"Nie wiem już, jak to jest, kiedy się wychodzi". Kubryńska o poczuciu winy matek małych dzieci

"Wyrzuty sumienia. Poczucie winy. To mam za darmo. Codzienne poczucie bycia złą matką, coraz gorszą, coraz bardziej toksyczną dla własnego dziecka" - pisze Sylwia Kubryńska w nowej powieści "Mama".

"Gdyby nie ja, (synek) nie miałby skazy, nie miałby złamanego obojczyka, nie miałby opuchlizny wokół oka, nie płakałby w nocy, nie skarżyłby się na kolkę. Gdyby nie ja, z pewnością nie zostałby tak niewprawnie wykąpany w wanience, tak okropnie niezdarnie, że nalało mu się wody do noska. Gdyby nie ja, nie byłby narażony na choroby zakaźne, na trzydniówki, jelitówki, zło, nienawiść, wojnę. Gdyby nie ja, nie urodziłby się i nie cierpiał nigdy, gdyby nie, kurwa, JA.

Muszę wyjść. Muszę uciec. On śpi, pewnie jeszcze będzie trochę spał, zostawiam go na kanapie, podsuwam krzesło, żeby nie spadł, i postanawiam zniknąć. Wyciągam swoje dżinsy i patrzę na nie z tęsknotą. Patrzę i wspominam, jak kiedyś, jakieś tysiąc lat temu, wkładałam dżinsy i wychodziłam gdzieś. Tak o. Po prostu. WYCHODZIŁAM.

Nie wiem już, jak to jest, kiedy się wychodzi. Kiedy się idzie. Kiedy się czegoś nie dźwiga. Nie wiem, jak to jest, kiedy się wchodzi po schodach swobodnie, podskakując beztrosko na stopniach. Nie wiem, jak to jest, kiedy się po prostu dokądś zmierza i nie myśli, że o tej i o tej coś tam, a potem jeszcze coś tam i to, i tamto, szybko, najszybciej na świecie, bo się nie zdąży. Nie wiem, co to jest wolność, i się już nie dowiem. Umarłam, umarło moje JA. Teraz już do końca życia będę matką, będę z tym dzieckiem zrośnięta na zawsze, na zawsze z tym zawiniątkiem na brzuchu, na wypiętym lewym biodrze, na plecach, w głowie.

Muszę wyjść, muszę złapać oddech, bo się uduszę i będę uduszoną matką. Mój Boże, nawet po śmierci już nie będę sobą, tylko matką, komunikat prasowy, nie żyje MATKA, znaleziono zwłoki MATKI, osierociła niemowlę, zostawiła dziecko, MATKA, MATKA, MATKA. Nie ma mojego imienia, nie ma nazwiska, jest tylko ta funkcja, rola mojego życia, stygmat, klatka, sznur. A gdzie tam sznur! Obroża i smycz, zaciskająca się kolczatka na mojej szyi: matka.

Spróbuj uciec, spróbuj się oddalić, twój chip się odzywa dotkliwie, jak igła w głowie, czujnik sterowany przez kogoś tam z góry, przez jakiegoś psychopatę boga, który mną steruje, nie – nie mną, moim ciałem, moim umysłem, tylko nie mną, bo mnie już nie ma. Stawiam kroki na trotuarze, czuję się, jakby mnie zrzucili z samolotu. Gdzie ja jestem? Jak to się robi? To jest jakiś świat? Nic nie wiem, nie rozumiem, nie pasuję. Rozglądam się po tych ulicach, które niby kiedyś znałam, a teraz są zupełnie inne, obce, puste, mimo że pełne tłumów.

Co ja tu w ogóle robię i – przede wszystkim – JAKIM PRAWEM? Ktoś mi dał może przepustkę na to chodzenie po świecie?! Ktoś pozwolił, wydał kwit może? Co ty tu robisz, zdają się pytać twarze zgorszonych ludzi, czego tu szukasz? Ten świat to nie twoje miejsce, ten świat to miejsce tyidziecka. Nie masz prawa być odrębnym człowiekiem, jesteś zrośnięta z tamtą istotą, jesteś matkodzieckiem, jesteś dwuorganizmem i tylko jako taki masz prawo się po ulicach szwendać.

Myślę, żeby zadzwonić do tego taksówkarza i powiedzieć mu, oto właśnie potrzebuję pomocy, potrzebuję taksówki, żeby na sygnale SPIERDALAĆ. Tymczasem on powie: a gdzie dziecko, umarło czy co, bez oka też można żyć, proszę nie oszukiwać, bez dziecka nigdzie nie jedziemy, bez dziecka, proszę pani, pani nie istnieje. Przyspieszam tempo, a igła wbija się w miękką tkankę mózgową, boleśnie, kategorycznie:

WRACAJ.

Wracaj, MATKO, do swojej celi, twój czujnik piszczy. Wracaj, to rozkaz najbardziej kategoryczny ze wszystkich. Wracaj, nigdzie nie pójdziesz, ani do koleżanki, ani do fryzjera, ani do kosmetyczki, ani na żaden pieprzony samotny spacer, ani na randkę, ani do lasu, ani nigdzie.

Wracaj, piszczy czujnik, on się na pewno już obudził! A ja już faktycznie świruję, nie wracam, tylko biegnę co sił. Kto by pomyślał, całe dwadzieścia minut ucieczki, trochę ponad kwadrans gigantycznej zrywy i oto proszę, jak działa doskonały system psychopaty boga, zapieprzam jak sterowany robocik do swojego więzienia, do nigdy nieustającej niewoli.

Tylko przekraczam próg budynku i już go słyszę. Wtedy biegnę tak, że przewracam poustawiane na korytarzu sprzęty. Potykam się o jakiś dziecięcy rowerek, o czyjąś suszarkę do bielizny. Nie patrzę, nie myślę, lecę po schodach, a im bliżej jestem, tym silniejsze bombardowanie, tym boleśniejszy napalm poczucia winy na mnie spada.

Roztrzęsiona, acz skupiona niczym wiązka lasera, jak to się dzieje, u diabła, otwieram zamek u drzwi, wpadam do mieszkania, widzę z daleka te małe rączki wyciągnięte w próżnię po MATCE i czuję siłę wyrzutu z jego strony: dlaczego mnie zostawiłaś, dziwko!?

Sekundę później trzymam go i wyję jak zwierzę, wyję nad własnym kurewstwem, nad moim odczłowieczeniem, nad jego krzywdą. Już nigdy, mówię mu, już nigdy, a on się wtula i wierzy, ufa w stu procentach, że już nigdy".

'Mama', Sylwia Kubryńska'Mama', Sylwia Kubryńska Fot. materiały prasowe

Powyższy tekst to fragment książki Sylwii Kubryńskiej "Mama", wydanej przez wydawnictwo Prószyński i S-ka.

 
Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny

Komentarze (2)
Czy jestem złą matką? Nowa powieść Sylwii Kubryńskiej, "Mama" rozprawia się z macierzyństwem
Zaloguj się
  • Maria Sachacka

    0

    Za duzo nerwow i napiecia w tym. Dziecko trzeba traktowac jak przyjaciela, jak psa czy chomika czy rybki w akwarium. Szanowac, dbac o niego i wiedziec, ze sie jest za nie odpowiedzialnym. Nic ponadto. Dystansu troche, proszpani. Bo prezentowane tu macierzynstwo, to faktycznie udreka jakas, i nie tylko dla matki, ale dla dziecka rowniez ;)

  • rotterdamus

    Oceniono 2 razy 0

    Niestety do bólu 100% prawda! Co dalej...? PiS i jego wszystkie super rady...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX