Stawiszyńki: Gen homoseksualności nie istnieje. Ale orientacji nie można sobie wybrać

Okoliczność, że nie istnieje jeden gen odpowiedzialny za orientację seksualną, nie oznacza więc wcale - wbrew interpretacjom propagowanym przez część prawicowo-chrześcijańskich komentatorów, a także wbrew radykalnym postmodernistycznym zwolennikom koncepcji stuprocentowo "płynnej seksualności" - że jest ona przedmiotem wolnego wyboru.

Jakie są źródła naszej tożsamości? Tego przedziwnego i niepowtarzalnego konglomeratu cech, upodobań, predyspozycji, pragnień, lęków, identyfikacji, emocji i myśli. Konglomeratu szczelnie zamkniętego w ciele czy raczej będącego integralnym elementem ciała, jego nieoddzielną częścią, która wszakże sama siebie przeżywa, paradoksalnie, właśnie jako umieszczoną (albo uwięzioną) "w środku ciała". Konglomeratu stanowiącego bodaj największą tajemnicę trapiącą filozofów, kapłanów i naukowców od tysięcy lat. Tego szczególnego poczucia subiektywności, nieredukowalnego do niczego innego, wyposażonego w zdolność percepcji, przeżywania uczuć, myślenia i pamiętania. Czegoś, co jest najgłębszym i najbardziej intymnym wymiarem naszego doświadczenia, dostępnym bezpośrednio wyłącznie nam, nikomu więcej. Skąd się to bierze?

Dlaczego jedni poświęcają się dla dobra ogółu, a inni dbają wyłącznie o swój interes? Dlaczego jedni wierzą w istnienie świata niewidzialnego, duchów i bóstw, które wpływają na ludzkie życie, i którym ludzie winni są posłuszeństwo, inni zaś mają te wierzenia za niedorzeczność? Dlaczego jedni są samotnikami, a inni najlepiej się czują w grupie? Dlaczego jedni przywiązani są do tradycji i przeszłości, a inni przekonani, że ciągła zmiana jest nieodłącznym aspektem istnienia?

Dlaczego jedni kochają akurat tak, a nie inaczej? Dlaczego właśnie tę, a nie inną osobę?

Gen homoseksualności nie istnieje

Podobnych pytań można postawić jeszcze kilkaset, albo i kilka tysięcy. Ale akurat specyficznie to ostatnie pytanie – o źródła miłości i seksualności – stało się ostatnio po raz kolejny zarzewiem licznych dyskusji i debat, wpisów facebookowych, zażartych polemik, mniej lub bardziej emocjonalnych wystąpień po obu stronach sporu dzielącego zachodnie społeczeństwa: konserwatywnej i liberalnej, fundamentalistycznej i otwartej. Impulsem była publikacja omawiająca największe jak dotąd badania mające na celu identyfikację genetycznych aspektów ludzkiej seksualności. Przeprowadzone przez zespół pod przewodnictwem Andrei Ganny z Massachusetts Institute of Technology i Harvard'u, objęły ponad pół miliona osób, a ich rekapitulacja ukazała się 29 sierpnia na łamach prestiżowego czasopisma "Science".

Wnioski najlepiej streszcza nie tylko bezpośredni komentarz Ganny, powielony natychmiast na twitterze w setkach tysięcy komentarzy – Nie istnieje gen homoseksualności – ale także o wiele wcześniejsza wypowiedź Davida Bussa, znanego psychologa ewolucyjnego, który stwierdził ongiś, że są to sprawy, które dla nauki wciąż pozostają zagadkowe.

Kilka miesięcy temu o aktualnych teoriach dotyczących biologicznych podstaw orientacji seksualnej opowiadał w wywiadzie dla Wysokich Obcasów prof. Wojciech Dragan z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Konkluzje były podobne. Zresztą można je znaleźć w wielu miejscach, badania zaprezentowane niedawno w "Science" nie są bowiem żadną rewolucją, a jedynie potwierdzają wnioski i intuicje obecne już wcześniej w debacie naukowej. Oczywiście – o czym wspomina także Dragan – hipotez wyjaśniających było i jest wiele, niektóre lepiej uzasadnione, niektóre mniej, ale co do zasadniczej natury fenomenu, który próbują uchwycić, już dawno nie ma sporu.

Cóż to bowiem realnie oznacza, w świetle zgromadzonych przez zespół pod kierownictwem Andrei Ganny danych, że "nie istnieje gen homoseksualności?”.

Oznacza to w praktyce tylko tyle, że nie da się wskazać jednego czynnika w naszym DNA, który byłby bezpośrednio odpowiedzialny za kształtowanie się preferencji seksualnych. Przy czym autorzy publikacji jednoznacznie twierdzą, że komponenta genetyczna w procesie kształtowania się tożsamości seksualnej jak najbardziej uczestniczy, tyle że mamy tu do czynienia ze splotem co najmniej kilku elementów. Za nasze zachowania seksualne czynniki biologiczno-genetyczne odpowiadają prawdopodobnie mniej więcej w 25 procent, reszta to wpływy środowiskowo-kulturowe, czyli po prostu oddziaływanie warunków zewnętrznych, włączając w to okres prenatalny. A zatem na podstawie analizy samego tylko materiału genetycznego właśnie narodzonego dziecka – nie sposób przewidzieć jakiego rodzaju orientacja seksualna rozwinie się u niego w przyszłości. Nie sposób także przewidzieć innych cech jego osobowości czy w ogóle tego, jaki będzie miało charakter, co będzie lubiło, czego pragnęło, o czym marzyło i jak się zachowywało. Wszystkie bowiem nasze psychologiczne właściwości, wszystkie nasze zachowania i predyspozycje, są ostatecznie efektem interakcji czynników biologicznych i środowiskowych. Żadnej nie da się sprowadzić do jednego, bądź drugiego źródła. Nasza indywidualność jest nieredukowalna. Jesteśmy po części tajemnicą zarówno dla siebie, jak i dla innych.

Orientacji się nie wybiera

Okoliczność, że nie istnieje jeden gen odpowiedzialny za orientację seksualną, nie oznacza więc wcale – wbrew interpretacjom propagowanym przez część prawicowo-chrześcijańskich komentatorów, a także wbrew radykalnym postmodernistycznym zwolennikom koncepcji stuprocentowo "płynnej seksualności" – że jest ona przedmiotem wolnego wyboru. Rozumianego klasycznie: jako intencjonalny akt świadomego, racjonalnego i przejrzystego dla samego siebie podmiotu, który podejmuje w pełni autonomiczne decyzje dotyczące nie tylko swoich działań, ale także tego, kim jest.

To właśnie tego rodzaju wizja stoi u podstaw natarczywych krytyk, jakie wobec osób LGBT kierują przedstawiciele środowisk prawicowo-chrześcijańskich. Popadając przy tym, nawiasem mówiąc, w liczne sprzeczności. Bo przecież wizja heteroseksualności jako "naturalnie" rekomendowanej przez Stwórcę Wszechświata, kłóci się z możliwością tak prostej konwersji do opcji "obiektywnie nieuporządkowanej” (jak homoseksualność określa Katechizm Kościoła Katolickiego), a zatem przeciwnej "naturze" i niemiłej Bogu.
Powtórzmy zatem: tak nie jest. To fikcja literacka, jak większość teologicznych rozważań. Ludzie nie wybierają sobie dowolnie swojej orientacji seksualnej, przeciwnie, odkrywają ją w pewnym momencie rozwoju psychoseksualnego, a kształtuje się ona pod wpływem najrozmaitszych czynników genetycznych i środowiskowych.

Przy czym nawet gdyby tak było – gdybyśmy mogli w tych sprawach dokonywać selekcji, niczym w odniesieniu do garniturów albo dań z restauracyjnego menu – nie oznaczałoby to w żadnej mierze słuszności homofobicznej ideologii emitowanej przez Kościół katolicki i środowiska konserwatywne. Opiera się bowiem ona na arbitralnym wartościowaniu, na powziętym ot tak sobie przekonaniu, że tylko jedna wizja i jeden model jest dobry i właściwy, a reszta pochodzi od złego. O źródłach tej ideologii, a także o fałszu, który za nią stoi, mówiłem i pisałem w jednym z niedawnych Kwadransów.

Tutaj warto tylko dodać, że jedną z głównych metod jej propagacji jest właśnie wzbudzanie lęku przed domniemanym masowym "nawracaniem" dzieci i młodzieży na homoseksualność. Sugestywna wizja jakichś masowych praktyk transformacyjnych, dokonywanych z pomocą podstępnych uwiedzeń, niewątpliwie pobudza wyobraźnię i wywołuje lęk – co jest, jak wiadomo, najlepszym sposobem sprawowania władzy – nie ma jednak wiele wspólnego z rzeczywistością. Być może więcej mówi natomiast o cokolwiek chwiejnym poczuciu tożsamości osób, które tego rodzaju fantazje generują. Niewykluczone, że odzwierciedlają one przede wszystkim ich własne wewnętrzne napięcia, codzienne konfrontacje z pokusami przebijającymi się przez pancerz norm obowiązujących w ich środowisku kulturowym.

Ale ustalenia współczesnej biologii i psychologii stają także w poprzek – o czym już wyżej wspomniałem – teorii głoszących, że orientacja seksualna jest czymś płynnym, zmiennym i w tym sensie będącym przedmiotem wyboru. Tyle że w tym przypadku rozumianego nie jako opłakane skutki diabelskich pokuszeń oraz sprzeniewierzenie się konserwatywno-religijnym normom, ale jako radosny akt afirmacji własnej wolności.

Wygląda na to, że realia ludzkiej natury nie po raz pierwszy okazują się zdecydowanie bardziej skomplikowane niż to sobie wyobrażają przedstawiciele takiej czy innej światopoglądowej opcji albo twórcy takiej czy innej filozoficznej teorii. Jeden z najciekawszych współczesnych socjologów psychiatrii, Allan Horwitz, pisze w znakomitej książce "What's normal?" ("Co jest normalne?"), że zmiany obyczajowe, które zaszły w zachodniej kulturze w ciągu kilkudziesięciu lat – polegające między innymi na zrozumieniu, że heteroseksualność nie jest jedyną normalną i uprawnioną orientacją – ujawniły, że liczba osób nieheteronormatywnych w społeczeństwie jest mniej więcej stała. I że tożsamość seksualna dookreśla się w pierwszej fazie życia, a później – zazwyczaj w okolicach okresu dojrzewania – odkrywamy ją, nie zaś konstruujemy. Z pewnymi wyjątkami, rzecz jasna, pozostaje ona z nami już do końca życia.

Cieszmy się bogactwem naszej natury

Osobliwie ciekawa jest intensywność tego sporu, a zarazem waga, jaką przynajmniej niektórzy zaangażowani weń komentatorzy i komentatorki, zdają się przypisywać kwestii tego, co wrodzone, a co nabyte. Tego, co ściśle genetycznie zdeterminowane i tego, co zależne wyłącznie od swobodnej decyzji. Cóż, kiedy oba te skrajne warianty – choć każdy jest na swój sposób kuszący – zupełnie nie odzwierciedlają realiów naszego doświadczenia.

Jeśli chodzi o genetyczną determinację, homo sapiens jest bodaj jedynym gatunkiem pośród zwierząt, który potrafi znacząco wykraczać poza deterministyczny rynsztunek własnej biologii. Przypominał o tym ostatnio Yuval Noah Harari w swojej wartko spisanej biografii ludzkiego gatunku. Oprócz dyspozycji do określonych zachowań wmontowanych w nas na poziomie nitki kwasu dezoksyrybonukleinowego (DNA), o naszym subiektywnym doświadczeniu oraz zachowaniu w ogromnym stopniu decydują idee, wyobrażenia, mity i obrazy. Mówiąc jednym słowem – sensy. A nie tylko geny, które – nawiasem mówiąc – nabrały dziś w potocznych wyobrażeniach jakiegoś niebywałego ciężaru gatunkowego. Zakotwiczyć coś w genach, odnaleźć gen decydujący o tym, czy o tamtym – stał się to współczesny Święty Graal. Tak jakbyśmy nie byli już dłużej w stanie znieść potężnego brzemienia jednostkowej odpowiedzialności za dosłownie wszystko – od sukcesu w miłości i pracy, aż po los planety – które współczesny kapitalizm kładzie nam na barki. I poszukiwali rozpaczliwie jakiegoś czynnika – najlepiej tajemniczego, bezosobowego, niewidzialnego i kompletnie od nas niezależnego – na który da się scedować przynajmniej odrobinę tego ciężaru.

Jeśli zaś chodzi o drugi skrajny wariant – ów rzekomo wolny i niezależny podmiot, który robi wszystko tak, jak chce, wybiera kim jest, w dowolnej chwili zmienia tożsamości, kreuje się i tworzy codziennie na nowo – cóż, to także jest mit. Nie tylko dlatego, że ludzka świadomość to ledwie niewielka część umysłu, a jego część nieświadoma uczestniczy w procesach podejmowania decyzji w sposób zdecydowanie przekraczający wszelkie nasze intuicyjne przypuszczenia. Nie tylko dlatego, że nasze "ja", choć się nam zdaje rozległe i przepastne, to także tylko niewielka część tej niewielkiej świadomej części, na dodatek będąca – bardzo wprawdzie przekonującą, ale jednak – iluzją.

Ale przede wszystkim dlatego, że jako jednostki jesteśmy wypadkową niezliczonej ilości zewnętrznych i wewnętrznych sił, czynników, których natury nie jesteśmy w stanie rozpoznać. Jesteśmy – mówiąc innymi słowy – głęboko uwarunkowani, choć zarazem nieustannie śnimy piękny sen o całkowitej niezależności. Od takiej czy innej tożsamości, takiego czy innego wyglądu, a wreszcie – słabości, ograniczenia, starzenia się i umierania. Ale zarazem jesteśmy też wolni, choćby w tym, żeby żyć tak, jak nam podpowiada intelekt, wyobraźnia, sumienie i serce. Nasze własne, a nie cudze. Bo podstawowym warunkiem wolności jest wolność od widzimisię innych, od cudzych wyobrażeń na temat tego, jak mamy żyć i kogo wolno nam kochać. Ingrediencje, które określają nasze tożsamości, osobowości, marzenia, pragnienia, upodobania, namiętności, fantazje, potrzeby i tęsknoty, układają się przecież w nieskończenie różnorodną – i tajemniczą – mozaikę. Zamiast próbować ją na siłę ujednolicać, albo demaskować, po prostu cieszmy się jej bogactwem.

Posłuchaj w Aplikacji TOK FM:

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny

Komentarze (5)
Stawiszyńki: Gen homoseksualności nie istnieje. Ale orientacji nie można sobie wybrać
Zaloguj się
  • rastablaster

    0

    Dave Chapelle: "Stick and Bones" - on netflix - to szaleństwo musię się kiedyś skończyć.

  • czarny_walc

    Oceniono 2 razy 0

    Nie do końca jest tak, że orientacji seksualnej nie można wybrać. Choćby przypadek dzieci adoptowanych przez pary homoseksualne (a więc brak jest ewentualnego obciążenia genetycznego), w ok. 21% deklarują się jako osoby nieheteroseksualne. Czyli dużo więcej niż średnia w społeczeństwie. Dzieci adoptowane przez pary lesbijskie, aż w 29% deklarują się jako osoby nieheteroseksualne.

  • miloz1

    Oceniono 2 razy 0

    "Cieszmy się bogactwem naszej natury" Cóż za radość z ciała obcego w sąsiedztwie prostaty? Może lepiej zostać ubogim?

  • keiron

    Oceniono 1 raz 1

    Litości

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX