Stawiszyński: Polska jak matrix? W jednym świecie abp Jędraszewski używa mowy nienawiści, a w drugim to biskup niezłomny

Polska jawi się ostatnio jako dualistyczny matrix, symulacja. W jednym świecie Marek Jędraszewski to biskup posługujący się retoryką brutalną i niesprawiedliwą, w drugim to duchowny niezłomny i bohater. Prawa fizyki są nieubłagane i mieszkańcy obu światów nieustannie natykają się na siebie w najmniej sprzyjających okolicznościach.

Pewien cokolwiek ekscentryczny szwedzki filozof z Uniwersytetu w Oksfordzie jest przekonany, że świat, w którym żyjemy, to nic innego, jak tylko komputerowa symulacja. Coś w stylu matrixa z pamiętnego filmu sióstr Wachowskich. Doskonale i precyzyjnie skonstruowana iluzja.  Żeby dowieść tej z pozoru tylko karkołomnej hipotezy, Nick Bostrom – bo o nim tu mowa – przedstawił argument składający się z trzech segmentów, trzech twierdzeń, z których co najmniej jedno musi być- zdaniem argumentującego - prawdziwe.

I otóż pierwsze powiada, że każda cywilizacja, która osiągnie pewien stopień zaawansowania technologicznego, bezpowrotnie ginie. Drugie, że cywilizacje, które opracowują technologię, która umożliwia generowanie doskonale imitujących rzeczywistość symulacji – zaludnionych przez samoświadome wirtualne istoty – momentalnie tracą czymś takim zainteresowanie. Nie tworzą takich symulacji, bo nie chcą – i kropka. W myśl trzeciego natomiast wszyscy żyjemy w symulacji.

Bostrom przekonuje, że na 99 procent dwie pierwsze możliwości są fałszywe. Bo niby czemu cywilizacja na określonym poziomie zaawansowania koniecznie musiałaby zniknąć? I niby czemu miałaby nie korzystać z możliwości, jakie posiada? Zostaje zatem wariant trzeci, który z kolei, twierdzi Bostrom, jest na 99 procent prawdziwy. Znacznie bardziej prawdopodobne jest, że żyjemy w świecie wytworzonym sztucznie niż w takim, przy którym nie majstrowali żadni programiści. Rozumowanie jest proste: skoro cywilizacje dysponujące taką technologią nie giną, tylko z niej korzystają, to zapewne wytwarzają nieskończenie wiele symulacji. Ergo, jest ich zapewne więcej niż światów realnych. Ergo, prawie na pewno żyjemy w wirtualnej kreacji.

Polska to matrix?

Brzmi efektownie, prawda? Oczywiście, tak jak w przypadku wszystkich bodaj perswazji filozoficznych, także i w odniesieniu do "trylematu" Bostroma powstało mnóstwo kontrargumentów i krytyk. Niezależnie jednak od tego, czy cały nasz wszechświat jest faktycznie produktem jakichś komputerowych operacji – coraz bardziej prawdopodobna wydaje mi się teza, że jest nim przynajmniej pewien fragment tego wszechświata. A mianowicie – Polska.

Nie miewacie czasami wrażenia, że polska sfera publiczna czy może nawet szerzej: polska rzeczywistość społeczna to krajobraz tak osobliwy, że w zasadzie irrealny? Że skala wewnętrznego rozdarcia i konfliktu – politycznego, symbolicznego, moralnego – jest tutaj tak gargantuiczna, że doprawdy trudno sobie wyobrazić, dlaczego kilkadziesiąt milionów ludzi żyjących na tym samym obszarze i mówiących tym samym językiem miałoby sobie z własnej woli coś podobnego fundować?

Niewykluczone przy tym, że polska symulacja jest terenem osobliwej gry, w której dwóch śmiertelnie skłóconych graczy, zmuszonych do współistnienia na jednej platformie, toczy pomiędzy sobą nieustający bój. Uniwersum tej gry podzielone jest na dwa zupełnie osobne światy, jakoś ze sobą połączone, jakoś się, siłą rzeczy, przenikające, zarazem jednak stanowiące swoje wzajemne zaprzeczenia i kompletnie niepotrafiące się skomunikować.

A może to efekt działania jakiegoś złośliwego wirusa? Wywołującego szczególne objawy – postrzeganie mieszkańców antagonistycznego świata jako na dobrą sprawę pozbawione podmiotowości automaty, pełne wyłącznie złych intencji, funkcjonujące na najniższych możliwych rejestrach, zainteresowane zaspokajaniem swoich prymitywnych żądz i potrzeb.

Przesada? Nie wydaje mi się. W każdym razie z całą pewnością w obu światach te same wydarzenia, postacie i treści znaczą zupełnie coś innego i jawią się kompletnie inaczej.

Świat pierwszy 

W jednym świecie – w tym skądinąd, w którym sam mieszkam – Marek Jędraszewski to biskup posługujący się retoryką brutalną i niesprawiedliwą. Dostojnik kościelny, mający wpływ na rzesze wiernych, który w sposób nieodpowiedzialny żongluje sformułowaniami noszącymi wyraźne znamiona mowy nienawiści. Chuligani, spijający mu te słowa z ust, z radością zakładają dzięki temu kostium obrońców cywilizacji, nagiej przemocy nadają walor walki o najwyższe wartości.

W tym świecie Kościół katolicki uzurpuje sobie prawo do zdecydowanie nadmiarowego wpływu na życie publiczne. Usiłuje narzucić swoją mitologię ustawodawcom, nakłonić polityków, żeby pisali prawo zgodnie z jego interesami. W tym świecie skrajna prawica stanowi realne, a nie wyimaginowane zagrożenie, uruchamiany zaś przez nią dyskurs – zwany "judeosceptycyzmem" – jest językiem obficie korzystającym z klasycznych antysemickich klisz. W tym świecie relacja pomiędzy mową a czynem jest dość dobrze zdefiniowana, istnieje w nim świadomość płynnego continuum, w którym współistnieją obok siebie inwektywy i ciosy.

W tym świecie eutanazja na życzenie jest oczywistym prawem każdego, kto niewyobrażalnie cierpi, bez szans na poprawę; kochający się ludzie tej samej płci są dokładnie w tej samej pozycji wobec państwa i wobec społeczeństwa, co kochający się ludzie przeciwnej płci; a usunięcie ciąży na bardzo wczesnym etapie, kiedy ani o człowieku, ani o osobie nie ma jeszcze mowy, jest oczywistym prawem kobiety, w której ciele ta ciąża się rozwija. W tym świecie panuje przekonanie, że różnorodność jest istotną wartością i że nikt nie posiada monopolu na prawdę. I że ludzie mają rozmaite wierzenia, wizje świata, kultury, predylekcje, cechy oraz potrzeby – i właśnie dlatego wspólna przestrzeń, zamieszkiwana przez różnorodnych ludzi o różnorodnych światopoglądach, powinna być maksymalnie neutralna. Żadna religia i żaden kościół nie może tam zajmować uprzywilejowanego miejsca.

Świat drugi

W tym drugim świecie – który jest tuż obok i który nieustająco przenika się z tym pierwszym – Marek Jędraszewski jest biskupem niezłomnym. Bohaterem własną piersią zasłaniającym zdrowy rdzeń zachodniej kultury przed hordami tęczowych barbarzyńców. W tym świecie ludzie reagujący na jego słowa z oburzeniem są nosicielami mentalności totalitarnej.

W tym świecie Kościół katolicki to ziemskie przedstawicielstwo Stwórcy Wszechświata – i dlatego głoszone przezeń poglądy i postulaty są niekwestionowalne oraz nienegocjowalne (a przy okazji także niedowodliwe). W tym świecie istnieje niewidzialny, ale obiektywny porządek niezależny od umowy społecznej i ludzkiej woli – wyjąwszy oczywiście przedstawicieli Kościoła, bo oni dbają o jego przestrzeganie i mają o nim bezpośrednią wiedzę wprost od Stwórcy Wszechświata. Istnieje tam zatem moralny i społeczny ład, w którym kobieta jest kobietą, a mężczyzna mężczyzną, tertium non datur.

Małżeństwo jest wyłącznie kompozycją tych dwojga, dzieci zaś wzrastać mogą i powinny jedynie w takim właśnie układzie. Wszelkie inne konfiguracje, w szczególności związki osób tej samej płci, to naruszenie tradycji i obyczajowości, które wszakże nie wzięły się znikąd, przeciwnie, odzwierciedlają obiektywny zestaw reguł ustalony przez Stwórcę Wszechświata.

Przeciwko temu obiektywnemu porządkowi – a więc i przeciwko samemu Stwórcy oraz jego przedstawicielom i zwolennikom – trwa w tym drugim świecie wielka ofensywa, prowadzona siłami świata pierwszego. Zamieszkujący świat pierwszy ludzie są w oczach mieszkańców świata drugiego zainteresowani wyłącznie zaspokajaniem swoich wybujałych żądz, pragną ich albo zniszczyć, albo zdeprawować. Na miejsce normalnych małżeństw zamierzają wprowadzić dziwaczne konglomeraty ciał. Zlikwidować podział na płcie. Nauczyć dzieci masturbacji.

Tymczasem mieszkańcy drugiego świata cenią sobie spokój i normalność. Chcą, żeby było tak jak zawsze. Są przywiązani do swojej narodowej tożsamości, do historii swojego kraju – i są z niej dumni. Owszem, demokracja jest dla nich istotna, podobnie pluralizm – ale bez przesady. Od woli większości ważniejsze są dla nich imponderabilia, o czystość tego przekazu najlepiej dba zaś Kościół katolicki. Inne kultury względnie sobie cenią, ale ze stosownej odległości. Najbardziej przywiązani są do swojej – i nie chcą, żeby w niej zanadto mieszać. Religia, ojczyzna, rodzina – to są dla nich sprawy najważniejsze. Skrajna prawica, nacjonaliści maszerujący ulicami, kibole atakujący marsze równości? Wiadomo, że trochę przesadzają, ale histeryzowanie, że "odradza się faszyzm" to kompletna groteska. Ostatecznie chodzi o obronę najważniejszych wartości. Odrobinę przesady można w tej sytuacji wybaczyć.

Każdy z przeciwnego obozu to wróg

Te światy praktycznie się ze sobą nie stykają, a w każdym razie stykają się ze sobą coraz mniej. Zwłaszcza odkąd konflikt pomiędzy nimi coraz bardziej się zaostrza, a jego narzędziami stają się cyfrowe media, w tym portale społecznościowe. Mieszkańcy tych światów postrzegają siebie nawzajem jako największe zagrożenie. Zmuszeni są żyć na jednym obszarze, ale dzieli ich coraz więcej, a łączy coraz mniej.

Czasami można odnieść wrażenie, że widzą tych innych wyłącznie jako kłębowisko chaosu, matecznik ciemnych sił, zbiorowisko ludzi pozbawionych moralnego kompasu, pełnych resentymentu i zawiści, przemocowych, rozmiłowanych w totalitaryzmie. Dlatego właśnie to, co w jednym świecie jest białe, w drugim natychmiast staje się czarne – i odwrotnie. I dlatego właśnie coraz mniej miejsca pozostaje na niuanse, na rozmowę, na próbę wspólnego wyjrzenia poza granice obu światów, poza ten dualistyczny matrix.

W stronę wspólnej rzeczywistości, w której być może wszyscy tak naprawdę żyją, tylko nie zdają sobie z tego sprawy, albo kompletnie o tym zapomnieli. A ponieważ wspólna rzeczywistość znika im, znika nam, z pola widzenia, bo wszystko permanentnie się rozdwaja – trudno o rzeczową dyskusję na temat różnic. A także na temat tego, jak właściwie ma wyglądać przestrzeń zajmowana wspólnie przez mieszkańców jednego i drugiego świata. Teoretycznie wiedzą oni, że taka przestrzeń istnieje, ale w praktyce każdy żyje we własnej symulacji i jakoś nie może uwierzyć, że tamci inni też mają podobne potrzeby i emocje. I – wbrew pozorom – dobre intencje.

Żywy człowiek, a nie bot

Prawa fizyki są jednak nieubłagane i mieszkańcy obu światów nieustannie się o siebie ocierają, zderzają się ze sobą, mijają i natykają na siebie w najmniej sprzyjających okolicznościach. W tej wspólnej rzeczywistości wszyscy są podatni na zranienie, bezradni wobec chorób, starości i śmierci. Wszyscy obawiają się jutra, z niepokojem patrzą na doniesienia o nadchodzącej katastrofie klimatycznej (nawet mieszkańcy świata, w którym uchodzi ona za wymysł tych innych, tak naprawdę przeczuwają, że coś się święci), pragną dla swoich dzieci spokojnego i szczęśliwego życia. Chcą kochać i być kochanymi. Nie chcą umierać i nie chcą cierpieć. Na rozmaite sposoby szukają poczucia stabilności i bezpieczeństwa. Lękają się o siebie i o swoich bliskich, i czasami nie umieją tego lęku adekwatnie wyrazić.

Może uświadomienie sobie tego byłoby formą zhakowania systemu? Może osłabiłoby antagonizm, pozwoliło nawiązać rozmowę, zatrzymać wzbierającą po jednej ze stron falę agresji? Może ułatwiłoby dostrzeżenie, że po drugiej stronie – w tym innym, tak bardzo z pozoru obcym i przerażającym świecie – wcale nie grupują się groźne awatary, pragnące zniszczyć naszą rzeczywistość, tylko ludzie zalęknieni i pragnący stabilności oraz bezpieczeństwa dokładnie tak samo, jak my?

Właściwie – co nam szkodzi spróbować takiej hakerskiej techniki? Takiej symulacji. To wcale nie oznacza przecież rezygnacji z wartości, które są dla nas ważne. Oznacza to wyłącznie próbę zrozumienia i wczucia się w doświadczenie kogoś, kto na razie jawi się nam wyłącznie jako wróg, jako ktoś, czyj umysł jest dla nas nieprzeniknioną zagadką.

Tego rodzaju zrozumienie osiąga się jednak najpełniej, kiedy obie strony przyjmą założenie o tym, że naprzeciwko siebie mają żywego człowieka – tak samo pełnego lęków i obaw, podatnego na zranienie, próbującego zorientować się w poplątanej rzeczywistości. Żywego człowieka, a nie pozbawiony podmiotowości bot.

Post Scriptum. Wbrew pozorom powyższa wizja nie jest produktem naiwnego idealizmu. Autor zdaje sobie doskonale sprawę, że istnieją także ludzie, których podstawowym językiem jest – dosłowna albo symboliczna – przemoc, i którzy nie są zainteresowani żadnym dialogiem. Ten wywód po prostu nie jest o nich.

Czytaj też: Stawiszyński: Kościół, władza i seks>>>

Pobierz aplikację TOK FM i słuchaj na smartfonie

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny

Komentarze (10)
Stawiszyński: Polska jak matrix? W jednym świecie abp Jędraszewski używa mowy nienawiści, a w drugim to biskup niezłomny
Zaloguj się
  • maaac

    Oceniono 4 razy -2

    Osobiście nie pisał bym już braci czy sióstr Wachowskich ale tylko Wachowskich. Jak kręcili byli braćmi, teraz są siostrami. Ich życie, ich sprawa. Filmy mają świetne.

    A z Kacztrkisem tez mi odkrycie. To nawet Orwell opisał, ze komuniści (którymi naprawdę są PiSowcy) kreują swój własny odrębny od realnego świat za pomocą serii kłamstw i używanego słownictwa.

  • maaac

    Oceniono 7 razy -1

    Niestety ale im bardziej Kacztriks odsuwa się od świata realnego. Im bardziej słowa w nim zaczynają oznaczać co innego, czasem wręcz odwrotnego, im bardziej przebieg historii to pasujące do kacztriksowej narracji legendy tym trudniej się porozumieć z mieszkańcami Kacztriksu.

    Oni po prostu tracą zdolność rozumienia tego co mówisz. Każda bowiem narracja opiera się na pewnych predefiniowanych pewnikach. Aksjomatach, których nie trzeba omawiać bo wszyscy wiedza jak było lub co dane słowo oznacza. Ale jak dyskutować o komunizmie z kimś kto rozumie słowo komunizm zupełnie inaczej niz ty a ty nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy. Jak dyskutować z kimś kto nie ma pojęcia o faktach historycznych, które są dla ciebie tak oczywiste, ze bez dyskusyjne.

    I co warte podkreślenia NIE jest to pierwszy przypadek w historii takiego zjawiska. Ludzie zafascynowani Hitlerem czy Stalinem mieli to samo. Byli naziści którzy doskonale zdawali sobie sprawę co się dzieje z Żydami.. i nie przeszkadzało im to. Ale byli i tacy dla których Żydzi byli wywożeni gdzieś do krainy szczęśliwości gdzieś tam "na wschodzie". Tacy ludzie dziwili się o co tym Żydom i tym co ich ratują chodzi. W Polsce takich nie było ale "na Zachodzie"? To nie był wcale ewenement. I nawet zastrzelenie na oczach takiego "wyznawcy" uciekającego z transportu Żyda nie budziło w nim wątpliwości. Raczej jakoś starał sobie to zracjonalizować lub wyprzeć z myśli.

    Dokładnie tak samo jak mieszkańcy Kacztriksu racjonalizują sobie wszystkie kłamstwa jakie wychodzą na jaw wokół np "śledztwa" smoleńskiego. Jedne z drugim nigdy na pełnym gazie by nie pojechał krętą i zadrzewioną aleją we mgle. No ale przenieść to na próbę lądowania? Nie to za wiele dla nich.

  • zmudzin_jozef1

    Oceniono 7 razy -1

    Jędraszewski to taka przewrotna gadzina w sukni biskupiej.Nie ma w nim nic z kapłana.

  • mhjunior007

    0

    Faktycznie żyjemy w jakimś matriksie. Ja mam na potwierdzenie tego argument składający się z dwóch segmentów. W pierwszym dualistycznym matrixie "Matrixa" nakręcili bracia Wachowscy. W drugim - siostry Wachowskie.

  • endrju1521

    Oceniono 4 razy 0

    Ludzkość nie będzie wolna dopóty,

    dopóki ostatniego księcia, nie powiesi się

    na wnętrznościach ostatniego księdza.

    Diderot.

  • marudna.maruda

    Oceniono 8 razy 0

    Biskup mówi językiem tych, którzy pozwalają mu spokojnie i dostatnio funkcjonować w tym dziwnym kraju. Mówi językiem rządzących. O ile ich samych obowiązuje przynajmniej pozornie jakaś powściągliwość i poprawność polityczna (wszak świat obserwuje, a UE kasę dzieli), o tyle biskup formalnie podlega tylko papieżowi, który najwyraźniej nie jest papieżem dla polskiego kk, więc się z jego zdaniem nie liczy. Zresztą, odpowiednie strumienie kasy do Watykanu z Polski płyną, więc i Franciszek jakoś specjalnie nie interweniuje.
    A że podziały? No cóż, klasyk wszak powiedział, że część z nas stoi tam, gdzie zomo...

  • delfinadupa

    Oceniono 1 raz 1

    Purpurowa zaraza niszczy wiarę

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX