Jak radioaktywne jagody trafiają do Polski? Zbieracze mówili, że wystarczy pomieszać owoce [Fragment książki "Czarnobyl. Instrukcja przetrwania"]

"Hurtownik twierdził, że radioaktywne jagody są przerabiane na barwniki naturalne. Zbieracze opowiadali, że te naprawdę świecące miesza się z mniej radioaktywnymi, żeby cały transport mieścił się w dopuszczalnych granicach. Wtedy można legalnie sprzedać jagody do Polski, skąd wejdą na rynek Unii Europejskiej, nawet jeśli pojedyncze owoce trzykrotnie przekraczały dopuszczalne normy radioaktywności". Fragment książki Kate Brown "Czarnobyl. Instrukcja przetrwania", w tłumaczeniu Tomasza S. Gałązki.

Olha zaproponowała, żebyśmy anonimowo wybrały się na jagody i dowiedziały się w ten sposób czegoś więcej o tej nowej postaci handlu runem leśnym. Starszy rolnik sprzedał nam parę własnej roboty łubianek z pozyskanego w lesie drewna. Jego żona właśnie skończyła bielić ściany chaty, tradycyjnej ukraińskiej jednoizbówki. Białą glinę wybierała z nadrzecznej skarpy. Wśród rzeczy, które zauważyłam w ich domu, mało co pochodziło ze sklepu. W piecu palili drewnem, trzymali kury i kozy, ogród warzywny nawozili popiołem i obornikiem. Jedli wszystko to, co im tam wyrosło. Nigdy nie słyszeli o żadnych instrukcjach, ktokolwiek miałby je wydać – rząd sowiecki, agencje ONZ czy jakaś instytucja dobroczynna – które odradzałyby takie zachowania.

Wzięłyśmy koszyki, uzbroiłyśmy w repelent i ruszyłyśmy w las. Chciałyśmy dogonić grupę zbieraczek na rowerach. Pędziły prymitywną polną drogą. Omijając pełne wody koleiny na pofałdowanej, błotnistej drodze, wjechałam w głęboki wykrot i ugrzęzłam całą przednią osią. Zbieraczki zniknęły za zakrętem, podskakując na siodełkach jak króliki. Cała reszta dnia zeszła nam na załatwieniu wyciągnięcia samochodu, po czym wiejscy mechanicy wprowadzili go na rozchwierutany kanał z brzeziny, żeby naprawić zawieszenie.

Następnego dnia, już nauczone doświadczeniem, dołączyłyśmy do dużej grupy pieszych zbieraczy. Same nastolatki, rodzeństwo i kuzyni z dużej rodziny zielonoświątkowców. Rozmawiali z nami tylko przez chwilę, po czym znów zabrali się do pracy. Mieli zrobione z puszek po konserwach grzebyki do szybkiego odzierania krzaczków z jagód (w porównaniu ze zrywaniem jagód ręcznie tak jest szybciej, ale powoduje to uszkadzanie roślin). Patrzyłam, jak ruszają w kępy jagód – w przebijających się przez korony drzew promieniach słońca granatowe owoce lśniły jak kamienie szlachetne. Szli przez ten las jak stadko młodych niedźwiedzi, jagody zbierali szybkimi, oszczędnymi ruchami: skłon, zagarnięcie, krok, wszystko cicho, jeśli nie liczyć grzechotu jagód sypiących się do plastikowych wiaderek.

Krzewinki jagód kłębią się wszędzie, małe, zielone obłoczki, rosnące dziko całymi kilometrami w katedrze poleskiego lasu. Każdy może zbierać jagody. Lasy są demokratyczne. W odróżnieniu od kosztownej hodowli krów mlecznych, teraz jeszcze droższej przez konieczność zakupu dodatkowych filtrów i odczynników do usuwania radionuklidów, zbiór jagód nie wymaga prawie żadnych inwestycji. Biorą się za to głównie kobiety i dzieci. Jeśli szybko zbierają, mogą dziennie zarobić dwadzieścia pięć dolarów, a to dobre pieniądze w państwie, gdzie miesięczna pensja nauczyciela to osiemdziesiąt dolarów. Przemysłowe przeczesywanie puszczy za runem leśnym to jeden z twórczych sposobów, jakie obmyślili Poleszucy na utrzymanie się na tych skażonych połaciach, które im jeszcze zostały. Różne fundacje próbowały przez lata reanimować tutejszą gospodarkę, z mizernym skutkiem. Poleszucy zaś, właściwie bez pomocy z zewnątrz, znaleźli miejsce dla siebie w światowej gospodarce, stworzywszy wiejską sieć dostaw świeżo zebranych jagód i grzybów do hurtowników handlujących z Europą.

Grupa zbieraczy, spoconych i pokąsanych przez owady po całym dniu w lesie, dostrzegała ironię tego nowego sposobu zarobkowania. Dowiedziawszy się, że jestem Amerykanką, zaczęli żartować:

– Wysyłamy wam na Zachód nasze ekologiczne jagody prosto z lasu, a dostajemy z powrotem napoje z aromatem jagodowym.

– Tak jest – dorzucił ktoś. – Eksportujemy porządne, sosnowe drewno, a od was dostajemy fornirowaną płytę wiórową.

Zbieracze nawiązywali do tradycyjnego, kolonialnego modelu wymiany surowców na droższe dobra przetworzone. W sumie prawda, ale ten handel to było coś więcej niż tylko klasyczny model ekonomiczny. Gdy już wypełniłyśmy łubianki, poszłyśmy na skup jagód, gdzie zauważyłyśmy dozymetrystkę stojącą przy rampie i czekającą na sprzedających. Sytuacja była nerwowa. Dozymetrystka omiatała licznikiem każdą łubiankę, mierząc emisję promieni gamma, i około połowę koszyków odstawiała na bok. Zbieracze wykłócali się z nią o poziomy promieniowania. Zapytałam ją, młodą dziewczynę z miasta, jak wiele jagód jest radioaktywnych.

– Wszystkie jagody z Polesia są radioaktywne, ale niektóre to już strasznie! – odpowiedziała. – Miałyśmy tu takie, co miały ponad trzy tysiące! – Nie potrafiła wyjaśnić, do jakich jednostek się odnosi, czy mikrosiwertów, czy mikroremów. Ajentka wiedziała tylko, od jakiego poziomu wartości są złe. – Strzałka musi być między dziesięć a piętnaście – stwierdziła, machnięciem dłoni wskazując końcówkę licznika – no a potem wkładam je do tej maszyny. – Wskazała na przenośny spektrometr promieni gamma. – Jeśli tu wynik wyjdzie ponad czterysta pięćdziesiąt, to jagody przekraczają normę. Stanęłyśmy popatrzeć na skup. Ajentka odstawiała na bok łubianki z jagodami przekraczającymi normę, ale i tak je skupowała, tyle że po niższej cenie. Hurtownik twierdził, że radioaktywne jagody są przerabiane na barwniki naturalne. Zbieracze opowiadali, że te naprawdę świecące miesza się z mniej radioaktywnymi, żeby cały transport mieścił się w dopuszczalnych granicach. Wtedy można legalnie sprzedać jagody do Polski, skąd wejdą na rynek Unii Europejskiej, nawet jeśli pojedyncze owoce trzykrotnie przekraczały dopuszczalne normy radioaktywności. Takie mieszanie jest legalne, jak długo przeciętny wynik dla całego transportu mieści się w odważnie ustanowionym przez Stany Zjednoczone i Unię Europejską limicie 1250 bekereli na kilogram (w 1986 roku, po Czarnobylu, Wspólnota Europejska ustanowiła jako tymczasowy limit dla żywności wartość 600 bekereli na kilogram, ale potem go nie obniżyła. W roku 2016, krótko po naszej wizycie na Polesiu, bez debaty publicznej Unia Europejska podwoiła dopuszczalny limit do 1250 bekereli na kilogram).

Poleszucy spożywali radioaktywne produkty z tamtejszych lasów od roku 1986. Dzięki zniesieniu restrykcji handlowych wysyłają skażone po Czarnobylu runo na rynki europejskie, do bogatych nabywców z zagranicy. Z Europy jagody wędrują dalej. Specjalista od bezpieczeństwa jądrowego opowiadał mi, że na granicy amerykańsko-kanadyjskiej zatrzymano tira z „promieniującą masą” w naczepie. W obawie, że to „brudna bomba”, pogranicznicy sprawdzili, co to takiego. Z ulgą stwierdzili, że to jagody z Ukrainy. Ponieważ mieściły się w dopuszczalnej normie, straż graniczna dopuściła wjazd ciężarówki do Stanów.

Z reguły to populacjom uboższym przypada w udziale konsumpcja najbardziej toksycznych produktów ubocznych świata uprzemysłowionego. Migracja poleskich jagód na Zachód wywraca na nice światowy system kastowy. Podważa też koncepcję granic państwowych jako konkretnych bytów. Przywódcy populistyczni w XXI wieku wciąż trąbią o „czarnych hordach migrantów przekraczających granicę”. Krzepnięcie granic państwowych odbywa się mimo rosnącego zrozumienia, że na globalną skalę działają nawet najmniejsze zjawiska lokalne, jak choćby jagody. Towary i niesione z nimi skażenia krążą po kuli ziemskiej, opuszczając membranę jednego państwa i dostając się do innej. Pasaty przenoszą nad oceanami grzyby, gleby, pestycydy. Mątwy zakradają się na kontenerowce i są z nich wyrzucane w odległych portach. „Inwazyjne” gatunki roślin i owadów czy wirusy przeskakują z kontynentu na kontynent. Także izotopy radioaktywne migrują po całej kuli ziemskiej. Mimo fantazji populistów, że granice da się uszczelnić, dalekie wydarzenia przybywają pod nasz dom. Amerykanie, Kanadyjczycy czy mieszkańcy Unii Europejskiej mogą jeść na śniadanie czarnobylskie jagody. Niektórym losowość światowych rynków przydzieli porcję zawierającą 3000 bekereli radioizotopów na kilogram. Byłby to jeden z nieszczęśliwych skutków forowanej przez agencje ONZ polityki zalecającej, by na terenach skażonych pozostawić ich mieszkańców. Władze sowieckie przekonały się, że choćby nie wiadomo ile rozpylać chemikaliów czy zgarniać ziemię buldożerami, nie da się oczyścić terenu z radioizotopów.

Jagody jednak radzą sobie z tym naprawdę dobrze. Krzewinki jagód i grzyby, jak też przewody pokarmowe krów mlecznych i kóz skutecznie usuwają ze środowiska sztucznie wytworzone izotopy i serwują je w zgrabnie przetworzonych pakietach tym, którzy mają na nie ochotę. Prosta wymiana, pieniądze za jagody, zawiera w sobie skryty zwiastun przyszłych transakcji, które miałyby znacznie większy sens niż rozsyłanie czarnobylskich produktów rozpadu atomowego gdzie popadnie poprzez rynki komercyjne. Czemu – zamiast robić z jagód metodę rozprzestrzeniania skażeń – nie wykorzystać ich jako sojuszników w dziele ich likwidacji? Ci, którzy twierdzą, że rośliny i zwierzęta w Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia mają się świetnie, są w błędzie, ale mają rację, gdy dowodzą, że natura jest w stanie pomóc w naprawie katastrof spowodowanych przez człowieka. Nie znaczy to, że ludzie powinni usunąć się i „pozwolić naturze działać”. Tereny skażone wymagają nadzoru. Jak pojęłam w Czerwonym Lesie, drzewa dobrze wiążą w sobie radioizotopy – póki nie spłoną, znów szeroko rozsiewając skażenie. Ludziom XXI wieku pozostaje więc zadanie tworzenia systemów, dzięki którym Czerwony Las i inne miejsca jego pokroju nie będą się palić. Zamiast sprzedaży jagód za granicę, bardziej racjonalnym modelem biznesowym byłoby sprzedawanie wycieczek na zbiory runa leśnego apokaliptycznym turystom, którzy tysiącami zjeżdżają się corocznie do Strefy Wykluczenia. Polescy zbieracze służyliby im za przewodników, a zamiast sprzedawać jagody i grzyby, zakopywaliby runo głęboko, jako odpady radioaktywne. Taka zmiana warunków transakcji oznaczałaby przyznanie, że dzieci z wiaderkami pełnymi jagód i wargami fioletowymi od ich soku to tak naprawdę pracownicy zbierający odpady jądrowe. Mimo dziesięcioleci zaprzeczeń ten fakt nie podlega dyskusji.

Światowy obieg radioaktywnych jagód spod Czarnobyla budzi pytanie: Jak to się stało, że grzmiące eksplozje w reaktorze numer 4, które tak znacznie odmieniły historię planety, w tak niewielkim stopniu wpłynęły na dzieje ludzkości? Minęło ponad trzydzieści lat, a wciąż nie ma żadnej organizacji na poziomie państwowym czy międzynarodowym, która dysponowałaby metodami pozwalającymi zaradzić większemu wypadkowi jądrowemu. Katastrofa czarnobylska pokazuje, w jak wielkim stopniu państwa i agencje międzynarodowe zawiodły ludzi, których miały chronić. Nie dlatego jednak, że w ogóle nie próbowały. Przywódcy sowieccy w odpowiedzi na kryzys czarnobylski wykorzystali narzędzia uprzemysłowionego społeczeństwa konsumenckiego. Zasiewano chmury deszczowe i szorowano budynki chemikaliami, stawiano nowe domy pełne PCV i azbestu, pakowano żywność w celofan i zamykano w zamrażarkach, nierzadko pierwszych, jakie widziano we wsiach. Na pola uprawne sypano dodatkowo tony nawozów sztucznych i pestycydów, zalewano asfaltem polne drogi, do wiosek podciągano linie gazowe, uruchamiano nowy lekarski sprzęt diagnostyczny. Sowieci stoczyli heroiczną walkę przeciwko niewidzialnemu wrogowi, którego nie wolno było nawet nazywać, bo cenzura zakazywała debat nad skażeniem po Czarnobylu. Zastępy profesjonalistów zostały niestety pokonane przez kłębiące się wszędzie radionuklidy, które powracały na oczyszczone miejsca i uparcie przedostawały się do łańcucha pokarmowego.

Przeczytaj też: "Archiwista powiedział: To było cenzurowane, nic pani nie znajdzie". Kate Brown o pracy nad książką "Czarnobyl. Instrukcja przetrwania">>>

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny