Fizjoterapeuci i diagności zaczynają protest. "Musimy pokazać, że przestajemy ratować ten chory system"

Od dziś fizjoterapeuci i diagności laboratoryjni mają masowo iść na zwolnienia lekarskie albo będą odbierać zaległe urlopy. Specjaliści wciąż walczą o obiecane przez resort zdrowia podwyżki. - To poważne wyzwanie, żeby nikomu nie zaszkodzić, ale pokazać, że nasz brak może spowodować poważne skutki - mówiła w rozmowie z TOK FM Agnieszka Gierszon.

Protest może być prowadzony nawet w prawie 100 placówkach medycznych w całym kraju. To wyraz niezadowolenia z powodu braku obiecanych przez rząd podwyżek. Do tej pory dostało je jedynie 30 proc. diagnostów laboratoryjnych i fizjoterapeutów. 

Tam, gdzie ich zabraknie, zaplanowane zabiegi będą odwoływane albo dłużej trzeba będzie poczekać na wyniki badań. Akcja odbędzie się pod hasłem "Dość poniżania! Przestajemy ratować system".

Protestujący domagają się dwóch podwyżek: 500 zł teraz i kolejnych 500 zł od stycznia. Obecnie zarabiają średnio 2 tys. zł. 

Agnieszka Gierszon z Krajowego Związku Zawodowego Pracowników Medycznych Laboratoriów Diagnostycznych tłumaczy, że pacjenci powinni spodziewać się, iż od poniedziałku diagnostów i fizjoterapeutów będzie w placówkach medycznych zdecydowanie mniej. - Musimy pokazać, że przestajemy ratować ten chory system, który nic nam nie zapewnia, nic nam nie gwarantuje - podkreślała w rozmowie z reporterką TOK FM Agnieszką Rogal.  

Dodaje, że protestujących po prostu w szpitalach nie będzie. - Kto czuje się gorzej, może odpocząć w tym czasie, kto ma sprawę do załatwienia, może wziąć urlop na żądanie, możemy też rezygnować z dodatkowych etatów, dodatkowych zleceń - wyjaśniała, jak będzie wyglądał protest. 

Agnieszka Gierszon jest przekonana, że ich nieobecność odczuje cały system. - Wyniki badań będą spływać wolniej do lekarzy, do klinik. Chcemy zwrócić uwagę na to, że rezygnując z nas, cały system rezygnuje tak naprawdę z kompleksowej ochrony zdrowia, z kompleksowej diagnozy i leczenia pacjenta. Jest to poważne wyzwanie, żeby nikomu nie zaszkodzić, ale pokazać, że nasz brak może spowodować poważne skutki - mówiła, podkreślając jednak, że działania protestujących nie są wymierzone w pacjentów. - Odczuje to przede wszystkim "góra" szpitala, lekarze i pielęgniarki, kiedy będą opóźnienia w wydawaniu wyników i rehabilitacji - tłumaczyła. 

Obiecana przez rząd płaca minimalna nie pomaga

Według działaczki związkowej diagności i fizjoterapeuci od lat są spychani na margines. Jej zdaniem nie inaczej jest w przypadku obecnych obietnic rządzących dotyczących podniesienia płacy minimalnej. Podkreśliła, że jeśli zostaną one spełnione, pensja diagnostów i fizjoterapeutów będzie niedługo niższa niż planowane przez rząd wynagrodzenie minimalne.  - Nie walcząc, wylądujemy na samym dnie w ochronie zdrowia i przez lata się z tego nie wydobędziemy. W obietnicach wyborczych nie ma nic o nas, a jest wręcz "antyMy". Pensja minimalna, która jest obiecywana wszystkim w Polsce, według interpretacji prawników nie dotyczy nas, ponieważ nasze wynagrodzenie regulują inne ustawy - wyjaśniała. 

Dodaje także, że w momencie wprowadzenie planowanej płacy minimalnej wynagrodzenia "tragicznie się spłaszczą". - Nie będzie różnicy między personelem pomocniczym w szpitalach a personelem z latami wykształcenia i specjalizacjami. To absurdalna sytuacja - podkreśliła. 

Problemem jest także brak wystarczającej liczby diagnostów. - Wiele osób już się przekwalifikowuje i odchodzi do firm farmaceutycznych, zostaje przedstawicielami handlowymi, pracuje w usługach czy korporacjach - stwierdziła. 

Jeśli chodzi o liczbę diagnostów, Polska mocno odbiega od standardów zachodnioeuropejskich. Na 1000 pacjentów przypada ich u nas zaledwie 0,5, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych czy zachodnich krajów UE na taką samą liczbę pacjentów jest ponad dwa razy więcej. 

Akcja protestacyjna ma potrwać dwa tygodnie. Protestujący mają nadzieję na spotkanie z ministrem zdrowia Łukaszem Szumowskim.

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny