Moda na wolonturystykę. "Chcemy pomóc, a często wspieramy współczesne niewolnictwo"

Młodzi ludzie chcą teraz coraz częściej jeździć, na krótko, na kilka tygodni np. Nepalu, Ugandy, Peru i pomagać. Bardzo często takie wyjazdy wyrządzają więcej szkody niż pożytku - przekonywała w TOK FM Magdalena Szymańska, prezeska fundacji Go'n'Act.

Cezary Łasiczka rozmawiał z Magdaleną Szymańską o rozwijającym się - nie tylko w krajach zachodnich, ale także w Polsce - "trendzie na wolonturystykę". Co to takiego? - Młodzi ludzie chcą teraz coraz częściej jeździć, na krótko, na kilka tygodni, do krajów globalnego południa, np. Nepalu, Ugandy, Peru i pomagać. Tylko bardzo często takie wyjazdy wyrządzają więcej szkody niż pożytku i nie mają nic wspólnego z sensowną pomocą rozwojową i humanitarną - przekonywała Szymańska.

Jak wyjaśniała ekspertka, na takie wyjazdy często decydują się młodzi ludzie, tuż przed rozpoczęciem studiów, w ramach tzw. "gap year". - Mają chęć pomagać i jest to bardzo chwalebne, jednak takie osoby często nie mają żadnych kompetencji. Sama znajomość angielskiego to za mało. Założenie, że przez cztery tygodnie przytulając dzieci, w nepalskim sierocińcu pomagamy im, jest błędne - tłumaczyła prezeska fundacji Go'and'Act. Dodała, że po takim okresie w życiu dziecka pojawia się kolejny wolontariusz, który powtarza mu, że je kocha. - I tak dalej i tak dalej. Takie dzieci mają potem radykalne zaburzenia emocjonalne. Po wyjściu z domu dziecka będą mieć poważne problemy z normalnymi relacjami ze społeczeństwem. Także wolontariusz, mówiąc brzydko, tylko uszkadza psychikę dziecka - oceniła Szymańska.

"Sieroty tylko na papierze"

Choć brzmi to brutalnie, to często pomaganie takim dzieciom to także... wspieranie handlu ludźmi. Cezary Łasiczka przytaczał dane dotyczące tego, że na całym świecie żyje osiem milionów sierot, jednak aż 80 procent to tzw. sieroty "na papierze". - To patologiczne zjawisko, występujące na szeroką skalę w krajach globalnego południa. Gdy po różnych tragicznych wydarzeniach, np. po wojnie domowej w Nepalu, powstawały tam sierocińce, to okazywało się, że dzięki dotacjom, żyło się tam lepiej niż reszcie społeczeństwa. I ktoś wpadł pomysł na biznes - mówiła Szymańska i tłumaczyła, na czym polega ten proceder.

- Przez strumień darów i pieniędzy docierający do takich placówek, ludzie wpadli na pomysł, żeby zakładać kolejne domy dziecka. Tylko... brakowało już sierot. Dlatego handlarze ludźmi, udawali się do odciętych od świata wiosek i oszukiwali rodziców, że o to powstał nowy ośrodek opieki, szkoła z internatem, która ma dać szansę dziecku na lepszą przyszłość. Oczywiście żadnej szkoły nie było, a rodzice oddawali dzieci do fałszywych sierocińców - wyjaśniała ekspertka. Jak stwierdziła, młodszym dzieciom wpaja się, że nie mają rodziców, a starsze są zastraszane, żeby nie mówiły o swojej przeszłości. - One trafiają do miejsc, które działają tylko po to, żeby kusić wolontariuszy albo żerować na dobrych sercach turystów. Te dzieciaki są współczesnymi niewolnikami - przekonywała Magdalena Szymańska.

Jak pomagać mądrze?

Rozmówczyni Cezarego Łasiczki podkreśliła, że są dobre programy pomocowe dla biedniejszych krajów. Jednak warto się zastanowić, czy nie szkodzi on mieszkańcom danego miejsca. - Bo gdy co trzy tygodnie zmienia się nauczyciel angielskiego, to nie nauczy dzieci niczego. A dodatkowo odbiera się miejsca pracy "lokalsom". Lepiej te pieniądze, które wydajemy na bilet czy za które opłacamy program, przeznaczyć na wyszkolenie lokalnych nauczycieli. Oni często są rodzicami, więc zapewniają lepszy byt swoim dzieciom. Dodatkowo budujemy kapitał ludzki. Szkolimy nauczycieli, którzy potrafią wprowadzić dzieciaki do społeczeństwa, bo są stamtąd - przekonywała ekspertka i dodawała, że nadal pieniądze są najbardziej efektywną formą pomocy humanitarnej i rozwojowej. Jak wyjaśniała, dzięki temu organizacje działające na miejscu, mogą zdecydować, na co wydać środki.

Radziła też, żeby unikać agencji, które tylko pośredniczą w pomocy. - I za bardzo duże pieniądze sprzedają nam de facto wycieczko połączone z pomaganiem. Trzeba szukać takich NGO-sów, które długofalowe i na miejscu prowadzą akcje pomocowe. To między innymi: Polska Akcja Humanitarna czy Polska Misja Medyczna. Organizacje, które swoimi siłami prowadzą projekty pomocowe na miejscu, a od czasu do czasu zapraszają wolontariuszy, którzy wnoszą nowe perspektywy czy kompetencje - podsumowywała prezeska fundacji Go'n'Act.

Posłuchaj w Aplikacji TOK FM:

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny

Komentarze (1)
Trend na wolonturystykę. "Chcemy pomóc, a często wspieramy współczesne niewolnictwo"
Zaloguj się
  • 2bxornot2b

    Oceniono 1 raz 1

    Kazdy ktoo mial stycznosc z trzecim swiatem poprzez chocby misje katolickie pwinien pametac, iz nigdy nie nalezy w krajach takich jak Kenia dawac peniedzy miejscoowym doo reki. Proosze pametac, iz ludnoosc tamteg swiata traktuje bialego czlwieka jak dawce i jesli np. damy schronienie jednemu czlownkowi rodziny t on nam przyptowadzi cala rodzine, to kalsyczna mentalnosc zebracza. Jesli pmagac trzeciemu swiatu to jedynnie przez aktywizacje ich samych poprzez konkretne projekty dla wspolnoty jak budowa szkoly osrodka leczniczego czy wpoludzial w budowaniu wodociagow. Takie projekty musza angazowac miejscowe spolecznosci do pracy i dac im mozliwosc zarobienia pieniedzy podobnie skuteczniejsza jest aktywizacja zawodowa w bardzo konkretnych zawodach.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX