Szwecja. Kraj - marzenie czy kraj - porażka? "Ufamy naszym instytucjom, czasem bardziej, niż powinniśmy" [FRAGMENT KSIĄŻKI]

- Szwecja jest w Polsce krajem projekcyjnym, na który rzutujemy albo nasze strachy, albo nasze nadzieje. To chyba mi napędza czytelników - mówił w TOK FM Maciej Zaremba Bielawski, laureat tegorocznej nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. Publikujemy fragment jednej z jego najbardziej znanych książek.

Rozmówca Zuzanny Piechowicz, od lat mieszkający w Szwecji, przyznał, że dziwią go pojawiające się w Polsce zachwyty nad Szwecją - jak również opinie skrajnie od nich różne, piętnujące ten kraj. - W Polsce Szwecja nie jest krajem realnym, tylko jakimś mirażem. Norwegia np. już nie - mówił Maciej Zaremba Bielawski. 

Przyznał, że nie żałuje decyzji o zamieszkaniu w Szwecji. - Ja się dobrze czuję w kraju uporządkowanym, gdzie szanuje się państwo prawa, gdzie obyczaje też są w miarę przyzwoite - wyliczał. Podkreślał, że to, co mu bardzo odpowiada, to wysoki poziom zaufania między ludźmi, który widać na co dzień. - Nie przekupi się urzędnika, właściwie nie ma takiej możliwości. Ufamy naszym instytucjom, czasem bardziej, niż powinniśmy. Ale lepiej im ufać za dużo, niż za mało - dodał dziennikarz.   

Jak mówił, Szwecja była bardzo egalitarna już 400 lat temu, a chłopi nigdy nie byli tam niewolnikami. - W Szwecji nie ma pogardy klasowej czy nienawiści klasowej, którą słychać pod polskimi politycznymi wypowiedziami. Jest czymś bardzo nieładnym przyganić komuś, bo się źle wysławia, bo ma jakiś akcent, jest niedouczony. Takie zachowanie wyklucza z towarzystwa - podkreślał. 

Posłuchaj całej rozmowy o Szwecji, Polsce, podobieństwach i różnicach:

Jednak Maciej Zaremba Bielawski w swoich książkach i reportażach opisywał również ciemniejsze strony Szwecji. Poniżej publikujemy fragment książki "Polski hydraulik" wydanej przez Wydawnictwo Agora - pierwszą część pięcioczęściowego reportażu "Demony sprawiedliwości" (Rättvisans demoner) o ukrytych motywacjach opieki społecznej i wadliwych mechanizmach systemu prawnego w Szwecji, który został opublikowany w "Dagens Nyheter" w pięciu częściach w kwietniu i maju 2015 roku.

Demony sprawiedliwości

Sąd nie pyta o motywy. Zadowala się dowodami rzeczowymi i przyznaniem do winy. Nie ulega wątpliwości, że Anita miała zamiar zabić swą córkę. Czy planowała potem odebrać sobie życie, nie jest już takie pewne. Gdy nadjechała karetka, zastała Anitę odurzoną środkami nasennymi. "Skrobała" nożem kuchennym po nadgarstku, czytamy w raporcie. Ale dziewczynka od kilku godzin już wtedy nie żyła.

Sąd nie podziela opinii psychiatry, jakoby Anita nie wiedziała, co robi. Dowiedziono, że truciznę zorganizowała kilka dni wcześniej, w dodatku szukała w internecie dawki śmiertelnej. We wrześniu 2013 roku zostaje skazana za morderstwo.

Czytając wyrok, nie zrozumiemy jednak, dlaczego Anita zabiła własną córkę. Odnotowano wprawdzie, że cierpi na "ciężkie zaburzenia psychiczne", jednak nie na tyle poważne, by nie wiedziała, co robi i dlaczego. Działała logicznie, zeznaje psychiatra, z "pobudek nie w pełni opartych na realiach". Jakich pobudek? Nie wiadomo.

Ci, co znali Anitę, nie odbierali jej jako chorej. Ale miała silną wiarę, którą dzieliła z matką i siostrą.

Gdzie przebiega granica między silnym przekonaniem a urojeniem? Między ideologią a szaleństwem? Dzień w dzień mierzą się z tym pytaniem sądy, a odpowiedź jest prawie zawsze taka sama. Ci, co zabijają w imię kalifatu, rasy lub jakiegoś -izmu, lecz poza tym zachowują się racjonalnie (nie mylą bomby z jabłkiem), nie są szaleni. Źródła ich czynów nie szukamy zatem w zwojach mózgowych. Odpowiedzialnością obarczamy idee, które pozwalają ludziom uzurpować sobie prawo do życia innych.

"Jak chcesz to zrobić, to teraz" - Anita powtarza na przesłuchaniu słowa matki. I dodaje: "Mama wiedziała, że użyję farmaceutyków".

Jeszcze na miejscu zbrodni policja notuje, że babcia Matyldy, Sigrid, nie sprawia wrażenia zrozpaczonej śmiercią wnuczki. Bardziej wydaje się zła na ojca dziewczynki. Gdy Anitę zabrano do aresztu, Sigrid prosi policjantkę o przekazanie wiadomości od rodziny: "Proszę jej powiedzieć, że teraz kochamy ją jeszcze bardziej".

Prokurator podejrzewa, że matka i córka razem planowały zbrodnię. Chce oskarżyć Sigrid o podżeganie lub współudział w morderstwie. - Istnieje szereg dziwnych okoliczności sugerujących, że babcia wiedziała, co ma się wydarzyć - mówi mi. Ale Sigrid zaprzecza: córka musiała źle zrozumieć jej słowa. A kiedy Anita uświadamia sobie, że podejrzenie pada na matkę, cofa, co powiedziała wcześniej. Nie zamierza mówić niczego, co mogłoby matkę obciążyć.

Gdy zawodzi jedyny świadek, prokurator musi dać za wygraną. Tym samym sąd nigdy się nie dowie, jakie to przekonania zabiły Matyldę.

Były niewątpliwie wyjątkowo silne.

"Z mężczyznami nie rozmawiam" - mówi Anita w radiowozie, kiedy policjant próbuje ją o coś zapytać.

Wiele wskazuje na to, że Anita nigdy nie miała zamiaru dzielić się dzieckiem z jego ojcem. Związek z Thomasem trwał krótko; skończył się, kiedy urodziła córkę. Anita mieszka obok swojej matki w małej wiosce. O Matyldzie obie mówią "nasze dziecko".

Kobietom nie podoba się, że Thomas przychodzi do Matyldy do przedszkola; nie pozwalają, by go odwiedzała i mówiła do niego "tato". Na spotkania z córką Thomas przyjeżdża z daleka, ale coraz częściej zdarza się, że jej nie zastaje. Prosi o pomoc opiekę społeczną. Proponują serię "dyskusji o współdziałaniu". Ale odbywa się tylko jedna. Anita oznajmia, że nie jest zainteresowana.

Gdy Matylda kończy trzy lata, Thomas uświadamia sobie, że obie kobiety postanowiły wyeliminować go z życia córki. We środy, kiedy przejeżdża osiemdziesiąt kilometrów, by się z nią spotkać, Matylda prawie zawsze w ostatniej chwili się rozchorowuje. Albo coś innego staje na przeszkodzie. Jedyną szansą na utrzymanie kontaktu z córką jest nakaz sądowy. Podaje więc Anitę do sądu. Chce uregulowania kontaktów.

Z przesłuchania obu kobiet zaraz po morderstwie wynika, że bały się tego procesu. A zwłaszcza, że odtworzone zostaną "taśmy". Co za taśmy? Co kryły tak niebezpiecznego?

Tego sąd się nie dowiedział. Z jakiegoś powodu, prawdopodobnie dlatego, że zarzuty były już wystarczająco podbudowane, prokurator odstąpił od powoływania się na taśmy. Szkoda. Mogłoby to być z pożytkiem dla sprawy - usłyszeć, czym tak przeraziła się Anita na kilka dni przed zabiciem swojego dziecka.

Jeden głos jest spokojny. "Mam większą władzę niż szwedzkie prawo, wierz mi". To Anita przemawia do ojca Matyldy. Oświeca go, że Matylda jest jej dzieckiem i tylko jej. Co mówi prawo, nie ma znaczenia. "Żaden sędzia nie zmusi mnie do jakichkolwiek kontaktów, gwarantuję. O mojej córce decyduję tylko ja". W głosie nie ma agresji. Może wyższość.

Drugi głos jest inny. To krzyczy Sigrid. Że mężczyźni tylko dają plemniki. Że dzieci nie potrzebują ojców. Że dwoje rodziców to wbrew naturze. Dzieci należą do kobiet, które je urodziły. Że on kłamie. Że to nie on chce dziecka, tylko jego nowa kobieta. Mężczyzna nie może nic czuć do dziecka. To biologicznie niemożliwe. "A ty jesteś mężczyzną!".

Potem słychać, jak Sigrid wsiada na córkę: "Matylda jest twoim dzieckiem! Potrzebuje ciebie! Nie ojca! Ojciec to wymysł, nic więcej!".

Anita nic nie mówi. W tle słychać szlochanie Matyldy.

Nic dziwnego, że obie kobiety bały się, co będzie, jeśli taśmy pojawią się w sprawie o opiekę. Gdyby sędziowie zapoznali się wyłącznie z transkrypcją nagrania, nie byłoby dużego ryzyka.
O, proszę, mógłby ktoś powiedzieć, babcia Matyldy chyba naczytała się manifestu SCUM. Oryginalne poglądy, bez dwóch zdań. Ale stroną w sprawie jest Anita. W co wierzy i co uważa jej matka, nie ma tu nic do rzeczy.

Gdyby jednak odtworzono dźwięk, nikt nie mógłby twierdzić, że to nie ma nic do rzeczy. To nie babcia grzmi na taśmie. To przywódczyni sekty.

Kobiety zdawały sobie sprawę, że jeśli do tego dojdzie, to przegrają. Nawet te pracownice socjalne, które być może podzielały ich poglądy, nie ośmieliłyby się stanąć po ich stronie. A wtedy zmuszone byłyby pozwolić Matyldzie spotykać mężczyznę.

Do tego momentu dość dobrze wiemy, co obie czuły i myślały. Resztę spróbuję odgadnąć: gdyby Matylda spotykała się z ojcem, mogłaby go polubić. Chciałaby go widywać. Dzieci nie rozumieją własnego dobra. Każdy dzień byłby torturą, hańbą i zdradą, gdyby ich córka lgnęła do mężczyzny. Do marnego plemnika. (Albo po prostu rywala). Byłoby to gorsze, niż gdyby Matylda w ogóle nie istniała. To jej niepodzielne oddanie nadawało sens ich życiu. Może też życiu Matyldy?

Do odtworzenia taśm nigdy nie doszło. Jak powstały? Ze względu na klimat społeczny. Pełnomocnik Thomasa w sprawie o opiekę doradził mu nagrywanie wszystkich rozmów z Anitą i żeby nigdy nie zostawał sam na sam z nią lub z dzieckiem. W przeciwnym razie trudno mu będzie udowodnić swoją niewinność, gdyby Anita oskarżyła go o użycie przemocy lub gróźb.

(Mądra rada. Oto znak czasów z Norrlandii. Spotkanie nadzorowane, na scenie ojciec, córka i dwoje pracowników socjalnych. Dziewczynka spada z huśtawki i uderza się w czoło. Guz zostaje zarejestrowany w dzienniku. Tego samego wieczoru dzwoni matka: "Dziewczynka mówi, że ojciec ją uderzył. Zadzwońcie na policję!". "Spokojnie - odpowiada kurator - poślizgnęła się, byliśmy przy tym". "To nieprawda! Moja córka nigdy nie kłamie!").

Jaką rolę w zabójstwie Matyldy odegrał ten klimat?

Sześć miesięcy przed morderstwem Thomas dzwoni do opieki społecznej. Bardzo się niepokoi. Anita grozi, że jeśli on nie przestanie domagać się kontaktu, ona zabije córkę i siebie. Tak mu powiedziała.

Co z tą informacją robią pracownice socjalu? Nic. Nie radzą się w biurze koleżanek, które z rodzicami Matyldy odbywały "dyskusję o współdziałaniu" i znają podejście Anity do mężczyzn. Nie jadą sprawdzić, jak się ma dziewczynka. Nie dzwonią do przedszkola, którego personel założył już dziennik z dziwactwami matki. Tego samego dnia umarzają sprawę. Ale piszą list. Do Anity. Popatrz tylko, co ten Thomas twierdzi, że niby powiedziałaś. Czy możemy jakoś pomóc?

Thomas próbuje nakłonić sąd, aby wymusił interwencję opieki społecznej. "Niezbadanie sytuacji Matyldy może okazać się katastrofalne w skutkach" - błaga. Gdy Matyldzie pozostają dwa miesiące życia, przychodzi odpowiedź. "Sąd nie stwierdza potrzeby wszczęcia postępowania". Decyzja nie zawiera uzasadnienia. Wszystko wskazuje na to, że sędzia nie dokonał samodzielnej oceny. Zaufał gminnej komisji do spraw społecznych.

Tej wiosny do pomocy społecznej wpływają dwa kolejne ostrzeżenia, że matka grozi, iż zabije dziewczynkę. Jedno od Thomasa, który znowu błaga o interwencję. Drugie od pracownicy socjalnej, która wie o groźbie i dziwi się, że koleżanki nic nie robią. Ani jednego, ani drugiego pisma nie wciągnięto jednak do ewidencji.

Adwokat Sara H. reprezentowała Thomasa w sprawie o władzę rodzicielską.

- Mogłam mu powiedzieć: "Zabieraj dziecko i uciekaj!". Kobieta w jego sytuacji mogłaby tak zrobić - mówi Sara H. On nie. Stałby się przestępcą. "Uprowadzenie dziecka" grozi więzieniem. Nie posiadał praw rodzicielskich, bo był mężczyzną. Większość Szwedów nie zdaje sobie sprawy, że kodeks rodzinny czyni różnicę między mężczyzną i kobietą. Jeżeli rodzice nie są małżeństwem i matka życzy sobie wyłącznej opieki, otrzymuje ją automatycznie. Mężczyzna, który pragnie być ojcem, musi się procesować.

- Tyle się mówi o równości płci - mówi Sara H. - Ale jeśli istnieje jakiś obszar, w którym absolutnie nie ma równouprawnienia, to rodzicielstwo. Prawnie kobieta ma ogromną przewagę.

Proszę mi wybaczyć nieprzyjemne pytanie. Czy musiałoby dojść do śmierci Matyldy, gdyby opieka społeczna kobiety i mężczyzn traktowała tak samo?

Matylda nie jest pierwszym dzieckiem, które padło ofiarą uprzedzeń płciowych. W maju 1996 roku sześcioletnia Tania zginęła z rąk matki i babci, które po tym odebrały sobie życie. W notce agencji prasowej przedstawiono tragedię jako niepojętą. Niesłusznie. Niepojęte było to, że przeszła zupełnie bez echa. Żadna gazeta ani organ prewencji prawnej nie próbowały się dowiedzieć, co dwie pozornie zdrowe kobiety popycha do zabicia dziecka.

Śmierć pozostaje jedyną ucieczką od zła, czytam w listach pożegnalnych. Zło - to społeczeństwo mężczyzn, które zmusza matki do wydawania swych dziatek na pastwę "pedofilom i sadystom". Przez osiem miesięcy udaje się kobietom chronić Tanię. Ale dłużej już się nie da, piszą. Lada dzień sąd postanowi, że Tania ma się spotykać z ojcem. Świadomość, co on z nią wtedy zrobi, wyzwala decyzję.

Matka i babcia Tani nie mają wątpliwości, że ojciec i dziadek dziewczynki to potwory. Wykorzystują małą jako zabawkę seksualną, kiedy nie dręczą jej klamerkami do bielizny, kostkami lodu i rozgrzanymi żarówkami. To przekonanie stopniowo się nasila. Nie ma śladów, by matka, Gunilla, żywiła tego typu podejrzenia, zanim rozwiodła się z ojcem Tani - Peterem. W kwestiach seksu była wręcz wyzwolona. Gdy kiedyś Tania spytała o dziwny przedmiot, usłyszała od matki, że duże dziewczyny łaskoczą się takimi między nogami.

Gunilla mogła mieć powody do rozgoryczenia. Tania stała się córeczką tatusia, głównie dlatego, że on zawsze był od zabawy, podczas gdy na nią spadały sprawy praktyczne. Prawie zawsze to Peter usypiał Tanię. Dopominał się tego. Kiedy dziewczynka skończyła rok, ustało współżycie małżonków. Jakby dziecko odebrało Gunilli męża. A teraz, rok po rozwodzie, Gunilla czuje, że Peter odbiera jej również Tanię. Po weekendzie u ojca trudno ją stamtąd wyciągnąć. Buntuje się i chce zostać.

Wygląda na to, że całą sprawę wywołała jedna wypowiedź. Pewnego dnia w kwietniu 1995 roku Tania skarży się, że dokuczają jej chłopcy w przedszkolu. Bo nie ma siusiaka. "Powiedz im, że masz za to sześć warg" - mówi ojciec.

Riposta musiała odnieść sukces, bo dziewczynka z dumą opowiada o tym mamie. Której to zupełnie nie bawi. Dzwoni do Petera: "Odtąd to ja zajmuję się edukacją seksualną Tani".

Od tego dnia Gunilla zaczyna sobie przypominać. Że Peter rozmawia z dzieckiem językiem dorosłych. Że Tania boi się potworów pod dywanem. Że kładła się na brzuchu taty, gdy ten odpoczywał na trawie. W końcu pyta Petera wprost, czy jest seksualnie zainteresowany córką. Ku jej przerażeniu nie odpowiada spokojnie: "Nie, nie jestem", tylko się wścieka i oskarża ją o chorą wyobraźnię.

Tak reagują sprawcy - negacją. Piszą o tym podręczniki organizacji Save the Children, które Gunilla zdobyła w międzyczasie. Wynika z nich, że molestowanie przez mężczyzn własnych dzieci jest znacznie bardziej powszechne, niż wcześniej sądzono. Że narażone dzieci wysyłają sygnały, które trzeba rozszyfrować, a kiedy powiedzą coś, co wiąże się z seksem, to o tym, czego doświadczyły. Gunilla swoje obserwacje zgłasza do opieki społecznej, która natychmiast przekazuje sprawę policji.

Mamy początek lat dziewięćdziesiątych. Od pięciu lat media przepełnione są opowieściami o przerażającej przemocy seksualnej wobec dzieci. Popołudniówka "Expressen" na zdjęciu, zrobionym z wynajętego helikoptera, pokazuje, jak w lesie wokół Södertälje policja szuka dziecięcych zwłok (po informacji, że swoje ofiary pochowali tam sataniści). Profesor socjologii Eva Lundgren pojawia się we wszystkich mediach, informując, że w Szwecji mają miejsce rytualne mordy dzieci. Osobiście spotkała ocalonych. Kiedy dziecko opowiada, że widziało, jak pedofile zjadają swoje ofiary, nie jest to fantazja, twierdzi Lundgren. "Niestety, my, dorośli, nie mamy odwagi wysłuchać i zrozumieć" ("Göteborgs Posten", 28.05.1994).

Akurat tej jesieni, w roku 1995, na łamach gazet dominuje Thomas Quick, któremu psycholog Sven Å. Christianson wraz z kolegami właśnie dopomógł w przypomnieniu sobie swojego siódmego morderstwa. Gunilla czyta Traumatyczne wspomnienia Christiansona, a potem jeszcze Tym naszym najmniejszym Moniki Dahlström-Lannes, Sygnały dzieci o wykorzystywaniu seksualnym Kaisu Akselsdotter i pięć innych książek na ten sam temat, po czym wpada w popłoch z poczucia winy i wyrzutów sumienia. Jej córka od lat wysyłała sygnały o ratunek!

Jeśli dziecko dużo mówi o duchach, smokach, czerwonych mrówkach, wężach i ptakach (zwłaszcza papugach), kiedy nie chce jeść niektórych potraw, zaczyna bawić się jedzeniem lub seplenić jak dzidziuś, broni się przed prysznicem czy zmianą pieluch, onanizuje się, klei się do dorosłych, boi się ciemności, staje się nieśmiałe lub przeciwnie - agresywne, to mocne dowody na to, że było wykorzystywane seksualnie. Zdaniem Akselsdotter. Według Dahlström-Lannes prawie wszystkie problemy psychiczne kobiet wynikają z wykorzystywania seksualnego w dzieciństwie.

Podczas gdy psycholog Christianson pomaga pamięci Thomasa Quicka, Gunilla ze swoją matką, Ullą, podobnymi metodami próbują nakłonić Tanię, by opowiedziała, co z nią robił tata. Z dziennika Gunilli wynika, że niemal dzień w dzień Tania pytana jest o dziurki, siusiaki i płyny ustrojowe, ale odpowiedzi ciągle nie zadowalają pytających. Gdy w końcu Tanię przesłuchuje policja, rzeczywiście opowiada o serii dziwnych ekscesów.

Kłopot policji polega na tym, że pięciolatka czyni to, zanim ktokolwiek zdąży ją zapytać, wykazując przy tym "brak odpowiedniej ekspresji emocjonalnej". Nie wydaje się ani smutna, ani wystraszona wspomnieniem tortur. I jeszcze te przednie zęby. To było pytanie kontrolne. Policja wiedziała, że wypadły, kiedy niechcący uderzyła ją matka. Gunilla sama o tym opowiedziała. Ale dziewczynka mówi, że to Kalle Olsson uderzył ją w przedszkolu, może opowiedzieć dokładnie, jak to się stało. Gdy to samo pytanie pada chwilę później, wskazuje innego chłopca, z imieniem, nazwiskiem i szczegółami. Musisz mówić prawdę, mówi policja. Wtedy Tania mówi, że się przewróciła.

Biedne dziecko, myśli policja. Uważa, że musi chronić mamę.

Gdy kobiety zdają sobie sprawę, że przesłuchanie Tani nie przekonało prokuratora, wpadają w desperację. Aby uzyskać bardziej ważkie dowody, nadal wypytują Tanię. Serce się kraje, gdy czytam ich apel do policji, aby przesłuchać dziewczynkę po raz trzeci. Gunilla pisze, że Tania pamięta teraz, że również dziadek ją dręczył, a ojciec groził, że zabije, jeśli o tym opowie. Do tego wykazuje wszystkie objawy traumy seksualnej: nie może spać, miewa ataki złości, nie chce, by ją dotykać, wykrzykuje, że jest nic niewarta, że nie chce żyć, że nienawidzi mamy.

"Tfu! Rzygomama, srajmama! Zabiję cię i podrę na kawałki!" - potrafi wyrzucić z siebie pięciolatka. Gunilla rozumie, dlaczego gniew dziewczynki jest skierowany przeciwko niej. Tłumaczy to Kaisu Akseldotter na stronie sześćdziesiątej czwartej, pisze w liście do policji: "Małe dzieci wierzą, że matka widzi po nich, o co im chodzi, i nie muszą niczego mówić. Dlatego dziecko uważa, że matka, gdyby tylko chciała, mogłaby położyć kres molestowaniu przez ojca. To wyjaśnia, dlaczego gniew dzieci tak często zwraca się przeciwko matce, mimo że to ojciec je wykorzystuje".

Koło się zamyka. Gunilla idzie na zwolnienie, wprowadza się jej matka. Kobiety zrywają kontakt ze wszystkimi, którzy wątpią w winę Petera. Ktoś zasugerował, że dziecko tylko powtarza to, co usłyszało od dorosłych, ale Gunilla jest pewna, że nie wkładała córce słów w usta. Po prostu raz za razem pytała, dopóki prawda nie wyszła na jaw. Gazety piszą, że konieczne mogą być lata terapii, zanim ofiara ośmieli się pamiętać. Ale to, co sobie wtedy przypomni, jest prawdą. W apelach do policji Gunilla cytuje Główny Urząd Zdrowia i Opieki Społecznej: "Brak w literaturze fachowej dowodów, by dziecko mogło fantazjować na temat wykorzystywania seksualnego". (Trzy lata później urząd wycofa tę informację).

Ku rozpaczy kobiet państwo nie staje po ich stronie. Prokurator zwleka z aktem oskarżenia. Psychiatra dziecięcy chce dalej badać. Pewnego dnia czytają w gazecie, że szykuje się nowa ustawa. Jedno z rodziców nie będzie mogło, ot tak sobie, po prostu, blokować kontaktów drugiego z dzieckiem. Potwierdzają się ich najgorsze obawy: to "pedofile i gwałciciele w służbie zła" tworzą w Szwecji prawo.

Trzy dni przed odebraniem życia dziewczynce i sobie kobiety wysyłają długi list do gminnej komisji do spraw socjalnych. Utrzymany jest w rzeczowym tonie. Polemizują ze szczegółami zaświadczenia z przedszkola. Jakby korespondencja miała mieć ciąg dalszy. Wreszcie na samym końcu: skoro personel przedszkola używa sformułowania "podejrzenia Gunilli", znaczy wybrał stronę. "Za sprawcą - przeciw ofierze".

Wszystko wskazuje, że była to ostatnia kropla goryczy. Skoro nawet instytucja opieki nad dzieckiem dołącza do pedofilów, nie ma już dokąd uciekać. W liście pożegnalnym babcia pisze: "Tania dosyć się nacierpiała. Ledwie niecały rok zostawiono jej drobne ciałko w spokoju. Psycholog od zeznań zadawał insynuujące pytania (...) w piątek dostałyśmy informację z przedszkola. (...) O mnie w ogóle nie wspomniano. W obliczu takiej niesprawiedliwości jest tylko jedno wyjście: odejść z tego świata".

Może nietaktem wyda się cytowanie intymnych listów pożegnalnych. Z drugiej strony w interesie publicznym jest ujawnienie, co może pchnąć kobietę do zabicia własnego dziecka. Możliwe, że zabrzmi to okropnie, ale wygląda na to, że matka, podpierając się podręcznikami kazirodztwa, przeniosła tu swój status zawiedzionej kobiety na córkę. Która jednocześnie poniosła karę, bo mając cztery lata, zdradziła matkę i sprawiła, że ta poczuła się zbędna.

Nie odważyłbym się tak napisać, gdyby nie listy pożegnalne. Odpowiedzialność za śmierć Tani obie kobiety przenoszą na nią samą. Mogła wybrać, napisały. Ale kiedy usłyszała, że mama i babcia umrą, to też nie chciała żyć dłużej. "W obliczu pragnienia Tani jest tylko jedno prawo: miłości (...). Dlatego to, co robimy, nazywam (...) aktem miłości" - napisała babcia.

Kiedy miesiąc po zbrodni prokuratura oczyszcza Petera z wszelkich podejrzeń, nie używa standardowej formuły "ponieważ nie można udowodnić przestępstwa". Napisano "bo jest niewinny". Nie było krztyny prawdy w zarzutach. Niemniej wystarczyły, by na osiem miesięcy odciąć Tanię od ojca i jego rodziny - zostawiając równocześnie matkę i babcię sam na sam z tropicielami sygnałów i wypartych wspomnień. A to wywołało demona.

Jestem przekonany, że to izolacja wyzwoliła szaleństwo. Bez niej nie dałoby się powodować dziewczynką, by dostarczała pożywki dla paranoi kobiet. Albo ktoś dostrzegłby, co się święci. Nikt normalny nie buduje w środku dużego miasta schronu przed pedofilami. Mój ponury wniosek brzmi zatem, że również Tania żyłaby, gdyby opieka społeczna i prokurator przestrzegali konstytucji. Czyli tak samo traktowali mężczyzn i kobiety.

Tania i Matylda nie są jedynymi ofiarami tego zjawiska, które na razie nie ma jeszcze nazwy. Obawiam się, że nie ostatnimi. Mechanizmy, które przypieczętowały ich los, nadal wpędzają ludzi w desperację, prowadzą do nowych tragedii i korumpują opiekę społeczną. Dalej opiszę, jak to się odbywa. Ale pozwolę sobie najpierw opowiedzieć, do czego doprowadziły szwedzki wymiar sprawiedliwości.

W 2014 roku padł ponury rekord. Mieszkaniec prowincji Västmanland został uniewinniony po odsiedzeniu dziewięciu lat więzienia. Również poprzedni rok był pamiętny. Oczyszczono wtedy Thomasa Quicka z zarzutu morderstwa. Po raz ósmy.

W latach 1950-1990 tylko raz szwedzki wymiar sprawiedliwości zmuszony był przyznać się do skazania niewinnego na wieloletnie więzienie. Od 1990 roku co najmniej dwadzieścia sześć razy zdarzyło się, że skazany za ciężkie przestępstwo został uniewinniony po powtórnym procesie. Wzrost o cztery tysiące trzysta procent. Piszę "co najmniej", bo Urząd Administracji Sądowej, który zbiera dane o prawie wszystkim, nie księguje niewinnie skazanych. W wielu przypadkach okazało się, że sprawiedliwość nie jest w stanie samodzielnie naprawić błędu. Przyjęcie apelacji zostało wymuszone śledztwem dziennikarskim.

W 2014 roku były minister finansów Kjell-Olof Feldt oraz grupa prawników domagali się kontroli wymiaru sprawiedliwości. Proponowali, by komisję od sprawy Quicka upoważnić do zbadania również innych przypadków niesłusznie skazanych. W ich opinii sprawa Quicka była nie tyle kuriozalnym wyjątkiem, co przejawem błędu systemowego.

Myślę, że komisja, o którą dopominał się Feldt, szybko odkryłaby wiele niezwykłych podobieństw między sprawą Quicka i prawie wszystkimi pozostałymi. Myślę tu o jedenastu przypadkach opisanych w Niesłusznie skazanych Hansa-Gunnara Axbergera (na zlecenie Rzecznika Sprawiedliwości, 2006) i siedmiu zaistniałych później. Być może jest ich więcej.

W zdecydowanej większości przypadków (dziewiętnastu z dwudziestu sześciu) kluczową rolę odgrywa swego rodzaju psycholog. Piszę "swego rodzaju", bo może to być również psychiatra, kurator, pracownik socjalny, pielęgniarka psychiatryczna lub terapeuta bez dyplomu. To ta osoba wykrywa domniemane przestępstwo i pomaga ofierze (w przypadku Quicka - sprawcy) przypomnieć sobie oraz przekonać sąd, że wspomnienia są prawdziwe.

Jedno łączy tych ekspertów. Można ich nazwać sektą albo przynajmniej wspólnotą wyznaniową. Wierzą, że wydobyte podczas terapii wspomnienia traumy muszą być prawdziwe. Uważają również, że widzą po człowieku, czy padł ofiarą wykorzystania seksualnego. Ich wiara jest silna, bo się potwierdza. Kiedy wystarczająco długo wypytują dziecko (jak Tanię) lub pacjenta psychiatrycznego (jak Quicka), prawie zawsze dogrzebują się do przerażających wspomnień.

Jeśli moja powierzchowna analiza się zgadza, oznacza to, że nie tylko aferę Quicka, ale większość niesłusznych skazań po 1990 roku można przypisać nawiedzonym psychologom. Ale jak zrozumieć, dlaczego sądy decydowały się ich słuchać?

Każdy przeciętnie wykształcony sędzia powinien wiedzieć, że już w 1994 roku ich praktyki były ostro krytykowane, wręcz potępiane jako szkodliwe dla pacjentów i sprawiedliwości. Jeszcze przed pierwszym werdyktem w sprawie Quicka cały pakiet "wypartych wspomnień" odrzucił na łamach "Dagens Nyheter" profesor psychiatrii sądowej Tomas Eriksson. Kiedy w 2014 roku profesor Rickard L. Sjöberg o metodach Svena Christiansona pisze "niekompetencja granicząca z oszustwem", nie jest to nowa krytyka. W 1996 roku neurofizjolog Germund Hesslow podsumował je słowem "humbug". Podobne wnioski w tym samym roku wyciągnęła Lena Hellblom Sjögren w "Läkartidningen" ("Gazeta Lekarska" 1996, nr 18). Kto chciał się dowiedzieć, jakie katastrofy - prawne i ludzkie - terapeuci wywołali w innych krajach, mógł przeczytać książkę Seks, kłamstwa i terapia Lilian Öhrström (1996).

Jakie siły każą sprawiedliwości tak konsekwentnie ignorować naukę? Nie twierdzę, że znam odpowiedź. Ale mam swoje obawy.

Wcześniej chciałbym jednak wskazać dwa inne czynniki, które łączą prawie wszystkie te przypadki. Kiedy słyszymy, że ktoś został niesłusznie skazany, myślimy z zasady, że sprawiedliwość pomyliła się co do osoby. Zrobił to ktoś inny. Specyfiką szwedzkich przypadków po 1990 roku jest fakt, że sprawiedliwość myli się co do samego przestępstwa. Nikt tego nie zrobił. W trzech sprawach, w których Quicka skazano za morderstwo, nie było nawet dowodów, że ktoś stracił życie. W piętnastu z osiemnastu pozostałych przypadków (osiemdziesiąt trzy procent) sąd najwyższy stwierdził, że brak dowodów na dokonanie przestępstwa.

Czy nie daje to do myślenia? Typowa pomyłka sądowa w Szwecji polega na tym, że ktoś zostaje skazany za coś, co się nie wydarzyło. Nie można zatem mówić o wymierzaniu sprawiedliwości, która czasem źle trafi, ponieważ bez przestępstwa nie ma czego wymierzać. Można natomiast powiedzieć, że sądy zaspokajają popyt na sprawców.

Opowiedzmy zatem, jak wygląda portret tego sprawcy widma. To łatwe, bo wszyscy są tacy sami. Jest mężczyzną. Jego zbrodnie są bestialskie. Ofiara to z reguły dziecko, które miał rzekomo doprowadzać do śmierci przez SBS (shaken baby syndrome - zespół dziecka potrząsanego) albo gwałcić, torturować, zamordować, poćwiartować. I o ile nie nazywa się Quick, jest - w dwunastu przypadkach z piętnastu - ojcem domniemanej ofiary.

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny

Komentarze (61)
Szwecja. Kraj - marzenie czy kraj - porażka? Fragment książki "Polski hydraulik"
Zaloguj się
  • sabaton128

    Oceniono 14 razy 14

    "W przeciwnym razie trudno mu będzie udowodnić swoją niewinność, gdyby Anita oskarżyła go o użycie przemocy lub gróźb"
    Co to za kraj, gdzie obowiązuje domniemanie winy? Stoją w jednym szeregu z ZSRR i Koreą Północną.

  • e50504

    Oceniono 13 razy 11

    Z ciekawostek:

    W szwedzkimÖstersund odbywała się co roku akcja pod nazwą Earth Hour, kiedy to na jedną nocną godzinę wyłączano w całym miasteczku oświetlenie. Generalnie chodziło o to, żeby szwedzkie snoby mogły poczuć się trochę lepiej udając przed sobą, że walczą z globalnym ociepleniem, norma.

    Dwa lata temu policja zakazała jednak Earth Hour ze względu na niespotykaną w tej części świata epidemię gwałtów xD

  • qwardian

    Oceniono 26 razy 10

    Najwięksi zbrodniarze, zburzyli nam wszystkie kościoły, zamki, pałace, dworki. Potop i Wojna Północna pochłonęły śmierć 50 procent populacji Polski i doprowadziły do ostatecznego rozbioru. Szaleni protestanci..

  • k_rol

    Oceniono 11 razy 9

    Czego Zaremba chce dowieść tymi przydługimi analizami? Onus probandi nie ma mieć znaczenia?
    A o Szwecji Polacy tam mieszkający często lubią fantazjować. Mają takie prawo, ale dla Szweda Polak był, jest i będzie kimś niższej klasy. Nawet jeśli udowodni, że przerasta Szwedów. Można wśród nich żyć, nawet mieć przyjaciół, ale przy najmniejszym potknięciu zawodowym, osobistym, ta polskość się pojawi i zaciąży na kontaktach, wzajemnym zaufaniu czy znajomości w ogóle. Stereotypowy Polak jest dla Szweda osobnikiem o wątpliwych walorach nadający się do pracy, ale nie do obcowania z nim. Szwecja to kraj narcystyczny i jeśli to pana Zeremby nie irytuje to rozumiem , że jest mu tam miło....

  • siekieraaxe

    Oceniono 8 razy 8

    W srodę w Kalmarze:
    Siedze w ogródku piwnym w parku, koło twierdzy
    Przychodzi panienka
    Zamiawiam piwo bezalkoholowe za 55 koron.
    Zamierzam pąłcic a tu kolps
    Panienka nie chce przyjac 200 koronowego banknotu
    "bo nie przyjmuja gotówki"
    Ja zas nie godze sie na zaden prezent. Domagam sie rachunku i zapłaty. Karty nie mam.
    W koncu genielnie wymysliłem:
    " własicielka zpłąci za mnie ze sojej kart a ja jej dam 100 koron bez reszty.
    "NI TAK NIE WOLNO"
    Po 10 minura tach durnych dywayagacji o wolnosci -wychodze
    "OBDAROWANY" i odart ze złudzen....
    precz z komuną!

  • bellum-omnium-contra-omnes

    Oceniono 12 razy 8

    Szwecja. Kraj - marzenie czy kraj - porażka?"

    Tłumaczę i pouczam:
    ''Szwecja. Kraj - marzenie'' dla barbarzyńskiej dziczy z Azji i Afryki oraz dla Cyganów - mają wszystko za nic
    Można im tylko pogratulować.

    "Szwecja. kraj - porażka" dla ogłupionych, odmóżdżonych (patrz sądy) Szwedów pożartych przez socjalizm. Stworzyli to własnymi siłami na własne życzenie, wiec dobrze im tak!

  • puuchatek

    Oceniono 7 razy 7

    To jest jednak dość przerażające...

  • krassus

    Oceniono 9 razy 7

    Świetny, mądry acz smutny artykuł.
    Niestety to samo dzieje się w Polsce, różnica jest taka że sprawy nie trwają 8 miesięcy a kilka lat, gdzie nikomu się nie spieszy.
    Mężczyzna w sądzie, zwłaszcza rodzinnym, musi udowodnić swoją niewinność a nie odwrotnie.
    Zaś dla osób fałszywie oskarżających nie ma żadnej kary.
    Przykre, smutne, dyskryminujące.

  • sigillum.2

    Oceniono 13 razy 7

    I ani słowa o "sztokholmskim szariacie".

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX