Kobieta, której nie miało prawa się udać. Druzyjska fotografka otwiera głowy w zamkniętej społeczności

Widzowie, którzy oglądają jej prace wystawiane poza jej ojczystym Izraelem, nie mają szans na spotkanie z autorką w czasie wernisażu. Amira Ziyan, jako kobieta i jako Druzyjka, nie może samotnie podróżować za granicę. Jej studia, nauka fotografii i kariera właściwie nie miały prawa się wydarzyć.

W rodzinie Amiry nie było zwyczaju, by kobiety szły na studia. To, że akurat jej się to udało, wynikało z jej uporu, wytrwałości w odkładaniu pieniędzy i... pewnego układu. Jej rodzice zgodzili się, by rozpoczęła studia pod warunkiem, że się zaręczy.

Inżynierię chemiczną wybrała właściwie przypadkiem - chodziło o to, by studiować, cokolwiek. Nie podobał jej się ani przedmiot jej studiów, ani idea zamążpójścia. Po dwóch latach zaręczyny zostały zerwane, a nad Amirą zawisło widmo przerwania nauki. A wszystko to w konserwatywnym druzyjskim* środowisku.

O tym, jak udało jej się mimo wszystko ukończyć naukę, i to na tak "niekonkretnym" kierunku jak fotografia, opowiedziała w rozmowie z Cezarym Łasiczką. Opowiedziała też, jak na jej twórczość reagują kobiety z jej mocno konserwatywnego środowiska i wyjaśniła, dlaczego nie zdecydowała się na wyjazd z Izraela i zagraniczną karierę. 

Poniżej publikujemy fragment rozmowy, a także zdjęcia Amiry Ziyan - całości można wysłuchać w podcaście:

Cezary Łasiczka: Wybrała pani fotografię pozowaną jako sposób swojej ekspresji. Wydaje się, że to, co widzialne i niewidoczne w pani sztuce, trafia do odbiorców. Mówię to na podstawie wypowiedzi kuratorów pani wystaw, komentarzy recenzentów. Zastanawiam się jednak, czy pani przekaz jest czytelny dla kobiet w pani społeczności, dla Druzyjek w pani otoczeniu? Czy rozumieją wybrane przez panią kanały komunikacji, język sztuki, którym opowiada pani o swoim świecie?

Amira Ziyan: Na początku było trudno, mam wrażenie, że w moim otoczeniu, w mojej małej społeczności nikt nie rozumiał, czym się zajmuję i co chcę powiedzieć. Cierpliwie tłumaczyłam, raz po raz, aż ludzie w końcu zaczęli rozumieć, o co mi chodzi. To był pewien proces. Żeby wzbogacić zarówno doświadczenie, jak i zrozumienie, staram się mówić o ważnych i aktualnych kwestiach. Moje wczesne prace traktowały bardziej o przeszłości, teraz staram się mówić więcej o tym, co jest ważne tu i teraz. Moja ostatnia wystawa opowiadała o codziennych obowiązkach kobiet w mojej społeczności. Zanim zaczęłam ten projekt, spotykałam się z dziewczynami i kobietami w mojej okolicy i pytałam ich o ich doświadczenia, emocje, obowiązki, i na tym zbudowałam swoją wystawę.

Fotografia autorstwa Amiry ZiyanFotografia autorstwa Amiry Ziyan archiwum autorki

Mój przekaz jest więc istotny dla ludzi, bo od nich pochodzi, to w nich ma swój początek. Wyjaśniam i objaśniam, tłumaczę i pokazuję, o co mi chodzi, i krok po kroczku, jestem coraz lepiej rozumiana. Dzięki temu zmienia się sposób, w jaki widzą mnie i moją twórczość.

Cezary Łasiczka: Z tego, co wiem, stała się pani pewnego rodzaju, tutaj użyję słowa z innego porządku religijnego, swoistym konfesjonałem albo spowiedniczką dla kobiet ze swojego otoczenia. Przychodzą do pani, dzielą się swoimi opowieściami, dają pani swoje historie, a pani je bierze i przemienia w fotografie.

Amira Ziyan: Silne kobiety mnie nie potrzebują. Ich głos jest mocny i wyraźny. Potrzebują mnie te kobiety, które są słabo słyszalne albo te, które milczą. To ich chcę słuchać, to im chcę dać głos poprzez moje fotografie. To ich problemy, troski, ich życie są dla mnie ważne. Poprzez współdziałanie, poprzez rozmowy chcę dać im siłę i chcę odzwierciedlić ich sytuację. Dzięki temu mogą w moich zdjęciach zobaczyć siebie i lepiej zrozumieć swoje życie - życie zwyczajnej kobiety, jej trudności i wyzwania, jej status, sytuację, przeszkody, ograniczenia, cały kontekst. Myślę, że każda kobieta z mojej społeczności może się odnaleźć w moich obrazach. 

Cezary Łasiczka: Powiedziała pani, że pani kariera oznacza konieczność dokonywania wyborów. Czy zastanawiała się pani nad wybraniem innego sposobu życia. Gdyby przeniosła się pani np. do Tel Awiwu, może udałoby się zrobić więcej w kwestii społecznej zmiany? A może do Paryża, Nowego Jorku czy Londynu? Może pani głos, pani przekaz usłyszałoby więcej osób, gdyby rozlegał się w większych ośrodkach? Może byłby wyraźniejszy, bardziej donośny?

Amira Ziyan: Słyszałam to pytanie wiele razy. Problem polega na tym, że zmiana, o którą mi chodzi, jest potrzebna tu, na miejscu. Nie w Tel Awiwie, Nowym Jorku, Paryżu czy Londynie, ale tu, w tej wiosce i w najbliższej okolicy. A jedynym sposobem, w jaki można na to wpłynąć, jest bycie na miejscu. Kiedy rozpoczęłam studia, myślałam o tym, żeby moja sztuka pojawiła się w mojej wsi. Od samego początku było to dla mnie bardzo ważne. Chcę zmiany tutaj, w moim otoczeniu, w moim środowisku, a nie gdzieś daleko.

Fotografia autorstwa Amiry ZiyanFotografia autorstwa Amiry Ziyan archiwum autorki

Chcę być na miejscu także z powodów rodzinnych. Ojciec zmarł jakiś czas temu, została moja mama, więc chcę jej pomagać, także finansowo. 

Cezary Łasiczka: Ojciec, którego pani wspomniała, jest obecny w niektórych cyklach fotograficznych pani autorstwa. Jaka była wasza relacja? Ze zdjęć wnoszę, że to było ciągłe zmaganie się, walka o pewien porządek, wartości, tradycje. Jak pani to pamięta?

Amira Ziyan: Z pewnością był między nami pewien konflikt czy też walka. Od samego początku polegałam na sobie i tylko na sobie, starałam się być niezależna. W dużych, tradycyjnych rodzinach, a z takiej pochodzę, kobiety zwykle polegają i opierają się na swoich braciach, którzy pomagają, podwożą, zajmują się tobą. Ja tak nie chciałam. Przez to od samego początku byłam skonfliktowana z ojcem czy braćmi. Moja niezależność była dla nich trudna do przełknięcia. Ale to dało mi też siłę i motywację do moich decyzji i wyborów życiowych.

Kiedy zmarł mój ojciec, uświadomiłam sobie, że spora część tego, co robiłam, polegała na ciągłym udowadnianiu mojemu ojcu, że nie robię niczego złego. Chciałam, żeby zobaczył, żeby zrozumiał, że to, co robię, jest normalne, jest dobre. Pojęłam to dopiero po jego śmierci. Bez wątpienia miał wielki wpływ na moje życie i na moje decyzje, nawet jeśli działo się to pośrednio.

Fotografia autorstwa Amiry ZiyanFotografia autorstwa Amiry Ziyan archiwum autorki

*Kim są Druzowie? To arabskojęzyczny lud, którzy żyje na terytorium Syrii, Libanu i Izraela. Ta ostatnia grupa od czasu powstania tego kraju jest wobec jego władz bardzo lojalna, a przedstawiciele społeczności druzyjskiej podlegają obowiązkowej służbie wojskowej na tych samych zasadach, co Żydzi. Druzowie wyznają religię monoteistyczną, opartą na islamie, ale z elementami chrześcijaństwa. Małżeństwa zawierane są w obrębie społeczności. Wierzą m.in. w reinkarnację, a za święte księgi - poza własnymi księgami religijnymi - uznają zarówno Koran, jak i Nowy Testament. 

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny

Skomentuj:
Kobieta, której nie miało prawa się udać. Druzyjska fotografka otwiera głowy w zamkniętej społeczności
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX