Rodzina z Aleppo uciekła do Lublina. "U nas muzułmanie dogadywali się z chrześcijanami"


Syryjsko-polska rodzina z Aleppo. Pięć lat temu uciekli z Syrii przed wojną. Zdecydowali się na to dla dzieci, by nie musiały patrzeć na wojnę i codziennie się bać. Dziś są w Polsce, w Lublinie, ale cały czas tęsknią. Za krajem, domem, rodziną, słońcem.

Rodzina, którą poznałam, to rodzina - wydawać by się mogło - jakich wiele. Zapraszają mnie do swojego domu. Mieszkają w Lublinie, w jednym z nowych bloków; mieszkanie jest przestronne, bardzo czyste, na balkonie piękne kwiaty. Mama, tata, 18-letni syn i starsza córka, której nie mam jednak okazji poznać, bo od jakiegoś czasu pracuje w Warszawie. Są sympatyczni, mili, otwarci. W rozmowie ze mną wracają do wspomnień. Wspomnień, które wciąż bolą.

Laith, po polsku Lejs ma 18 lat, od września będzie się uczył w klasie maturalnej w jednym z lubelskich liceów. Razem z rodzicami i siostrą przyjechał do Polski mniej więcej pięć lat temu, uciekając przed wojną. Chłopak świetnie mówi po polsku - sam przyznaje, że gdy poznaje kogoś nowego, dopiero po dłuższej chwili mówi o tym, gdzie się urodził. A wtedy taka osoba często nie może uwierzyć, że ma przed sobą Syryjczyka. I Polaka, jednocześnie.

Skąd Polska w życiu syryjskiej rodziny z Aleppo?

Pani Małgorzata, mama Lejsa, jest Polką, jej rodzice i brat mieszkają w Lublinie. Wiele lat temu, w Polsce, poznała przyszłego męża - Syryjczyka, który w ramach wymiany przyjechał do nas na studia. Za miłością wyjechała do Syrii, tam spędziła ponad 20 lat. Założyła dom, rodzinę, poznała wielu przyjaciół.

Zakochała się też w Syrii, choć nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. - Na początku było mi bardzo ciężko, bo nie znałam języka, ale z czasem to się zmieniło - opowiada. Wszyscy podkreślają, że Syria to kraj pełen słońca, pięknych krajobrazów. Aleppo było miastem tętniącym życiem praktycznie przez całą dobę. - W mieście żyło 6 milionów osób, miasto w ogóle nie spało. Przez całą noc można było spotkać na ulicach wielu ludzi. Tego nie da się opisać. I wcale nie było tak, jak pokazuje się w mediach, że kobiety musiały chodzić w chustach - mówi Lejs.

Ciekawość świata dziecka - mogła je zgubić

Rodzice mówią mi, że zdecydowali się na wyjazd z Syrii, gdy do Aleppo weszli rebelianci. Lejs widział latające nad głowami samoloty. Był chłopcem, którego wszystko interesowało. Mama mówi, że raz poszedł się spotkać z kolegami, a gdy wrócił z wypiekami na twarzy opowiadał rodzicom... jak bawił się w miejscu, w którym wybuchła bomba.

Decyzja o wyjeździe nie była decyzją podjętą z dnia na dzień. Trochę w nich dojrzewała. - Zastanawialiśmy się nad tym kilka miesięcy. Nie było to łatwe, ale duży wpływ mieli moi rodzice. Codziennie dzwonili i prosili, byśmy przyjeżdżali. Bo jeszcze na początku wszystko u nas działało, ale później już był problem, internet był raz w miesiącu, nie można było do nikogo zadzwonić - opowiada pani Małgorzata. Najpierw ze swojego domu wyprowadzili się do jednej z sióstr męża. Gdy i tam zrobiło się niebezpiecznie, pojechali do drugiej, aż w końcu zdecydowali "trzeba uciekać".

Co zabrać? Na jak długo jedziemy?

Odpowiedzi na te pytania nie znali. Liczyli, że to wyjazd tylko na chwilę - być może dłuższą, ale jednak chwilę. Chwila trwa już ponad pięć lat. - Gdy mieszkaliśmy jeszcze w Syrii u cioci, tata jeździł co dwa tygodnie do naszego mieszkania, by sprawdzać, czy wszystko jest w porządku, czy blok jeszcze stoi. Mieszkaliśmy na ostatnim piętrze, więc wystarczyłaby jedna rakieta. Przed wyjazdem z Syrii pojechaliśmy tam jednak wszyscy - na chwilę, zabrać rzeczy. Nigdy nie zapomnę, jak weszliśmy do domu, a moja siostra stanęła, była chwila ciszy i łzy. Jak się pakowała, to cały czas płakała. Była już wtedy dorosła, więcej ode mnie rozumiała - opowiada Lejs.

- Spakowaliśmy pamiątki, ubrania. Zabrałem też znane, popularne mydło z Aleppo. Jak je wącham, to przypomina mi się zapach Syrii. Jaki to zapach? Coś takiego jak oliwa z oliwek - znam Aleppo z tego zapachu, nie znam z innego. To dla mnie zapach życia - mówi Lejs. Opowiada, że jadąc na lotnisko, widział zburzone bloki, niemal wszystko było zrównane z ziemią. - To był najgorszy moment, w taki sposób pożegnałem swój kraj - dodaje.

"Wyjechaliśmy z Syrii głównie ze względu na dzieci"

W kraju żyło się coraz ciężej - na ulicach było już wojsko, w mieście brakowało benzyny, ceny żywności mocno poszły w górę, potem - jedzenia w ogóle zaczęło brakować, podobnie jak wody. - Lejs był mały, myślał, że wyjeżdżamy na jakiś czas, wcześniej jeździł do Polski na wakacje. Córka była starsza, ale już chciała wyjechać. Były momenty, że dzieci po prostu się bały - opowiada mama. Przyznaje, że wojna wiele ich nauczyła, dzieci wydoroślały. - Lejs stracił dom, kolegów, szkołę. Przyjechał tu, do Polski, jako obcy. Powoli się przystosował, ale cały czas myśli o Syrii - mówi pan Nezar, tata Lejsa.

Dziś tęsknią. Za słońcem, rodziną, znajomymi, atmosferą. - Tam atmosfera była zupełnie inna. Rodziny spotykały się prawie każdego dnia, każdy miał czas dla siebie, dla innych, nie tak jak tutaj. Czego mi brakuje w Polsce? Można powiedzieć, że niczego. Mam pracę, mam dom, tylko że coś tam jednak zostało, prawda? Kawał życia. Niestety, wojna zniszczyła wszystko - wojna, która nie była potrzebna - mówi ze łzami w oczach pani Małgorzata.

"Byłem stanowczo przeciwko uchodźcom"

Kacper, przyjaciel Lejsa nie kryje, że gdy się poznali mieli zupełnie różne poglądy na temat imigrantów czy uchodźców. - Ja na początku swoje myślenie opierałem na informacjach z telewizji. Uważałem stanowczo, że nie należy przyjmować uchodźców, że to tylko problemy, że ci, którzy przyjeżdżają, są źli. I moje poglądy ścierały się z poglądami Lejsa. Ale po kilku rozmowach z nim zmieniłem swoje nastawienie. Trzeba najpierw poznać człowieka, by wyrobić sobie o nim zdanie - mówi Kacper.

Dziś uważa, że nie można przedstawiać wszystkich imigrantów jako potencjalnych przestępców czy terrorystów. - Jeśli ludzie mają kłopoty w swoim kraju, jest wojna, to jak najbardziej jestem za tym, by im pomóc, by przyjeżdżali. By pracowali, uczyli się, by żyli tak jak u siebie, tylko w innym państwie - dodaje przyjaciel młodego Syryjczyka.


Lejs podkreśla, że jego kraj był krajem wielokulturowym, choć najwięcej żyło w nim muzułmanów. - Ale w bloku normalnie obok siebie mieszkali muzułmanie, katolicy. Z różnych państw, m.in. z Iraku, z Armenii - mówi Lejs. Zwraca uwagę na coś jeszcze. - Jak w ramadanie muzułmanie muszą pościć do zachodu słońca, to wtedy chrześcijanie na przykład zastępowali ich w sklepach. Znajomy chrześcijanin otwierał sklep i w nim sprzedawał tak, aby muzułmanin mógł odpocząć, bo post polega na tym, że nie można nic ani jeść, ani pić, ani palić. Naprawdę, muzułmanie dogadywali się z chrześcijanami - tłumaczy Lejs.

"Tam są dzieci, a im trzeba pomagać"

Pani Małgorzata przyznaje, że rozumie obawy Polaków, którzy obawiają się przyjmowania uchodźców. - Wiadomo, są osoby, które podszywają się pod Syryjczyków, mówią, że uciekają przed wojną, a tak naprawdę są na przykład z Afryki. Ale z drugiej strony, tam są też m.in. dzieci, a im trzeba pomagać - mówi nasza rozmówczyni.

Podobne słowa wypowiada Lejs. - Gdy słyszę ludzi, którzy obrażają uchodźców, źle o nich mówią, czuję ból. Kocham polski naród, ale chciałbym, by był bardziej otwarty. Przynajmniej dzieci i kobiety moglibyśmy przyjąć, jakoś pomóc - mówi Lejs. Jego kolega, Kacper podkreśla, że trzeba sobie zdawać sprawę, że w Syrii jest wojna. - Lejs chciałby mieszkać w swoim kraju, pomagać, ale jest 80-90 procent ryzyka, że pojedzie tam i zginie. Na wojnie - mówi Kacper.

Lejs rzeczywiście przyznaje, że chciałby do Syrii wrócić. - To, że nie walczę z bronią i nie jestem w tej chwili w wojsku, to nie znaczy, że nie jestem patriotą. Chciałbym tam wrócić, po studiach, by móc odbudowywać swój kraj - tłumaczy Lejs.

Dostęp Premium TOK FM