrednictwem których i poprzez które człowiek wydobywa się ze stanu pierwotnego chaosu symbolizowanego przez grzech pierworodny. Kościół, małżeństwo, rodzinę. Druga, żeby zrealizować swoje bluźniercze cele, stara się wszelkimi sposobami instytucje te osłabić, a nawet zniszczyć, na ich miejscu stawiając przyjemność, seks i inne doraźne uciechy. Na miejscu małżeństwa natomiast – rozumianego tradycyjnie jako związek mężczyzny i kobiety – jakieś bliżej niezdefiniowane konglomeraty osób o nieustalonej tożsamości płciowej. Związki polimorficzne, których zasadniczą aktywnością są perwersyjne orgie. Rzecz jasna, przy starannie zaaplikowanej antykoncepcji, bowiem nic nie jest tym odmieńcom bardziej niemiłe niż zdrowa prokreacja w służbie narodu i społeczeństwa.
Każdy więc komu bliski jest chrześcijański etos i substancja zachodniego dziedzictwa, winien w tej wojnie wziąć czynny udział.

I stawić się na wezwanie armii dobra. 

Zastanawiające dla każdego czytelnika "Sodomy"

To wcale nie jest karykatura, złośliwe wyolbrzymienie mające na celu sprowadzenie argumentacji oponenta do jawnego absurdu. To całkiem wiernie odtworzony – acz, owszem, podany w formie skondensowanej – przekaz, który emitują na co dzień zarówno wysocy hierarchowie polskiego Kościoła katolickiego, jak i publicyści największych prawicowych mediów.

Retoryka wzmożenia wojennego – obficie inkrustowana fantazyjnymi opisami interakcji seksualnych w rozmaitych konfiguracjach i formach – to specjalność zwłaszcza takich kościelnych intelektualistów jak ks. prof. Paweł Bortkiewicz i ks. prof. Dariusz Oko.

Nawiasem mówiąc, prześcigają się oni w sugestywnych deskrypcjach zmysłowych uciech i perwersji w stopniu nader zastanawiającym dla każdego, kto przeczytał już znakomitą „Sodomę” Fredericka Martela. Jedną z żelaznych reguł pozwalających orientować się w meandrach kościelnego „Who is who” okazuje się w tej książce zależność pomiędzy manifestowaniem radykalnej niechęci do homoseksualności a ukrywaną skrzętnie homoseksualną orientacją. Im bardziej, powiada autor „Sodomy” – dzieła doskonale udokumentowanego, którego rzetelności nikt jak dotąd nie był w stanie zakwestionować – zawzięcie dany ksiądz zwalcza gejów w przestrzeni publicznej, tym większe prawdopodobieństwo, że sam jest gejem. Oczywiście, Martel nie używa tego argumentu w trybie homofobicznym, niczyja orientacja nie jest dla niego problemem, w przypadku hierarchów kościelnych chodzi po prostu o ten specyficzny, tajny kod – na zewnątrz zwalczamy, wewnątrz praktykujemy. Nie to, co ukrywane, jest więc tutaj kwestią, lecz raczej sam fakt ukrywania.

Ale to dygresja. Mało mnie interesuje sekretna tożsamość seksualna księdza Oko czy księdza Bortkiewicza, bardziej natomiast jawna, nielicząca się z żadnymi faktami propaganda, jaką bez najmniejszych skrupułów uprawiają. Totalna dezinformacja w stylu wolnym, pod hasłem „wszystko jest dozwolone” i „no rules!”.
Propaganda i dezinformacja, które pozwoliły znacznej części tak zwanych „kontrmanifestantów” – brutalnie atakujących w Białymstoku uczestniczki i uczestników marszu – poczuć bluesa misji.

Trzeba przyznać – w tak przygotowanym ideowym decorum każdy miłośnik ulicznej przemocy może poczuć się niczym waleczny krzyżowiec, który z pomocą inwektyw, pięści, kastetu, kija bejzbolowego, kamieni i petard, broni dziedzictwa cywilizacyjnego przed hordami jakichś przerażających degeneratów.

Czy mamy do czynienia z brakiem wiedzy?

Ale czy ten opętańczy strumień świadomości wydobywający się z ust i piór księdza Oko i księdza Bortkiewicza – a także innych katolickich księży, hierarchów i publicystów, którzy całkiem na poważnie przekonują, że przyznanie osobom LGBT tych samych praw, jakie przysługują osobom heteroseksualnym, oznacza koniec cywilizacji i destrukcję małżeństwa – jest wynikiem wyłącznie  niekompetencji?

Braku elementarnej wiedzy, a także dobrej woli, żeby własne fantazje, choćby najbardziej wybujałe, poddać jednak jakiejś empirycznej weryfikacji?

Czy zatem chodzi tylko o to, że ci ludzie nigdy nie spotkali gejowskiej czy lesbijskiej pary; nigdy nie zapoznali się ze stanowiskiem współczesnej nauki, która homoseksualizm uważa za pełnoprawną orientację doskonale mieszczącą się w normie; nigdy nie zajrzeli do dokumentów, o których z apodyktyczną pewnością opowiadają zupełnie niestworzone androny – choćby podpisanej przez Rafała Trzaskowskiego Warszawskiej Deklaracji LGBT+ albo zaleceń WHO dotyczących edukacji seksualnej?

Czy zatem mamy do czynienia z jawnym brakiem wiedzy – żeby nie używać słów bardziej dosadnych? Czy też może w grę wchodzi coś innego? A mianowicie: celowe podkręcanie emocji, celowa mobilizacja ludzi wciąż jeszcze ufających przedstawicielom Kościoła, mimo dość przerażającej prawdy o realiach funkcjonowania tej instytucji, którą w ostatnich latach poznajemy coraz dobitniej.

Kościół jest na wojnie

Otóż, pamiętajmy, że Kościół katolicki faktycznie jest na wojnie. Wojnie o wpływ, o symboliczną i dosłowną władzę. A na wojnie stosuje się wszelkie środki, które pozwalają uzyskać przewagę. Także dezinformację.

W tym przypadku nastawioną na jeden cel: wywołanie moralnej paniki i zatrzymanie zmian społecznych prowadzących do systematycznego osłabiania kościelnego monopolu na zarządzanie sferą obyczajową.

Kościół to ostatecznie wielka międzynarodowa instytucja, potężna korporacja, która od dwóch tysięcy lat utrzymuje się w grze rynkowej. Z powodu rozlicznych cywilizacyjnych procesów, o których można by pisać i mówić bardzo wiele, totalistyczne zapędy Kościoła zostały w okolicach epoki Oświecenia zasadniczo ukrócone. Nie oznacza to jednak, że ambicje tej instytucji zmalały. Przeciwnie – pozostały niezmiennie rozległe. Po prostu środki do ich realizacji uległy rozmaitymi modyfikacjom.

W bardzo wielu obszarach życia społecznego zapotrzebowanie na kościelne usługi – na przykład na dostarczanie kompletnego obrazu świata, czym od dwustu mniej więcej lat skutecznie zajmuje się nauka – istotnie zmalało. I to bynajmniej nie dlatego, że jakieś niecne siły spiskują, żeby odebrać Kościołowi jego dominium, ale dlatego, że bardzo wiele głoszonych przezeń przekonań okazało się zwyczajnie sprzecznych z tym, jak się rzeczy naprawdę mają.

Ziemia nie jest centrum wszechświata, człowiek nie został stworzony w jednorazowym akcie tylko powstał w procesie długotrwałej ewolucji i – wbrew uroszczeniom do wyjątkowości – przynależy organicznie do królestwa zwierząt. To tylko dwa, najbardziej spektakularne przykłady. Z którymi Kościół akurat na swój sposób sobie poradził. Teologia jest dziedziną nader elastyczną i chłonną, da się w niej sporo pomieścić, jeśli tylko nie będzie się miało innego wyjścia. Tak więc heliocentryzm, podobnie jak i teoria ewolucji zostały przez Kościół zaakceptowane i na swój sposób „wyjaśnione” – ale tylko dlatego, że przemiany kulturowe nie pozostawiły hierarchom żadnego wyboru.
Tymczasem sfera ludzkiej seksualności – dawno już, na podobieństwo wspomnianych przykładów, przez naukę zdemitologizowana i rozpoznana  – cały czas pozostaje sferą, do której opisywania i regulowania Kościół katolicki rości sobie ogromne prawa. Nic dziwnego. Wiadomo doskonale, że seksualność to obszar w ludzkiej cielesności i psychice niebywale wrażliwy. Punkt, w którym krzyżują się najbardziej bodaj delikatne, a zarazem potężne aspekty naszej natury. Zapewne dlatego właśnie jest to sfera podatna na rozmaite nadużycia – w tym także na zabiegi mające na celu sprawowanie kontroli.

Kto dysponuje ludzką seksualnością, ten dysponuje nieograniczoną władzą.

Kościół katolicki zdaje się doskonale rozumieć tę prostą, ale brzemienną w skutkach prawdę.

Genialny pomysł Kościoła

I znowu: ambicje są tutaj totalne, a środki do ich realizacji ze wszech miar odpowiadają skali ambicji. Warto sobie bowiem uświadomić, że Kościół katolicki to instytucja, która stawia sobie za cel autoryzowanie ludziom dostępu do seksu. Ni mniej, ni więcej – właśnie o tym traktuje cała katolicka nauka dotycząca czystości przedmałżeńskiej. To znaczy, obowiązującej człowieka do momentu, w którym ksiądz katolicki udzieli mu stosownego pozwolenia – ale wyłącznie na taką formę pożycia płciowego, jaką przewidują instytucjonalne regulacje. Żeby nic nie wymknęło się tutaj spod kontroli, stosuje się periodyczne inspekcje – między innymi za pośrednictwem sakramentu spowiedzi.

Ten zabieg jest rzeczywiście świetnie pomyślany. Najpierw definiuje się sferę seksualną jako obszar niebezpieczny, chaotyczny i grzeszny, a następnie dostarcza odpowiednich środków, mających na celu wprzęgnięcie go w szerszy projekt, nad którym sprawuje się pieczołowity nadzór. W ten sposób ustanawia się regułę, w myśl której dostęp do węzłowych doświadczeń w ludzkim życiu – seksualności, miłości, bliskich relacji, macierzyństwa i ojcostwa (a także narodzin i śmierci, oczywiście) – ma być bezwzględnie zapośredniczony przez Kościół, inaczej bowiem skazywać ma to ponoć na poważne metafizyczne, pośmiertne konsekwencje.

Tej specyficznej autoryzacji do istnienia członkowie i członkinie Kościoła (którzy wszakże w wieku niemowlęcym nie mają szansy wyrazić sprzeciwu wobec faktu zapisywania ich w jakieś szeregi) podlegają niemal od chwili narodzin.

A jeśli rola instytucji obsługującej wszystkie fundamentalne ludzkie doświadczenia ma być faktycznie spełniona, Kościół musi uchodzić za pośrednika niezbędnego.

Za instytucję, poza którą nie ma zbawienia, poza którą nie ma istnienia.

Czyż nie jest to pomysł biznesowy wprost genialny w swojej prostocie? Uczynić samego siebie monopolistą na usługi, które własnoręcznie zdefiniowało się jako niezbędne do osiągnięcia wiecznego szczęścia i uniknięcia wiecznej męki?

Źródło nagonki na gejów i lesbijki     

Homoseksualność nie mieści się w wizji proklamowanej przez Kościół, bo w myśl tej wizji Stwórca Wszechświata – którego Kościół mieni się jedynym reprezentantem na Ziemi – zaprojektował seksualność wyłącznie jako przestrzeń płodności. Przyjemność i bliskość to ledwie poboczne okoliczności towarzyszące procesowi powoływania nowego życia – którego bezpośrednim dawcą jest oczywiście Bóg – ale niestanowiące nigdy celu samego w sobie. Rachunek jest tu prosty – jeśli seks celowo nie służy prokreacji, uprawiany jest niezgodnie z wolą bóstwa. A także Kościoła, bowiem Kościół w imieniu bóstwa sprawuje tu, na Ziemi, nadzór nad sposobem w jaki ludzie seks uprawiają – pilnuje, poucza i reglamentuje takie sposoby praktyk erotycznych, które podobają się Bogu, to znaczy służą prokreacji, a zdecydowanie potępia takie, które są mu wyjątkowo niemiłe, czyli takie, które prokreacji nie służą. To właśnie ta pozycja daje mu – jego zdaniem – siłę i prawo do ingerencji nie tylko w prywatne życia swoich wyznawców, ale także w ustawodawstwa świeckich państw.

I stąd właśnie radykalna nagonka na gejów i lesbijki, którzy nie boją się wprost domagać swoich oczywistych praw.

Dopóki małżeństwa homoseksualne są nielegalne, dopóty kościelne nauczanie dotyczące tej orientacji – stanowiące zlepek przesądów i archaicznej psychologii, kompletnie nie odpowiadającej realiom funkcjonowania ludzkiej biologii i psychologii – pozostaje de facto odzwierciedlone w świeckim prawie. I dopóty Kościół może odnosić się do osób LGBT z pozycji wyższości, mającej oparcie w strukturze społecznej. Może z większą pewnością siebie oferować im rytuały mające na celu oczyszczenie z domniemanego grzechu oraz protekcjonalnie wzywać ich do „czystości”, czyli przejmować  kontrolę nad ich życiem seksualnym.
Tymczasem ludzie maszerujący w Białymstoku, a także mnóstwo osób LGBT+ z całego świata oraz mnóstwo heteroseksualnych kobiet i mężczyzn – w tym również ci definiujący się jako katoliczki i katolicy – otóż, oni wszyscy wcale nie potrzebują dzisiaj kościelnego zapośredniczenia w dostępie do swojej seksualności. Chcą kochać się tak, jak im się podoba, tak, jak tego pragną. Chcą łączyć się w związki, wspólnie mieszkać i starzeć się, mieć albo nie mieć dzieci, bez łaskawej zgody tego czy innego biskupa. Nie interesuje ich kościelne pozwolenie, nie interesuje ich w ogóle ta instytucja, a przynajmniej nie jako dawczyni jakichkolwiek praw i regulacji w sferach intymnych.

Nie postrzegają seksualności jako czegoś, co jest wyjściowo brudne, grzeszne i niebezpieczne – i jako takie musi podlegać obsesyjnej kontroli , precyzyjnej strukturyzacji oraz rytualnemu oczyszczeniu.

Do tego – bardzo często – swoje metafizyczne intuicje i potrzeby zaspokajają w kontakcie ze sztuką, literaturą, religiami wschodu albo jakimiś zupełnie indywidualnymi formami myślenia albo doświadczania transcendencji.

Jednym słowem – do niczego Kościoła nie potrzebują.

I tego właśnie Kościół nie jest w stanie znieść.

W Aplikacji TOK FM posłuchasz na telefonie:

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Komentarze (16)
Stawiszyński: Kościół, władza i seks
Zaloguj się
  • getz54

    Oceniono 9 razy 5

    Duchowni kościoła katolickiego w Polsce są nasłabiej wykształconą warstwą społeczną, zyjącą w oderwaniu od rzeczywistości, jedynie w oparciu o wielowiekowy sojusz Pana,Wójta i Plebana. To ewenement na skalę światową.
    Kościół katolicki ze swoimi zacofanymi naukami przestał ogarniac zmiany jakie zachodzą w społeczeństwie i przy
    pomocy fanatycznego, brutalnego ataku, broni wszystkich swoich grzechów.
    Atak na związki partnerskie, homoseksualne, ma na celu oderwanie uwagi od matki Jezusa Chrystusa Maryi. Jezus był jej nieślubnym dzieckiem, sama nie potrafiła powiedziec czyim. Byc moze za szklankę wina w oberzy ojcem Jezusa Chrystusa został jakiś zołnierz rzymski. Zaprzeczyc nie mozna. W kazdym razie Jezus Chrystus miał w papierach - ojciec nieznany. Hierarchowie kościoła katolickiego na wytłumaczenie tego wstydliwego faktu wymyślili niepokalane poczęcie. Jak zwał, tak zwał. Na całe szczęście biedną matką z nieślubnym dzieckiem zaopiekował się stary pan Józek. Maria (święta kościoła katolickiego) utworzyła z panem Józkiem związek partnerski tzw. konkubinat. Kościół w odpowiedzi zrobił z niego świętego, waznego świętego, a ze świętych nie wypada się śmiac. Jezus Chrystus. Ani stary, ani zmodyfikowany po licznych odkryciach naukowych nowy testament, nie wspominają o pobycie w szkole Jezusa Chrystusa, o jego pracy zawodowej, posiadanych talentach. Na swój sposób współczuję temu sierocie bez ojca. Wstydził się matki i jej konkubenta, uciekał z domu na całe dnie, ośmieszany, wykpiwany, poszturchiwany przez rówieśników, sam wymyślił sobie ojca. Potęznego króla, którego królestwo nie jest z tej Ziemi, a który przyjdzie w chwale sądzic zywych i umarłych. Fantazjował jak to dziecko, łykając gorzkie łzy ponizenia. I tak jak tysiąc pięcset lat pózniej biedny emigrant z sycylijskiej wioski, pan don Corleone, zmienił swój los tworząc potęzną mafię, tak Jezus Chrystus namówił 12 kolegów, zeby go popierali a z głodu przy nim i z nudów nie umrą.Tez stworzył swoje potęzne imperium zła. Pasibrzuchy w ornatach zrobiły sobie z tej historii sposób na darmowe, syte, prózniacze zycie. To juz znamy z historii kościołą katolickiego i nie tylko. Stali się komiwojazerami oferującymi marzenia małego Jezusa Chrystusa, o zyciu wiecznym, o potęznym Bogu ojcu, o sądzie ostatecznym, o karze za grzechy wobec kościoła, o zmartwychwstaniu, chociaz tak daleko marzenia biednego analfabety zapewne nie sięgały, oni wymyślili to sami. I całą tą tajemną wiedzą okryli swoje zboczenia, stworzyli największy homoseksualny związek zawodowy na świecie. I oskarzając innych bezwstydnie o stosunki homoseksualne, pielęgnują w swoich klasztorach, na plebaniach, w seminariach związki partnerskie oparte wyłącznie na seksie. Najbardziej wyrafinowani w swoich zboczeniach zostają egzorcystami, w XXI wieku istnieją w Polsce egzorcyści, to tylko mozliwe w zmowie z politykami PiS, PSL, PO, SLD, bo oni dotąd rządzili. Drodzy forumowicze, nie dajcie się więcej manipulowac, zastraszac swoje ukochane dzieci, olejcie ciepłym moczem kościół, z ich pogardą dla szczerych, normalnych, otwartych ludzi, z ich radościami, słabościami i nadziejami. Nie pozwólcie sobie zabrac przez PiS i kościół katolicki waszej wolności. I pamiętajcie, ze drugiego zycia juz nigdy nie dostaniecie. Nie spieprzcie tego co macie.

  • 2bxornot2b

    Oceniono 5 razy 3

    Najcięższym ciosem, jakiego doznała ludzkość, było powstanie chrześcijaństwa.
    Adolf Hitler

  • Oceniono 7 razy 3

    Przeczytałam Sodomę i polecam tym wszystkim którzy chcieli by dowiedzieć się jaki jest na prawdę KK. A o polskich najwiekszych homofobach i mizoginach jeszcze się dowiemy, że właśnie oni są homoseksualistami, bo taka jest prawidłowość.

  • Marc Slek

    Oceniono 3 razy 3

    To Białystok znajduje się "w samym środku zachodniej cywilizacji", a to ciekawe :-).

  • ehi

    Oceniono 9 razy 3

    "Połknęłam" "Sodomę" F.Martela w 3 wieczory. REWELACYJNA książka!
    Jestem osobą heteroseksualną. Obecnie jestem w trakcie wypisywania się z Kk, tzw. apostazja. Kiedy składałam "Oświadczenie" o dokonaniu apostazji ksiądz spytał mnie: "Jak nie Kościół katolicki to co?" Odpowiedziałam: "To nic, nie potrzebuję pośrednika w postaci księdza, żeby dogadać się z Bogiem."

  • endrju1521

    Oceniono 1 raz 1

    Mam naiwne pytanie :

    gdy Kain zabił Abla, na Ziemi pozostali tylko Adam Ewa i Kain,

    jak oni dali początek ludzkości ?

  • FILIP

    Oceniono 2 razy 0

    Kościelni ruchacze wszystko zrobią dla utrzymania się przy władzy.

  • 2bxornot2b

    Oceniono 7 razy -3

    Jeszcze raz napisze nie sadzilem iz w koncu zdobedziecie sie na wyrazenie tego co sadzi miliony normalnych ludzi, oczywiscie poped seksulany jest jednym z elemeentow naszej zwierzecej natury jest silnym bodzcem i wplywa na nasze losy ale nie mozna czlowieka sprowadzic jedynie do wymiaru jak to dobrze okrsliliscie animalistycznego, czlowiek jest rowniez stworzeniem duchowym o wielowymiarowej niezglebionej duszy.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX